Nie wiesz, co zrobić z dzieckiem? Oddaj go sąsiadom.

Od ponad miesiąca mamy nowych sąsiadów. Mieszkają z nami na tym samym piętrze, drzwi w drzwi z naszymi. Kiedy oni się wprowadzali i rozpakowywali, my byliśmy pochłonięci przygotowaniami do wyjazdu na wakacje w Polsce, po czym wybyliśmy na dwa tygodnie. Dlatego dopiero po powrocie poznaliśmy prawdziwe oblicze naszych nowych sąsiadów.

Kiedy około południa wróciliśmy z ojczyzny i mąż znosił wszystkie bagaże i graty z auta, nasz sąsiad wyłonił się ze swojego lokum, przywitał się i przedstawił nam swoją córeczkę. Jak się okazało dziewczynka jest tylko trzy miesiące młodsza od Artura. Nie chciało mi się dłużej stać w drzwiach i prowadzić konwersacji bo naprawdę po 25 godzinach podróży autem miałam ochotę tylko coś zjeść i uwalić się na łóżku. Więc zaczęłam grzecznie żegnać się z panem i zamykać drzwi, ale mała sąsiadka wyraziła chęć zabawy z Arturem, któremu po takiej podróży było wszystko jedno. Sąsiad od razu powiedział córce - Dobrze, idź kochanie, a ja pójdę zrobić lunch. Bez żadnego zapytania nas, czy może? Czy nie będzie przeszkadzać? Bo jakby nie było, dopiero co wysiedliśmy z auta po bardzo długiej podróży, a po całym domu walały się nasze bagaże. Tak więc, mimo, że nikt nie pytał mnie o zdanie, powiedziałam, że może się pobawić, ale tylko chwilę bo my zaraz wychodzimy coś zjeść.
Jak tylko wróciliśmy z obiadu usłyszałam znów pukanie. Serio? Nie otworzyłam. Ale około 17:00 ponownie dobijali się do drzwi. A że było to dość natarczywe, a Aaron i mąż spali to otworzyłam i powiedziałam, że jesteśmy zmęczeni i dziś Artur już nie przyjmie żadnych gości. Dla świętego spokoju zgodziłam się, że jutro nasze dzieci się pobawią.

Następnego dnia po południu przyszła nasza mała sąsiadka. Przyprowadziła ją jej mama i zapytała, czy może wejść. No dobra, myślę sobie i tak muszę chwilę odsapnąć. Przebiła się przez gąszcz gratów, coby usiąść sobie na sofie, ale nie było mi w ogóle wstyd bo w końcu wiedziała, że dopiero co wróciliśmy z wakacji. Ona jest Japonką, on Anglikiem, właściwie jakbym miała być bardziej szczegółowa to powinnam była powiedzieć Afroanglikiem. W Anglii mieszkają prawie trzy lata, wcześniej mieszkali w Pekinie. U nich układ jest taki, że ona pracuje całymi dniami, a on siedzi w domu z dzieckiem. Pogadałyśmy jeszcze chwilę i zaproponowała, żeby Artur poszedł się pobawić do nich.

Kolejnego dnia słyszę pukanie o 10:00. Otworzyłam, bo byłam święcie przekonana, że to listonosz. Przed drzwiami stała mała sąsiadka ze swoim tatą. Artur był ucieszony, ja trochę mniej. A żeby tego było mało, godzinę później przyszedł ubrany, z torbą w ręku i mówi, że idzie na zakupy. Zawołałam Ashley, bo tak dziewczynka ma na imię, bo byłam święcie przekonana, że zabiera ją ze sobą, a on na to, że za godzinkę wróci i Ashley niech zostanie. No bezczel totalny! Nawet nie zapytał się, czy ja mogę z nią zostać, czy nigdzie nie wychodzę. Nic! Nawet nie wymieniliśmy się numerami telefonu na wypadek, gdyby coś się stało - bo jak wiadomo, w życiu różnie bywa. Na drugi dzień sytuacja się powtórzyła, ale tym razem już powiedziałam, że ja też muszę wyjść. Wtedy miał wyraźnie niezadowoloną minę. I tak jest codziennie. Naprawdę denerwuje mnie to, że koleś nigdy jeszcze nie zapytał czy ja w ogóle mogę zostać z Ashley i czy nie mam innych planów.

Ogólnie ojciec nadużywa mojej dobroci. Przyprowadza małą codziennie przed 11:00, czasem o 10:00. I gdyby nie to, że ja mam zawsze jakieś plany i wyjścia, nasze dzieci bawiłyby się cały dzień, w większości u mnie w domu, łącznie z posiłkami. Nie potrafię być asertywna bo szkoda mi trochę tego dziecka. Kiedy musimy iść i "odstawiam" ją do domu to jest wielki płacz i lament. A ojciec zamiast ją pocieszać to stoi i się patrzy i wyraźnie czeka, żebym zmieniła zdanie i albo została w domu albo najlepiej zabrała Ashley ze sobą. Często przychodzi do mnie głodna. Ojciec nigdzie jej nie zabiera, siedzi całymi dniami w domu. Nawet do tego głupiego sklepu z nią nie idzie, tylko zostawia ją u mnie. A jak już ja się nie zgadzam bo też muszę gdzieś iść to wsadza ją w wózek! Ale to nie wszystko. Dziewczynka pije też mleko i wodę z butelki ze smoczkiem. Ostatnio mijaliśmy się pod pobliskim sklepem i Ashley siedziała sobie w wózku i piła wodę z butli niczym niemowlak! Przypominam, że ma 5 lat!

Poza tym, dziewczynka jest w miarę grzeczna. Nie jest tak spokojna jak Artur, co przyznała także matka Ashley, ale raczej wykonuje moje prośby. Ładnie bawi się z Arturem i oboje bardzo się polubili. Chociaż miałam już raz sytuację, że po trzech dniach ciągłej zabawy Artur poprosił mnie, żebym dziś nie wpuszczała naszej sąsiadki bo on chce porobić coś ze mną. Tak więc, nie tylko ja, ale i Artur mamy dosyć jej codziennych wizyt. Mnie męczy ten harmider i rozgardiasz jaki potrafią robić podczas zabawy i wygłupów. No bo w końcu to jest troje dzieci. Owszem, czasem oni chodzą bawić się także do Ashley (zwłaszcza kiedy Aaron ma drzemkę, w tym wypadku bardzo szybko nauczyłam się asertywności), ale większość czasu spędzają u mnie.

Jeszcze w poprzedni weekend dobijali się do mnie w sobotę, przed 10:00! Oczywiście nie otworzyłam bo wszyscy byliśmy jeszcze w piżamach. Ale to im wcale nie dało nic do myślenia, bo w niedzielę też chciał ją nam wcisnąć. Ale wtedy już stanowczo powiedziałam, że nasze dzieci nie będą się bawić w weekendy bo to jest czas dla rodziny. Na szczęście zrozumiał bo w ten weekend już jej nie przyprowadził.

Tak wiec, powoli "stopuję" mojego sąsiada w podrzucaniu swojego dziecka, ale nie jest łatwo, bo to bardzo bezczelny typ. A jednocześnie, nie chcę też całkowicie uciąć tej znajomości bo jest ona ważna dla Artura. Lubię patrzeć jak rodzą się jego nowe przyjaźnie. A i ja wyciągam jakieś korzyści z tej całej sytuacji - ćwiczę asertywność i język angielski :)


Origami dla dziecka

Pierwszy raz z origami płaskim z koła zetknęłam się w pracy, kilka lat temu, kiedy to koleżanka przyniosła stos kółek dla wychowanków i robiła z nimi cuda. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że istnieją takie odmiany origami. Później o tej technice zwyczajnie zapomniałam, ale przypomniałam sobie ją bardzo szybko, kiedy wzięłam do ręki książkę pt."Origami z wierszykami. Ciekawska kaczuszka Omi." Książka można by rzec, jest wszechstronna. Posiada historyjkę o kaczuszce, wierszyki i zestaw kolorowych kółek różnej wielkości oraz instrukcje jak z nich złożyć różne rzeczy czy zwierzęta.

Origami z wierszykami. Ciekawska kaczuszka Omi - Agnieszka Frączek, Dorota Dziamska
Wydawnictwo Bis


 

Przede wszystkim podstawą książki jest wesoła historia o ciekawskiej kaczuszce Omi, która wykluwa się na naszych oczach i od razu możemy poznać jej ciekawską naturę. Podczas swoich pierwszych dni życia spotyka na swojej drodze wiele różnych postaci, między innymi ślimaka, żabkę, latawca czy srokę. I to właśnie tych i innych bohaterów, łącznie z małą kaczuszką możemy złożyć z origami. Co kilka stron pojawia się taki jakby przerywnik głównego opowiadania, składający się z wierszyka o danym bohaterze i instrukcji jak go złożyć z kółek techniką origami. Wierszyk to fajny umilacz podczas składania. A sama instrukcja jest dosyć czytelna i nie mieliśmy większych problemów ze złożeniem origami.








Arturowi bardzo spodobała się ta technika. Owszem, potrzebował mojej pomocy w składaniu, ale my bardzo lubimy działać razem, a ta zabawa potrafi właśnie bardzo zaangażować dziecko jak i rodzica. Fajne jest też to, że po złożeniu wszystkich bohaterów książki, można samemu wymyślić dalsze losy naszej kaczuszki. Na przykład następny dzień z jej życia, ponieważ akurat książka kończy się na tym, że nasza mała bohaterka Omi idzie spać, ale nie może już doczekać się jutra i kolejnych ciekawych odkryć. Artur bardzo chętnie sam zaczął odgrywać role pomiędzy złożonymi postaciami, poruszając nawet ruchome części origami.






Inwencja twórcza Artura - kaczuszka trzymająca latawiec w dziobie.


Wszystkie ilustracje do książki wykonane są metodą origami płaskiego z koła i absolutnie każdy element, nawet najmniejszy kwiatek czy mrówka są inspiracją, aby złożyć je samodzielnie. Co prawda, w zestawie z książeczką jest tylko ograniczona ilość wyciętych kółek, ale zawsze można samemu wyciąć sobie nowe kółka w odpowiednich kolorach i bawić się od nowa. Lub od razu zamówić w sklepie Wydawnictwa Bis dodatkowe zestawy, TUTAJ KLIK. Ja na pewno zrobię te piękne kwiaty i wykorzystam je w swoich scrapkowych pracach.



A dowodem na to, że książka bardzo przypadła do gustu Arturowi jest fakt, że jak tylko zobaczył inne pozycje z tej serii na okładce, zaraz poprosił o zakupienie wszystkich części.



Wpis powstał w ramach projektu Przygody z książką

https://dzikajablon.wordpress.com/2016/02/16/przygody-z-ksiazka-4-zaproszenie-do-udzialu-w-projekcie/


Dziękuję wydawnictwu Bis za przekazanie egzemplarza recenzenckiego.

Wakacje z dzieckiem w Karwi



Zazwyczaj wakacje spędzaliśmy we Władysławowie. Do czasu, kiedy pojechaliśmy tam pierwszy raz z Arturem i odechciało nam się  raz na zawsze urlopu z dzieckiem w tak zatłoczonym kurorcie. Dlatego postanowiliśmy, że w tym roku pojedziemy do miejscowości typowo rodzinnej, małej i kameralnej, gdzie będzie można naprawdę odpocząć na plaży, a nie tylko pilnować dzieci, czy nie wchodzą innym na głowę.

Poczytałam kilka opinii i wybrałam Karwię. Chcieliśmy jechać gdzieś w okolice Półwyspu Helskiego i Trójmiasta by w razie niepogody (lub jak w naszym przypadku, znudzenia ładną pogodą) pozwiedzać ciekawe miejsca. Poza tym, ponad dziesięć lat temu byłam w Karwi i z tego, co pamiętałam, była to naprawdę malutka, rodzinna miejscowość.

Niestety Karwia zadowoliła mnie tylko w połowie. No może na tyle, że jestem jeszcze kiedyś w stanie ją odwiedzić, ale nie jest to mój ideał. Jeśli chodzi o plażę, to grzechem byłoby narzekać. Szeroka, duża i czysta. O każdej porze dnia można spokojnie znaleźć jakieś miejsce... dużo miejsca na rozłożenie koca, namiotu czy innego plażowego ekwipunku. No, może nie zawsze w pierwszym rzędzie przy morzu, ale zawsze znajdzie się miejscówka, gdzie dzieci spokojnie będą mogły kopać doły czy budować zamki z piasku bez ofiar w ludziach. Minusem niestety są wejścia na plażę. Oczywiście narzekać będą tylko ci, którzy muszą używać dziecięcych wózków bo dróżki prowadzące do plaży to sam piach, po którym jak wiadomo ciężko pchać wózek. Jedno główne wejście posiada tylko do połowy drogę wyłożoną płytkami chodnikowymi.

Plusem jest także fakt, że jest to naprawdę mała miejscowość i gdziekolwiek byśmy nie wykupili noclegu, odległość do plaży będzie zawsze dosyć krótka, co jest ważne na wakacjach z małymi dziećmi. My mieszkaliśmy można powiedzieć prawie na końcu mieściny, a do plaży szliśmy 10 minut Arturowym tempem. No i niewątpliwie jest to rodzinna miejscowość bo po godzinie 22 wszystko zamiera i tak jak dzieci, szykuje się do snu. Nie ma żadnych dyskotek i wałęsającej się, wrzeszczącej młodzieży wracającej z nocnych libacji. Jest bezpiecznie i sympatycznie.

Ale niestety Karwia nie jest miasteczkiem kameralnym i spokojnym w dzień. Ludzi jest tak pełno, że o spokojnym spacerowaniu chodnikiem można zapomnieć. Wszędzie kolejki i tłumy. A co do chodników, to są wąskie i w ogóle nieprzystosowane do takiego zaludnienia. W ogóle mam wrażenie, że Karwia nie jest przygotowana na przyjmowanie tylu turystów. Zdecydowanie brakuje porządnego deptaka. Minusem jest też to, że przez miasteczko przechodzi dość ruchliwa ulica, która zabiera urok spacerowania i urlopowania.








A gdzie warto nocować? Z czystym sumieniem polecam Dworek Karwia. Schludny, przytulny pensjonat, z ogromnym placem zabaw, animacjami dla dzieci i porannymi kijkami dla zmęczonych mam i mnóstwem innych dogodności dla rodzin. Jest tam naprawdę przemiła obsługa, która  się nami bardzo dobrze zaopiekowała.

Plac zabaw w Dworku Karwia często wygrywał u Artura z plażą, tudzież innymi atrakcjami w ciągu dnia.



I jeszcze kilka słów, gdzie można moim zdaniem smacznie zjeść w Karwi. 
Przede wszystkim polecam Tawerna Złota przy ul. Wojska Polskiego, gdzie absolutnie każdy posiłek, wliczając nawet śniadania, zaskakuje smakiem i jakością.
Warto wybrać się też na obiad do jadłodajni Płomyk na ul. Kolorowej. Lokal nie zachęca do wejścia i zamówienia czegoś, ale my zaryzykowaliśmy i tak nam zasmakowało, że wróciliśmy tam jeszcze kilka razy. Owszem, być może dania nie smakowały jak u przysłowiowej babci, ale porcje były smaczne, solidne i nie czuć było starego oleju.
Godna uwagi jest też restauracja Złota Rybka przy ulicy Wojska Polskiego, gdzie szczególnie polecam przepyszne pierogi z kapustą i grzybami. Pizza tam nieszczególnie mi smakowała, ponieważ miała dziwny sos. A muszę Wam przyznać, że pizza bez sera (od roku jadam tylko takie) ma zupełnie inny smak, który nie jest zdominowany przez ten dodatek właśnie.

A jaki lokal omijać szerokim łukiem? Oj przyznam szczerze, że jeden bardzo podpadł mojemu podniebieniu. Przy wejściu na plażę nr 44 mieści się bar U Kapitana, gdzie już po ilości ludzi można ocenić, jakie tam dają jedzenie. Zamówiłam pierogi, które cenowo nie należały do najtańszych na karwieńskim rynku restauracyjnym, ale niestety jak się okazało, dostałam 6 sztuk mrożonych pierogów, które były prawdopodobnie źle przechowywane albo źle odgrzane bo były ohydne. Nie byłam w stanie przełknąć nawet jednego kawałka i niczym Magda Gessler wyplułam go ostentacyjnie w chusteczkę. Mąż zamówił pierś kurczaka w panierce z frytkami i surówką i też stwierdził, że więcej już tutaj nie przyjdzie.

Ogólnie rzecz ujmując, jestem zadowolona z wakacji, bo przede wszystkim trafiliśmy na piękną pogodę. Myślę, że odpoczęłam na tyle, na ile w ogóle matka z dwójka dzieci może odpocząć. Kocham morze i ten słony zapach powietrza, a przygrzewające słoneczko jeszcze bardziej sprawiło, że moje baterie zostały naładowane.

A może Wy polecicie mi jakąś mieścinę nad polskim morzem, która jest spokojna i cicha także w sezonie?

Paluszki, czyli o dziesieciu takich, co nigdy się nie nudzą

Biorę do ręki książkę, która ma twardą oprawę, ale jest przyjemnie aksamitna w dotyku. Wertuję strony i podziwiam śliczne, kolorowe ilustracje, jakby namalowane farbami. Czytam mniej więcej o czym jest książka i widzę taki fragment:
"Wycierają się szybko w nogawki spodni i uważają, że są czyste."
Brzmi znajomo prawda? Przecież ta książka jest o moim synku. I o każdym innym chłopcu, który ma ręce pełne roboty. A właściwie, paluszki pełne roboty.


Książka pt. "Paluszki, czyli o dziesięciu takich, co nigdy się nie nudzą" opowiada jeden dzień z życia chłopca o imieniu Marcinek. Wydawałoby się, że jest to zwykła, prosta historia, ale jednak wyróżnia ją fakt, że opowieść pokazana jest od strony paluszków przedszkolaka. Te małe paluszki są pracowite już od samego rana, lepią kulki z chleba przy śniadaniu, umoczone w ślinie podkradają cukier z cukiernicy, w przedszkolu układają puzzle, bawią się dźwigiem, a nawet ciągną koleżankę za warkoczyk. Po powrocie z przedszkola, paluszki nadal mają mnóstwo zajęć, łaskoczą tatę po nosie, zamieniają się w samolot czy budują z klocków lego, a podczas kąpieli udają, że są rybkami lub delfinami. Paluszki nawet w nocy są bardzo zajęte, bo przez sen trzymają zielonego smoka i go łaskoczą po brzuchu.





Mój syn bardzo lubi takie historie, w których może odnaleźć siebie i swoje przeżycia. I ta książka właśnie taka jest. Napisana jest prostym, zrozumiałym dla małych dzieci językiem. Niby opisuje jeden, zwykły dzień z życia małego chłopca, a jednak jest ciekawa, wciągającą i sprawia, że dziecko skupia na niej swoją uwagę od początku do końca. Bardzo podoba mi się to, że historia opisuje nie tylko czynności, jakie paluszki wykonują, ale także emocje, jakie dziecko przeżywa podczas całego dnia. Paluszki trzymają rękaw maminego płaszcza w chwili pożegnania, zaciskają się w piąstki ze złości, kiedy ktoś bawi się ulubionym robotem, klaszczą, kiedy im się coś podoba, zrywają dla mamy kwiatek, czy łapią ją czule za rękę.
A na końcu znajduje się miejsce, żeby uwiecznić na zawsze odbicie paluszków naszych małych, osobistych bohaterów. 


Paluszki, czyli o dziesięciu takich, co nigdy się nie nudzą
Autor: Renata Piątkowska  
Ilustrator:
Jola Richter-Magnuszewska  
Wydawnictwo Bis


Wpis powstał w ramach projektu Przygody z książką 



Dziękuję Wydawnictwu Bis za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego.

Co je mój alergik? /3

Pierwszy wpis z tej serii tutaj KLIK
Drugi wpis tutaj KLIK


 Pasta a la guacamole - awokado, troszkę soku z cytryny, odrobinę suszonego czosnku i pomidorek. Do tego krakersy i czereśnie.



Na drugi dzień Aaron znów zjadł pastę z awokado (uwielbia ją) z plasterkiem pieczonej wołowiny i malinami.



Pasta z oliwek - niestety średnio podpasywała Aaronowi, ale powtórzę ją jeszcze ponieważ mi bardzo smakowała. Zrobiłam ją z zielonych oliwek, odrobiny wody dla odpowiedniej konsystencji i podprażonego słonecznika. Wszystko na oko i do smaku. Do tego chlebek naan z tego przepisu KLIK i borówki.



Kasza orkiszowa i pieczone frytki warzywne (pasternak, burak i marchewka).



Pasta z zielonego groszku (przepis tutaj KLIK), chlebek i maliny.



Mielony kalafiorowy (przepis tutaj KLIK) i pomidor.



Placuszek bananowy i melon. Placuszki robię na oko, rozgniatam dwa dojrzałe banany, dodaję trzy łyżki mąki owsianej i dwie łyżki mąki jaglanej i tyle mleka roślinnego, żeby masa miała konsystencję gęstej śmietany.  Placuszki smażę na patelni, posmarowanej olejem kokosowym.


Czy jesteś tchórzem, Albercie?

Nigdy nie lubiłam się bić, a nawet wchodzić z kimś w konflikt słowny. Pamiętam, że nie raz w szkole, kiedy ktoś mi dokuczał z pomocą przychodziła moja starsza siostra. Nie lubiłam się bić ze strachu i uważałam się za tchórza i słabeusza. Rodzice byli zbyt zapracowani, żeby czytać mi książki wyjaśniające takie sytuacje. Zresztą, jakby to powiedziała moja mama, kiedyś były inne czasy. Jak to dobrze, że teraz jest inaczej. Mamy między innymi książki o Albercie, które pomagają dziecku zrozumieć wiele ważnych spraw. Dzieła Gunilli Bergström zostały nie tylko przetłumaczone na trzydzieści języków, ale doczekały się także spektakli teatralnych i filmów animowanych.

"Czy jesteś tchórzem, Albercie?" to historia o chłopcu, który ma sześć lat i chodzi do zerówki, gdzie jak wiadomo nie od dziś, dzieci czasem się biją. Ale Albert nie lubi się bić i to nie dlatego, że jest bardzo grzecznym chłopcem. Chociaż jego babcia tak uważa i cieszy się, że Albert przejawia niechęć do bijatyk. Jego koledzy natomiast tłumaczą to uprzedzenie tchórzostwem lub brakiem siły. A jak jest naprawdę? Pewnego dnia Albert odważnie wyznaje, dlaczego unika bójek. Jeśli jesteście ciekawi do czego przyznał się chłopiec i co najbardziej dzieci w nim doceniły, koniecznie zajrzyjcie do tej części o Albercie.

Nam osobiście Albert bardzo się podoba. Znamy tego chłopca nie od dziś i nie jest to pierwsza nasza książka. Uwielbiamy go za proste historie, które są lekarstwem na różne, dziecięce bolączki. Język, którym historie są opowiedziane jest tak prosty i przejrzysty jak ilustracje do nich. Nie ma żadnych wątków pobocznych, opisów czy niepotrzebnych zwrotów akcji. Ilustracje także skupione są tylko na Albercie i głównym wątku. Brak w nich szczegółów, wyraźnego tła czy bogatej, przesadzonej kolorystyki. Ilustracje są wręcz banalne i trywialne, ale absolutnie nie ujmuje im to piękna.


Czy jesteś tchórzem, Albercie? - Gunilla Bergström
Wydawnictwo Zakamarki 









Bardzo dziękuję wydawnictwu Zakamarki za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego.