Adaptacja dziecka w angielskiej szkole

14 września Artur rozpoczął swoją przygodę w szkole. Poszedł tam z dziarską minką i w ogóle nie był zestresowany czy wystraszony, a wszystko dlatego, że doskonale wiedział już, co go tam czeka i znał swoją nauczycielkę i niektórych kolegów.

Nie wiem jak jest teraz w polskich szkołach, ale za moich czasów nie było lekko. Pierwszy raz szłam do szkoły z gulą w gardle, nikogo nie znałam, nawet swojej wychowawczyni, której byłam najbardziej ciekawa. Bałam się też dużych budynków szkolnych, starszych dzieci z innych klas i tego tłumu na przerwach. Na szczęście moje dziecko ma zupełnie inne, lepsze doświadczenie z pobytu w szkole. Być może teraz w Polsce też jest lepiej, tego nie wiem, ale tutaj w Anglii naprawdę podoba mi się system i organizacja pracy szkoły.

Przede wszystkim, na początku muszę wspomnieć o zebraniu dla rodziców, które odbyło się w lipcu. Spotkanie to rozwiało moje prawie wszystkie obawy i stresy związane z pójściem Artura do szkoły. Po solidnym poczęstunku (obiad, sałatki, ciepłe napoje i takie tam... dodam tylko, że zebranie trwało trochę ponad godzinę, a nie pół dnia) dyrektor szkoły, nauczyciele oraz inni pracownicy przedstawili nam pokrótce jak wygląda budynek szkoły, zajęcia oraz organizacja pracy szkoły. Generalnie na zebraniu dowiedziałam się wszystkiego, co chciałam wiedzieć.

Tydzień po zebraniu, zostaliśmy zaproszeni na dwie godziny do szkoły, gdzie Artur zapoznał się ze swoją klasą, kolegami i co najważniejsze z paniami, które będą go uczyć i czuwać nad jego dobrym samopoczuciem. Był też czas, kiedy my, rodzice poszliśmy na kawę i ciastko do budynku obok, a dzieci zostały same z nauczycielką. Artur niechętnie chciał stamtąd wychodzić, a całokształt klasy pozostawił w nim bardzo dobre wspomnienie, aż do września, kiedy rozpoczynał naukę i doskonale pamiętał co na niego czeka. Bo tam w klasie nie stoją tylko ławki i krzesełka. Właściwie sala bardziej przypomina polskie przedszkole niż szkolną klasę. Oprócz stolików znajdują się stanowiska z różnymi atrakcjami, tory, klocki, farby, ciastolina, koraliki, książki, komputery itp. Ogólnie bardzo fajnie jest to zorganizowane i uwierzcie mi, że do takiej szkoły to bym bardzo chętnie wróciła.

I przyszedł wrzesień. Tydzień przed pierwszym dniem szkoły, zawitała do nas na umówioną wizytę domową nauczycielka. Spotkanie nie trwało długo, może około piętnastu minut, ale pozwoliło Arturowi na przypomnienie sobie pani i rozbudzenie w nim chęci rozpoczęcia roku szkolnego. I ja również miałam szanse uzyskać odpowiedź na jeszcze nurtujące mnie pytania.

Jak już pisałam wcześniej, Artur rozpoczął rok szkolny 14 września. Przez pierwszy tydzień chodził tam tylko na dwie i pół godziny, coby się zintegrował bez większego szoku. Nie było żadnych łez czy niechęci z jego strony. Wydaje mi się, że to chyba ja bardziej przeżyłam te jego początki w szkole. Po tygodniu Artur zaczął już chodzić do szkoły normalnie, od 9:00 do 15:15. 

Pierwszy raz kiedy tu przyjechałam i usłyszałam, że wszystkie dzieci chodzą do szkoły w takich godzinach, stwierdziłam, że to strasznie długo. Ale teraz, z perspektywy czasu przekonałam się, że nie jest wcale tak źle. Artur chodził do przedszkola na 5 godzin, teraz chodzi tylko o godzinę dłużej. Poza tym, 9:00 rano to jest bardzo fajna, ludzka godzina, żeby zacząć dzień. Zajęcia są tak zorganizowane, żeby od rana było bardziej intensywnie, poznawanie jakichś literek, liczb czy historii, a z upływem czasu, zajęcia są coraz bardziej luźne, przeplatane zabawą i eksplorowaniem otoczenia. Jest godzinna przerwa na lunch i półgodzinna przerwa na drugie śniadanie. Poza tym, dzieci mogą w każdej chwili skorzystać z toalety, która znajduje się w klasie.

Artur bardzo chętnie chodzi do szkoły. Wracając do domu opowiada mi z przejęciem czego się nauczył, co robił i co miał na obiad. Rzadko kiedy wraca zmęczony, a myślałam, że codziennie będzie po takich zajęciach wypompowany. Ależ gdzieżby tam! Zaraz po szkole ciągnie mnie jeszcze na plac zabaw, który akurat! mijamy po drodze. I po szkole siada ochoczo do zeszytu, pokazuje mi jakich nauczył się literek i liczb. Rysuje bez końca lub szaleje z Aaronem biegając po całym domu.

Prace domowe mamy zadawane tylko na weekend i jak na razie jest to na przykład napisanie kilka razy nowo poznanych liter czy pokolorowanie jakiegoś obrazka. Dostajemy też książeczki do czytania w domu, które Artur wymienia sobie w klasie w miarę potrzeb. Każdą przeczytaną książkę muszę wpisać w specjalny zeszyt i napisać dwa-trzy zdania, jak dziecko zareagowało na książkę, co go zaciekawiło, czego się mogło z niej nauczyć.

Cóż mogę rzec? Jest dobrze, jak dotąd. Mam nadzieję, że tak będzie już zawsze.

A i żeby nie było tak słodko, muszę przyznać, że miałam już tą przyjemność być u nauczycielki na dywaniku. Myślałam głupia, że to z powodu problemów związanych z dwujęzycznością mojego dziecka, pisaniem czy ogólnie przyswajaniem wiedzy. Ale nie! To nie było to. Mój syn świetnie daje sobie w tych sprawach radę. Ale bawił się z kolegą w toalecie, wymazał wodą i papierem wszystkie lustra i był cały mokry. Tak sobie radzi! A co!


5 komentarzy:

  1. W polskich szkołach też bardzo dużo się zmieniło od naszych czasów. Moje dziecko nie chodzi jeszcze do szkoły, ale mamy dzieci z rodziny i od przyjaciół, które uczą się w szkole podstawowej i widzę wielkie zmiany i same plusy. Nie ma zadań domowych w pierwszej klasie, dopiero później. Książki zostawia się w szkole w szafkach. Zebranie zapoznawcze było już w czerwcu razem z dziećmi, które mogły obejrzeć klasę, poznać wychowawczynie i siebie nawzajem. Na początku września było kolejne zebranie dla rodziców typowo organizacyjne i informacyjne. Dzieci mają od pierwszej klasy język angielski, a nie jak za naszych czasów od 4. To bardzo dobry pomysł. Mają też zajęcia dodatkowe, po lekcjach dla chętnych. Lekcji codziennie jest 3-4, więc maxymalnie do 11,40 więc dzieci mają jeszcze sporo czasu wolnego na zabawę :) I tego, co koleżanka mi mówiła stoliki mają okrągłe i siedzą przy nich po 4osoby, ale to tylko w pierwszej klasie potem jest "normalnie" ;) Wszystkie dzieciaki jakie mamy z rodziny w naszej szkole chodzą bardzo chętnie są zadowolone i dobrze się uczą :) Są to klasy 1,2,4 i 5. Aha drugie klasy chodzą u nas na "drugą zmianę" na 11-sta i w sumie mogą się wyspać do woli, ale kończą lekcje 15-16,0 więc późno trochę wracają do domu..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miałam właśnie nadzieję, że coś się zmieniło. Chociaż córka mojej kuzynki miała zadawaną pracę domową już w pierwszej klasie i to prawie codziennie, więc to chyba kwestia nauczyciela i szkoły. W Polsce nie podoba mi się właśnie ta różnorodność godzin zajęć szkolnych, moja koleżanka ma dwoje dzieci, jedno chodzi na rano, drugie różnie, trzy dni na popołudnie, dwa dni na rano i ma ogromny problem żeby to wszystko pogodzić z odbieraniem i zaprowadzaniem do szkoły. Poza tym oboje z mężem pracują i bardzo narzeka na ten plan lekcyjny, który zmienia się co semestr. I to ona właśnie pochwaliła ten system angielski, że wszystkie dzieci chodzą jednakowo do szkoły, łatwiej jest to pogodzić. No ja na to nie wpadłam bo jeszcze nie pracuje, więc tego nie doceniam :)

      Usuń
  2. Podoba mi sie ta angielska adaptacja! :)
    U nas, w Stanach, jest troche inaczej. Duzo zalezy od szkoly, kazda ma wlasne zasady, ale w naszym miasteczku wypadlo to slabo...
    Najpierw mielismy godzinne spotkania raz w miesiacu, od lutego do kwietnia. W tym czasie rodzice sluchali prezentacji na temat szkoly oraz programu nauczania, a dzieci schodzily do klas zerowkowych, zeby sie pobawic i zapoznac z nauczycielami. Nie byly jednak wtedy podzielone jeszcze na swoje docelowe klasy i nie mialy zajec z pozniejszymi nauczycielkami.
    Kolejnym spotkaniem, wlasciwie ostatnim, bylo organizacyjne w maju. Tutaj ja mialam juz konkretne formularze do oddania oraz wypelnienia, a Bi musiala pojsc z paniami do klasy, gdzie przeprowadzily z nia kilka testow, zeby sprawdzic na jakim jest poziomie. I tu niestety, moje dziecko, ktore bylo juz przeciez w tej szkole kilka razy, zaczelo plakac...
    Najgorsze, ze potem byla dluuuga przerwa, bo az do konca sierpnia. Wtedy nastapilo wlasciwe spotkanie zapoznawcze, z klasa oraz pania. Tyle, ze odbylo sie ono w piatek, a normalne zajecia zaczynaly sie w poniedzialek. Czyli dzieci wlasciwie zostaja rzucone na gleboka wode... Tutaj rowniez moje dziecko sie rozplakalo...
    Ogolnie corcia kiepsko zniosla adaptacje. Co rano, przy pozegnaniu mielismy ryk i kurczowe sie mnie trzymanie. Na szczescie po tygodniu przeszlo...
    U nas tez sala przypomina bardziej przedszkolna, z okraglymi stolikami i roznymi kacikami (centers), z klockami, ciastolina, mazakami, itd. Zajecia sa podobnie - od 8:45, do 15:15. W srodku dnia dzieciaki maja godzinna przerwe, w tym lunch i zabawe na placu zabaw lub w sali gimnastycznej, jesli pogoda jest brzydka. Dodatkowo, co pewien czas, pani przerywa zajecia i maja kilkunastominutowe cwiczenia ruchowe, zeby sie rozruszac i odpoczac od nauki.
    Niestety, mamy tez prace domowa, ktora jest zadawana od poniedzialku do czwartku, czyli czesc wieczora musze spedzic ze Starsza nad kartkami. A sa to niestety zadania, gdzie trzeba cos przeczytac, zaznaczyc, dopisac. Bi czytac jeszcze nie umie, wiec chcac, nie chcac, praca domowa jest tez dla rodzica. Strasznie mnie to wkurza. :/ Za tydzien wywiadowka i zamierzam o tym wspomniec...
    Skoncze juz, bo sie rozpisalam, ale ogolnie szalu nie ma. ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ciesze sie bardzo, ze Artur sie w szkole zaklimatyzowal i dobrze sobie radzi :-) U nas (w Irlandii) wszystko wyglada bardzo podobnie, z tym ze pani nauczycielka nie odwiedza dzieci w domach przed rozpoczeciem szkoly, zajecia w szkole przez pierwsze dwa lata trwaja od 9 do 1:40, a dopiero w trzecim roku wydluzaja sie o godzinke. Moj synek do szkoly uczeszcza juz drugi rok (jest dokladnie o rok starszy od Arturka, tez wrzesniowy :-) ) i przyznam, ze wydaje mi sie iz bardzo gnaja do przodu z nauka czytania itp. Wydawalo mi sie na poczatku, ze pierwsze dwa lata to bedzie taka nauka przez zabawe.. a tu moj maluch :p dostaje juz ksiazeczki do samodzielnego czytania w domu i dzienniczek do opisywania "news" pelnymi zdaniami :-/ Zadanie dostajemy codziennie, oprocz piatku. Ciekawa jestem jak to dalej bedzie wygladac i u was i u nas :-)

    Pozdrawiam was cieplutko :-) z sasiedniej wyspy :-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Rewelacja, ze tak szybko się przyzwyczaił....wg mnie godziny idealne..u nas są dwie zmiany - koszmar, co z dzieckiem robić z rana lub po południu - jak ludzie pracują od 8 do 16....fajnie, ze tacy zadowoleni jesteście :))

    OdpowiedzUsuń