3 lata na emigracji

Tak, to już trzy lata minęły, odkąd z gulą w gardle patrzyłam z okna samolotu na znikającą polską ziemię. Od tamtej pory zmieniło się i wydarzyło bardzo dużo. Na pokładzie rodzinnym mamy jeszcze jednego brzdąca, pierworodny zaś poszedł do szkoły, no a najważniejsze, ja się zmieniłam... na lepsze. Pisałam już o tym rok temu, właśnie w takim podsumowaniu. Potwierdzę tylko to, co nadal jest prawdą, odzyskałam tutaj spokój i równowagę. Nauczyłam się od tutejszych ludzi "mitowisizmu", nie przejmuję się już tak wszystkim, jak miało to miejsce w Polsce. I nadal na swojej drodze spotykam dobrych ludzi. W pewien upalny dzień  Artur zawołał picie. Dałam mu resztkę wody i powiedziałam, że musimy iść kupić wodę. Akurat sklep był bardzo blisko. Ale za nami szedł pan, który dosłownie zapytał "Do you need woda?" i wyciągnął ze swojej torby nową buteleczkę wody i podał ją Arturkowi. Ot, taki mały, nic nieznaczący gest, a robi tak dobrze na sercu.

I pewnie nic ciekawego i nowego dzisiaj nie napiszę. Nadal cholernie boję się sytuacji, kiedy rodzice będą potrzebować naszej pomocy i opieki. A o tym, że podczas każdej wizyty w Polsce, żegnam się w myślach ostatni raz z moją babcią już nie wspomnę. Tęsknota za rodziną jest niestety na stałe wpisana do życiorysu emigranta. I to, że omijają nas ważne momenty w życiu innych, bliskich nam osób... śluby, wesela, narodziny, pogrzeby. Ale i my nie możemy dzielić się z całą naszą rodziną tym wszystkim, co tutaj przeżywamy.

Żeby trochę złagodzić tą rozterkę, zamiast na urlop do ciepłych krajów, jedziemy zawsze do Polski. Żeby pojeść dobrego, polskiego jedzenia. Żeby nacieszyć oko rodzinnymi, bliskimi sercu widoczkami. Żeby nasycić ucho wszechobecnym polskim jezykiem, razem z kurwami i innymi przerywnikami na czele. Ale niestety muszę przyznać, że za każdym razem, kiedy jesteśmy w Polsce odnosimy wrażenie, że jest coraz drożej. I ludzie nadal są tacy przygnębieni, mało uprzejmi i zirytowani. Nawet na urlopie, podczas pobytu w domu wczasowym, niektórzy nie potrafili wyluzować, a już o codziennym "dzień dobry" nie wspomnę.

Po tych trzech latach pobytu tutaj nadal nie znam języka tak dobrze, jakbym chciała. Owszem dogaduję się u lekarza, w szkole, urzędzie czy w klubiku dla dzieci. Ale nadal to nie jest taki angielski, którym chciałabym operować. Muszę nawet stwierdzić, że przed porodem Aarona, kiedy chodziłam do college, mój angielski był zdecydowanie lepszy. Teraz niestety nie używam go tak często i hmmm, no cóż, najzwyczajniej w świecie cofnęłam się w rozwoju. Owszem mogłabym sama we własnym zakresie się uczyć, czasem oglądam jakieś seriale czy bajki po angielsku, coś poczytam, ale niestety lenistwo wygrywa. Oczywiście wrócę do szkoły jak tylko Aaron skończy dwa latka. Nie chcę go jeszcze teraz zostawiać z obcymi ludźmi, on jest taki typowy cycuś mamusi (tak, karmię go jeszcze piersią, raz dziennie, późnym wieczorem, dacie wiarę?)

Eh, i tak, pomimo tego, że brakuje mi tutaj w sklepach korzenia pietruszki, śliwek węgierek i czerwonej herbaty, a pościel angielska nijak pasuje na polską kołdrę, chcę tu zostać... tutaj żyć. I chcę, żeby tutaj wychowały się moje dzieci.


A to Polska właśnie:












3 komentarze:

  1. Powiem ci szczerze, że ze smutkiem odkryłam ostatnio, że nie mam ochoty odwiedzać Polski, właśnie że względu na to wszechobecne niezadowolenie. Wiem że w pl ciężko się żyje i rozumiem tych ludzi, ale ciężko mi tak wypoczywać.

    OdpowiedzUsuń
  2. A nie planujesz wrócić :) ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na dzień dzisiejszy nie planuję. Ale nigdy nie mówię nigdy :) Życie czasem pisze tak zaskakujące scenariusze, że może jeszcze kiedyś zmienię zdanie.

      Usuń