Pobyt w Polsce

Po prawie dwóch latach nieobecności w Polsce, w końcu udało nam się odwiedzić ojczyznę. Niestety teraz, kiedy Artur chodzi już do przedszkola dłuższy wyjazd możliwy jest tylko w święta lub wakacje, kiedy szkoły mają wolne. Oczywiście na tak długą nieobecność w rodzinnym kraju miała także wpływ moja ciąża, poród i całe to okołoporodowe szaleństwo. No ale, było minęło. Dzieć trochę podrósł, więc zdecydowaliśmy pojechać do Polski na dwa tygodnie, na święta Wielkanocne.

Ogólnie pobyt w Polsce był fatalny i z dnia na dzień zastanawialiśmy się tylko z mężem, co jeszcze może nam się przydarzyć. Zaczęło się od tego, że mąż już dzień przed wyjazdem gorzej się czuł, a w podróży zaczęły wyskakiwać mu jakieś podejrzane, bardzo swędzące krosty. Kiedy dojechaliśmy w niedzielę, uczulenie to wyglądało, że tak powiem, obrzydliwie. Na drugi dzień rano mąż poszedł do lekarza i przyszedł do domu z diagnozą "bostonka" i reklamóweczką leków. Na szczęście lekarz nie skierował go na oddział zakaźny (chociaż ja po wyglądzie tych krost miałam już najgorszy scenariusz przed oczami). Nie kazał mu też jakoś specjalnie "wyleżeć" tej choroby. Powiedział, że ten kto ma słabszą odporność to po prostu się zarazi.

No i padło na Artura, któremu na trzeci dzień naszego pobytu pojawiły się niewielkie krostki w buzi. Od razu galopem polecieliśmy z nim do lekarza. Ten nie stwierdził jednoznacznie bostonki, ale dał leki przeciwwirusowe i o dziwo choroba się dalej nie rozwinęła, a krostki po trzech dniach zniknęły. Ale usłyszeliśmy od lekarza coś gorszego. W serduszku Artura słychać szmery. No przyznam szczerze, po takich słowach ciężko w pełni cieszyć się spędzonym czasem z rodziną. Po świętach poszliśmy do kardiologa dziecięcego, gdzie usłyszałam, że chłop jest zdrowy jak koń. Kamień z serca. Z radości miałam ochotę uchlać się jak świnia, ale niestety jako matce karmiącej przypadła mi tylko herbatka na dobry sen.

A żeby nie było nudno, to w międzyczasie Aaron zaczął bardzo kaszleć, więc poszłam i z nim do lekarza, coby go osłuchał. Na szczęście okazało się, że oskrzela są czyste. Pani doktor przepisała leki do robienia inhalacji i probiotyki na lepszą odporność. Dla jasności napiszę, że poinformowałam panią doktor, że dziecko jest alergikiem. Probiotyki podałam wieczorem, później na drugi dzień rano, a po południu Aron dostał wysypkę. W nocy często wybudzał się z płaczem. Od rana głowiłam się co mu tak zaszkodziło, przecież nie zjadłam niczego zakazanego. No i olśniło mnie. Probiotyki w kropelkach dla dzieci. Napis po łacinie, ale wygooglowałam i mam. No jasne - pałeczki kwasu mlekowego! Niestety pani doktor nie błysnęła inteligencją. Jak można przepisać dziecku pałeczki kwasu mlekowego po tym jak poinformowałam, że dziecko ma alergię na nabiał. Aaron do dziś ma tak brzydką i chropowatą skórę po tym niefortunnym wypadku, że nadal walczę żeby doprowadzić go do stanu sprzed wyjazdu do Polski.

No i jeszcze jedno zdarzenie, które spędzało nam sen z powiek i nie pozwalało cieszyć się pobytem w ojczyźnie. Artur od ponad trzech miesięcy słabo słyszy. Postanowiłam, że zapiszę go do dobrego specjalisty w Polsce, żeby to wyjaśnić. Podejrzewałam trzeci migdał lub po prosty zatkane uszy przez nagromadzoną woskowinę. Ogólnie lekarz stanął na wysokości zadania i bardzo jestem zadowolona z wizyt, ale niestety na sprawę związaną z Arturowymi uszami musieliśmy poświecić trzy dni bo na pierwszej wizycie okazało się, że lekarz przełożył spotkanie. Po czym, na drugiej wizycie, która już się odbyła, okazało się, że to nie trzeci migdał ani zatkane uszy są przyczyną niedosłuchu, ale lekarz zrobił dwa testy i stwierdził ewidentnie niedosłuch obu uszu, co bardzo mnie zmartwiło. Skierował nas na dalsze badania bo nie był pewny, co było źródłem niedosłuchu. Badania przypadły po świętach. No i znów te święta takie w niepewności... Ale we wtorek po świętach odbyło się badanie słuchu i wyniki wykazały, że Artur ma dysfunkcję trąbki słuchowej. Na szczęście jest to odwracalne. Zakupiłam już odpowiedni sprzęt i leki, które pomogą nam w odblokowaniu owej trąbki.

Tak więc, sami widzicie, że pobyt w Polsce minął nam zdecydowanie pod znakiem lekarzy. Musieliśmy też niestety ograniczyć wizyty i spotkania ze względu na bostonkę, ale ten kto się nie bał, a chciał się z nami zobaczyć to się zobaczył. Cieszę się, że moi rodzice, babcia i teściowie poznali w końcu Aarona. A jednocześnie znów żal mi, że mogli nacieszyć się nim tylko te parę dni, tak krótko... zawsze będzie za krótko. Niestety nic na to nie poradzimy. Nawet jakbym spędziła w Polsce dwa miesiące, nie da się nacieszyć dziećmi na zapas. Mam wrażenie, że im dłużej trwa pobyt, tym trudniej jest wyjeżdżać.

Mimo wszystko, cieszę się z tego czasu, który spędziłam z rodziną. Cieszę się, że mogłam pobyć trochę w Polsce bo już się za nią stęskniłam. I jestem wdzięczna Temu na górze, że szczęśliwie dojechaliśmy w obie strony autem taki szmat drogi. Bez żadnych przykrych przygód. I chłopcy dali radę i ładnie wytrzymali.

Szkoda, że wszystko co dobre, szybko się kończy. Ale wróciłam z pozytywną energią. Naładowałam trochę baterie. I tylko antykwariatu nie zdążyłam odwiedzić przez te choróbska. Ale w wakacje sobie odbiję! Oby do lata!

Tym razem pokażę Wam kilka zdjęć z podroży, które zrobił Artur. Rośnie mi przyszły bloger :)








7 komentarzy:

  1. Ojej, wizyta faktycznie pełna niespodzianek! Fajne zdjęcia zrobił :) aż byłam w szoku :) Ja też mam wrażenie, że im dłużej jestem u rodziców, tym gorzej, ciężej sie wyjeżdża :/

    OdpowiedzUsuń
  2. Pamiętam te urlopy i wizyty w Polsce i jak ciężko było wracać do Holandii po każdym takim urlopie. I potem odliczanie tygodni do następnego razu ;)

    Przykro mi, że urlop się nie do końca udał i że tyle chorób na raz Was spotkało.. A to pech :( Mam nadzieję, że już lepiej i wszyscy zdrowi! Bostonka to ponoć paskudna choroba, współczuje mężowi. Dobrze, że chłopcy się nie zarazili! Ale trochę nerwów na pewno cię to wszystko kosztowało..

    OdpowiedzUsuń
  3. Wspolczuje przezyc! Od razu przypomnial mi sie moj zeszloroczny pobyt z dzieciakamii to jak chorowali (mononukleoza, rota, zabkowanie, goraczka), ale faktem jest, ze przynajmniej mialam do pomocy i wspoltowarzystwa w biedzie mame. Ale tez stesknilam sie za rodzinka i starymi kontami, dlatego lece za tydzien sama :D Ps. Ja nadal czekam i licze, ze dziurka w serduszku Alexia zrosnie sie sama, no i ze do 3 roku zycia wyrosna z tej alergii na mleko, a co do slchu Adasia to akurat mial niedawno robione badanie w szkole, wiec mam na papierze, ze slyszy dobrze. A ze nie slucha, to juz inna sprawa :p Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie martw się, Alex na pewno z tego wyrośnie, tak jak większość dzieci. Trzymam kciuki.
      Zazdroszczę wyjazdu bez kochanego bagażu :)

      Usuń
  4. Oj no to współczują, faktycznie urlop przechorowany :( Artur ma talent do fotografii. Buziaki dla Was :*

    OdpowiedzUsuń
  5. No to wyjazd faktycznie do najlepszych nie należał, ale cieszę się że już wszystko jest dobrze.
    Pozdrawiam 😊

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja tez wiecznie w pl po lekarzach biegam:-( kolejny wyjazd szykuje sie podobnie eh...😥

    OdpowiedzUsuń