Koniec karmienia piersią

Wiedziałam, że koniec jest już blisko. Właściwie kiedy tylko Aaron zaczął częstować się piersią tylko raz dziennie, nad ranem, to przeczuwałam, że to nie potrwa długo. No i skończyło się 15 lutego... dwa dni później na widok matki karmiącej piersią malutkie niemowlę poczułam ogromną tęsknotę do tych chwil. Tych naszych pięknych, spokojnych chwil, słodko pachnących główką mojego synka. W sumie karmiłam 1 rok, 8 miesięcy i 18 dni.

Śmiać mi się chce, kiedy wspominam, jak mówiłam, że pokarmię Go trzy pierwsze miesiące, żeby chociaż trochę odporności nabrał i koniec. A później, jak okazało się, że syn jest alergikiem, to postanowiłam karmić 6 miesięcy, coby chociaż łatwiej mógł "wyjść" z alergii. A później, kiedy w okolicach pięciu miesięcy wszystko się unormowało, Aaron jadł średnio co 3-4 godziny, nie wisiał non-stop na cycku i pokochałam te nasze błogie chwile, przestałam myśleć o końcu. Nie wyznaczałam sobie już żadnej granicy. Chciałam, żeby zakończyło się to samo, najbardziej naturalnie jak tylko to będzie możliwe.

No i chyba mogę stwierdzić, że Aaron sam się odstawił od piersi, ale nie ukrywam, że trochę mu w tym pomogłam. Owszem rozszerzanie diety rozpoczęłam po skończeniu przez syna 6 miesięcy i na początku, a właściwie do 10 miesiąca, te wszystkie dania i deserki były tylko dodatkiem do mojego mleka, które było podstawą żywienia. Po 10 miesiącu trochę się to zmieniło bo Aaron sam zaczął domagać się bardziej posiłków stałych niż mojej piersi, a ja, że tak powiem, słuchałam instynktu i podążałam za jego potrzebami. I mimo, że mogłam nadal kłaść większy nacisk na karmienie piersią, odpuściłam i proponowałam mu coraz to nowe smaki i struktury innych potraw.

Jeszcze w okolicach 1 urodzin jadł około 5-6 razy na dobę, nad bardzo wczesnym ranem, później nad prawdziwym ranem, dwa razy w dzień po drzemkach, wieczorem i w nocy. Bardzo duża zmiana nastąpiła, kiedy wyjechaliśmy latem nad morze i Aaron był tak zajęty eksplorowaniem przestrzeni, że kompletnie odstawił dziennie karmienia. Pamiętam, że tylko raz karmiłam go na plaży. Tak więc, po wakacjach zostały już tylko praktycznie 2-3 karmienia, wieczorem, w nocy i nad ranem.  I właściwie ta ilość powoli się zmniejszała, aż w końcu w okolicach 18 miesiąca synek pił mleko tylko raz, nad ranem. A całkiem niedawno prosił o mleko tylko co drugi dzień i wtedy wiedziałam, że długo to już nie potrwa.

Aaron mimo, że jest dzieckiem absorbującym i domagającym się ciągłej uwagi, nie był typowym dzieckiem wiszącym na cycku. Owszem, bywały te cięższe dni, kiedy był chory czy ząbkował i potrzebował częściej tej bliskości, ale nie powtarzało się to zbyt często. Nie miałam też nigdy takiej sytuacji, że po skończeniu roczku Aaron domagał się piersi na ulicy, w sklepie czy gdzieś, kiedy byliśmy w gościach. A wiem, że są takie dzieci, które tego wymagają. Aaron na początku, przez właściwie 4 miesiące był strasznym cycoholikiem, ale później, jak już wspomniałam wcześniej, jego godziny karmienia się unormowały i wspólnie cieszyliśmy się tą rutyną. A później pokochał pokarmy stałe i dosyć szybko się odstawił od piersi.

Z jednej strony cieszę się, że to już koniec i mogłabym rzucić się teraz na mleczną czekoladę, jak to sobie kiedyś obiecałam, ale nic takiego się nie stanie, o czym pisałam we wcześniejszym poście. Czuję też dumę, że mi się udało tak długo to pociągnąć... początki pełne łez i bólu, dwa zapalenia piersi, alergia dziecka i proszszsz jak to się wszystko pięknie zakończyło. A z drugiej strony, będzie mi tego brakować. Bardzo. I nigdy nie zapomnę tej radości i klaskania w łapki mojego synka przed samym już momentem karmienia. Ale myślę, że ogólnie już tęsknie do małego, różowego niemowlaka, pachnącego mlekiem i oliwką, wydającego śmieszne odgłosy chrumkania jak prosiaczek. I niestety prawda jest taka, że nie zafunduję sobie kolejnego dziecka, bo każde kolejne też urośnie i pójdzie w świat. Takie właśnie jest to życie, eh.



Moje ciało podarowało 566100 ml mleka.

Chcesz wiedzieć, ile Twoje ciało podarowało? Wejdź na stronę Mataja i oblicz.

Pozytywne skutki diety bezmlecznej

Kiedy ponad półtora roku temu razem z położną i laktatorką ustaliłyśmy, że Aaron jest prawdopodobnie alergikiem i konieczna jest dieta eliminacyjna, żeby to sprawdzić, a później kiedy okazało się, że naprawdę jest uczulony na nabiał, orzechy, soję i kakao myślałam, a właściwie byłam pewna, że w najlepszym wypadku stracę pokarm, a w najgorszym zwyczajnie umrę śmiercią głodową. No bo ile można pociągnąć na chlebie i dżemie?

Zaczęłam przeszukiwać internety, eksperymentować w kuchni i ku mojemu zdziwieniu bardzo szybko przekonałam się, że bez nabiału da się żyć. Ogrom inspiracji czerpałam i nadal czerpię z blogów wegańskich. Napisałam już kiedyś na blogu wpis, co jeść, kiedy karmi się piersią małego alergika.  
Oprócz tego, co można znaleźć w sieci, korzystam także z książek kucharskich, które mają w większości przepisy bez nabiału. Poniżej mój skromny, ale jakże pomocny zbiór. A na mojej liście życzeń są obecnie dwie książki do kupienia, Wegan Nerd. Moja roślinna kuchnia i Vegenerata sposób na zdrowie. Gotuj, biegaj i chudnij.


Muszę przyznać, że teraz moja kuchnia i świadomość tego, co wkładam do gara wygląda zupełnie inaczej. Inaczej znaczy lepiej i zdrowiej. I powiem Wam, że po ponad półtora roku nie znudziło mi się jeszcze to "wojowanie" z dietą bezmleczną. Mało tego, ja nie mam już zamiaru wracać do dawnego sposobu odżywiania, nawet kiedy moje dziecko "wyjdzie" z alergii. Z bardzo prostego powodu. Ta przypadkowa dieta uzdrowiła moje ciało. Kiedyś często leczyłam się (antybiotykami!) na refluks i wrzody żołądka oraz stany zapalne dróg moczowych. Poza tym, codziennie, a przede wszystkim wieczorami czułam się pełna, wzdęta i ociężała. Teraz wszystkie dolegliwości mnie opuściły, czuję się bardzo dobrze, nie czuję żadnego dyskomfortu ze strony układu pokarmowego. A i na wagę ciała nie mogę narzekać bo mimo, że moje BMI nigdy nie sugerowało nadwagi, to dopiero teraz, z obecnymi kilogramami czuję się znacznie lepiej.

Oprócz tego, że wyeliminowałam nabiał, staram się ograniczać też mięso bo naczytałam się, że tak naprawdę to nic dobrego dla naszego organizmu. Poza tym, z roślin można wyczarować takie cuda, że na mięso człowiek nie ma już ochoty. Owszem, byłabym hipokrytką, gdybym powiedziała, że w ogóle nie jem nabiału. bo nie trzymam się już tak bardzo rygorystycznie diety jak wcześniej, kiedy Aaron był młodszy i przyznaję, że czasem zjem coś z serem lub mlekiem, ale zdarza się to bardzo rzadko. A jeśli nawet skuszę się w któryś tam weekend na kawałek pizzy z serem to później nie mogę spać, bo dokucza mi najnormalniej w świecie okrutna zgaga. Po mlecznej czekoladzie mam to samo i na dodatek boli mnie brzuch. Wcześniej w ogóle tego nie kojarzyłam z czekoladą... no bo jak to możliwe, żeby moja ulubiona mleczna czekolada wyrządzała mi szkodę? Tak naprawdę to z nabiału dobrze toleruję jaja, ale też ich nie nadużywam bo boję się skutków ubocznych. Wydaje mi się, że chyba też mam uczulenie na nabiał, tylko nigdy o tym nie pomyślałam. Mam w planach zrobić sobie w najbliższym czasie jakieś testy na alergie pokarmową.

Tak więc, to co kiedyś wydawało mi się najgorszą karą i przymusowym obowiązkiem, okazało się drogą do wyzdrowienia. Właściwie to gdyby nie alergia synka i chęć wykarmienia go piersią, nigdy bym się nie dowiedziała, że mój organizm nie toleruje nabiału. Dziś czuję się o niebo lepiej, czuję się lekko i zdrowo. Zachłysnęłam się kuchnią roślinną, pokochałam te smaki i kto wie? może kiedyś napiszę post, jak zostałam weganką? 

Zapraszam Was na mój instagrm mordoklejka_i_rodzinka, gdzie znajdziecie więcej  moich bezmlecznych potraw, które przygotowuję dla mojej rodzinki, a przede wszystkim dla mnie i mojego małego alergika.


Pudding rice na mleku roślinnym z mango


Najlepsze śliwki w czekoladzie, które zrobiłam nie tylko na święta. Przepis TUTAJ



Czekolada własnoręcznie nadziana wszelkimi orzechami i bakaliami.



Wegańskie curry z soczewicy, dyni i pomidorów, z domowymi chlebkami naan.



Domowe bounty.



Ciasto drożdżowe bez mleka i jajek.




Poczęstunek dla gości, który nie zawiera jaj i mleka.



Kolorowe trufle, przepis TUTAJ



Tata w sieci

Kupiłam tą książkę, po pierwsze dlatego, że mój syn lubi pingwiny, a już najbardziej książki i bajki o nich. Po drugie dlatego, że jest ona o tacie, a Artur kocha swojego tatę nad życie i też lubi słuchać opowieści, gdzie głównym bohaterem jest tenże właśnie rodzic. No i po trzecie, bo temat jest niejako na czasie. No bo przecież tak łatwo dzisiaj wpaść w internetową sieć. I bez względu na to, czy ma się dzieci, czy nie, bardzo ciężko jest się wylogować do życia.

Tytułowy tata jest na tyle uzależniony od internetu, że nawet kiedy je posiłek z rodziną nie potrafi być offline. Wpatrzony tylko w monitor laptopa nie słucha tego, co ma mu ważnego do powiedzenia jego syn i nie odpowiada na jego pytania. Nie widzi również, że żona jest coraz bardziej smutna i czuje się odtrącona. Nawet w nocy nie potrafi myśleć o niczym innym jak tylko o tym, co dzieje się w sieci. Tego co musi się wydarzyć, żeby tata pingwin w końcu zrozumiał jaki poważny popełnia błąd będąc cały czas zamkniętym w wirtualnym świecie, nie zdradzę. Ale powiem Wam, że warto przeczytać tą książkę z dzieckiem i samemu zrobić rachunek sumienia.

"Tata w sieci"jest raczej małych i poręcznych formatów, z twardą oprawą i miękkim środkiem. Książka ma mało tekstu, niejednokrotnie dialogi umieszczone są w chmurkach, co daje efekt charakterystyczny dla komiksu. Bardzo lekko się ją czyta. Zdecydowanie przeważają w niej ilustracje, zresztą bardzo ładne ilustracje. Podoba mi się też przewrotna nazwa popularnego portalu społecznościowego, a o nazwach znajomych na Icebooku już nie wspomnę bo przy czytaniu nie raz parsknęłam śmiechem.

Po przeczytaniu tej książki Artur stwierdził "Mój tata nie jest taki jak ten tata Pingwinka". No i niech tak zostanie.

Tytuł: Tata w sieci
Autor: Philippe de Kremmeter
Ilustrator: Philippe de Kremmeter
Wydawnictwo: Muchomor










Story box czyli hisoria w pudełku

W tym tygodniu Artur miał za zadanie domowe wykonać "Story box" i szczerze przyznam pierwszy raz zetknęłam się z tym zagadnieniem, chociaż o podobnym tworze pisałam TUTAJ.
Żeby się trochę zainspirować i ogólnie poczytać o co kaman wyszukałam w internetach naprawdę świetne pomysły. Zobaczcie sami jak super pewna mama wykonała Story box z Czerwonym Kapturkiem, TUTAJ

Ogólnym założeniem Story Box jest umieszczenie w pudełku najważniejszych bohaterów i ewentualnie elementów związanych z daną bajką. Oczywiście bawić się można takim dziełem na różne sposoby, przekonałam się już o tym po wykonaniu naszego pudełka. Dorosły może czytać bajkę podczas gdy dziecko manipuluje przy elementach pudełka. Dziecko może też samo nam opowiadać bajkę i kierować wykonanymi kukiełkami lub po prostu może stworzyć całkowicie nową historię z owymi postaciami. A kiedy w domu czy szkole jest więcej dzieci mogą one odgrywać scenki z bajki. No możliwości jest naprawdę mnóstwo, wystarczy tylko wykonać taki Story Box.

Artur musiał wykonać Story Box w oparciu o jakąś znaną tradycyjną bajkę. Wybór padł na "Trzy małe świnki" bo syn uwielbia wszelkie bajki z wilkiem.


Tak więc, potrzebne nam było pudełko, czterech głównych bohaterów i trzy domki. Oczywiście można było pokusić się jeszcze o jakiś garnek, w którym wilk sparzył sobie ogon i uciekł do lasu, ale wydaje mi się, że najważniejsze elementy, które wcześniej wymieniłam wystarczą.

Ogólnie nasz Story Box postanowiłam wykonać tą samą metodą, co akwarium, które kiedyś zrobiłam z Arturem TUTAJ .
Pudełko przygotowałam tak, jakby to był telewizor. Lepsze byłoby pudełko po butach, ale niestety jak się nie ma, co się lubi... bla bla bla. Na górze pudełka wycięłam jeden szerszy otwór na "sceny" i dwa mniejsze na postaci, które umieściłam na guzikach.



Głównych bohaterów przerysowałam osobiście, a pierworodny pokolorował. Później przykleiłam ich do tektury, wycięłam i zamontowałam na pudełku.



Domki rysowaliśmy i kolorowaliśmy wspólnie. Przykleiliśmy je do tektury, podpisaliśmy odpowiednio, żeby wszyscy wiedzieli który ma być pierwszy, drugi i trzeci i wszystkie umieściliśmy w pudełku. Dzięki temu wyciągając je i przekładając można zmieniać scenerię.



Na koniec popracowaliśmy nad wykończeniem i ogólnym wyglądem naszego Story Box. Wiem, że jakość wykonania nie jest najlepsza, ale biorąc pod uwagę, że zrobiliśmy go w bardzo krótkim czasie, no i z pięciolatkiem, to nie można się czepiać.

Podziwiajcie i koniecznie zróbcie taki Story Box ze swoimi pociechami. Świetna zabawa gwarantowana.