Poświątecznie

Nie wiem jak to możliwe, ale to już nasza czwarta Wigilia na emigracji. Szósta Artura, druga Aarona, dziewiąta nasza małżeńska... zawsze tak mam, że odliczam nasze życie w Wigiliach.

A jaka była ta? Piękna, jak każda na swój sposób. Na pewno była bardzo rodzinna bo przyjechała do mnie moja mama. Poza tym, jak wiecie niedaleko nas mieszka moja siostra ze swoją rodziną i brat męża. Więc tak naprawdę w święta nie narzekamy na brak rodziny. Owszem tęsknimy za pozostałymi, którzy z nami nie mogą być, ale nie jest tak źle, mając przy sobie choć kilka bliskich nam osób.

W pokoju stanęła duża, żywa i pachnąca choinka. Była tak piękna, że gdybym ubrała ją tylko w światełka też byłoby dobrze. Ale oczywiście, ze względu na Artura choinka została delikatnie udekorowana. Początkowo miało to być malutkie drzewko, które postawilibyśmy na komodzie, z dala od Aarona, ale Artur na wieść o małej choince zapytał: - To tym razem ciuchcia nie będzie jeździła wokół choinki?
No i cóż było robić? Tata zapoczątkował tradycję ustawiania torów pod choinką to i w tym roku nie mógł zawieść syna. Na szczęście Aaron tylko przez pierwsze dwa dni zdejmował ozdoby i rzucał je po całym mieszkaniu. A kiedy pierwszy raz zobaczył zapalone lampki na choice, zaczął biegać w wokół niej i dmuchać na każde światełko. Wyglądało to przekomicznie.

Mikołaj też stanął na wysokości zadana. Przyniósł wszystko o czym dzieci i dorośli marzyli. Najfajniejsze jest to, że chłopcy wspólnie bawią się zabawkami lub wymieniają się nimi, pomimo tego, że nie dostali wspólnych prezentów.

Rozgrzaliśmy serca, pojedliśmy pierogów i pierniczków, wypiliśmy hektolitry grzańca i gorącej czekolady, zanieśliśmy prośby do Nowonarodzonego, pokolędowaliśmy... ale niestety wszystko co dobre, szybko się kończy.  I święta, i pobyt mamy i urlop męża. Jutro znów zaczyna się nasza codzienna rutyna.
Teraz odliczam dni do wiosny, do słońca, do dłuższych dni, do zieleni.

Wspaniałości w Nowym Roku Kochani. Niechaj się Wam darzy!









2 komentarze: