11 miesięcy

Pomału przygotowuję różne bibeloty i dekoracje, które wykorzystam podczas przyjęcia urodzinowego. Tak, tak, bo już za miesiąc Aaron będzie obchodził swoje pierwsze urodziny. Trudno uwierzyć, ale tak ten czas właśnie ucieka.

A tymczasem, podsumowując, Aaron nadal kształtuje swój gorący temperament. Wszędzie go pełno i nadal bardzo nas absorbuje. Chociaż zaważyłam, że potrafi na dłużej zająć się jakąś rzeczą, wyciszyć się i uspokoić. Uwielbia towarzystwo brata, wpatruje się w niego jak w obrazek, piszczy na jego widok i już nawet powtarza po nim niektóre czynności. Te chwile, kiedy bawią się razem czy kiedy Artur przytula i całuje brata bardzo mnie rozczulają.

Aaron waży 8180 g. To bardzo mało, biorąc pod uwagę ile je, a je dużo. Myślałam, że do roku mleko matki jest podstawą diety i trzy stałe posiłki w zupełności mu wystarczą, ale niestety Aaron nie był zadowolony z takiej diety. Tak więc, teraz Aaron zjada kaszkę na wodzie rano i wieczorem, w południe obiadek, później deser w postaci owoców, a pod wieczór warzywa. Mojego mleka najwięcej opija się wieczorem, w nocy i nad ranem. Niechętnie korzysta z piersi w ciągu dnia, bo woli eksplorować otoczenie. Cieszę się z takiego obrotu sprawy, bo wydaje mi się, że łatwiej mi będzie odstawić go od piersi, jeśli nie jest tak bardzo do niej przywiązany.

Stan uzębienia zwiększył się o dwie górne dwójki. Aaron przepłacił to katarem i gorączką, ale ma teraz piękny uśmiech. Poza tym, coraz częściej stoi bez trzymanki. To znaczy on zawsze wtedy coś trzyma w ręku, ale nie jest to żaden mebel, a najczęściej jakieś ciastko lub gryzak. Widzę też, jak stoi na skraju stolika i mierzy wzrokiem odległość do krzesła. Wyciąga rękę jak najdalej się da, ze wszystkich sił próbuje zmniejszyć odległość, ale nie robi kroku do przodu. Jeszcze się boi. Ale znając mojego syna, ten stan nie potrwa długo.

Potrafi też robić pa-pa, jak chce jeść i widzi jedzenie to mlaska i kiedy jest marudny wyciąga rączki do góry, najczęściej w moim kierunku, żeby go wziąć na ręce i przytulić. Taki jest mądry, chłopczyk mój.




Kosmetyki Demsa dla alergika i KONKURS!


Będąc w Polsce lekarz przepisał Aaronowi probiotyk, który jak się okazało bardzo go uczulił. Konsekwencją tego były nie tylko bóle brzucha i nieprzespana noc, ale też pojawienie się przesuszonych, swędzących płatów na skórze. Wtedy postanowiłam przetestować, a jednocześnie podjąć współpracę z marką Demsa. Dostałam do wypróbowania cztery kosmetyki i kubek z piękną rozwijającą się herbatką.



  • Unikalny balsam przeznaczony do łagodzenia swędzenia, najbardziej uciążliwego objawu AZS. 
  • Przynosi natychmiastową ulgę swędzącej i podrażnionej skórze atopowej.
  • Dzięki redukcji swędzenia może ograniczać potrzebę drapania

Moja opinia - Balsam przyniósł wyraźną ulgę mojemu synkowi, złagodził podrażnienia, skóra była nawilżona i zdecydowanie poprawił się jej wygląd. Balsam ma dość rzadką konsystencję, ale nie umniejsza mu to ani w działaniu, ani w aplikowaniu na skórę. Niech was nie zmyli małe opakowanie. Ten balsamik jest na tyle rzadki, że naprawdę wystarcza na dość długo.



Krem do ciała 100 ml. Cena - 34,90 zł

  • Łagodzi podraznienia i zaczerwienienia.  
  • Wzmacnia barierę ochronną skóry, dzięki czemu lepiej broni się przed wpływem czynników zewnętrznych. 
  • Przywraca i utrzymuje optymalne nawilżenie skóry.

Moja opinia - Krem natomiast jest bardzo gęsty i z trudem wyciska się z tubki, ale podczas rozsmarowywania bardzo ładnie się rozprowadza na skórze i wchłania. Fantastyczny krem, który odżywia i wyraźnie poprawia kondycję skóry małego alergika.


Krem do twarzy 70ml. Cena 34,90 zł

  • Łagodzi podrażnienia i zaczerwienienia będące efektem stanu zapalnego skóry. 
  • Skutecznie łagodzi swędzenie. 
  • Doskonale nawilża o odżywia delikatną skórę twarzy. 
  • Odpowiedni pod makijaż i preparat przeciwsłoneczny. 

Moja opinia -  Bardzo fajna konsystencja kremu pozwala na łatwą i szybką aplikację, co mnie bardzo cieszy bo Aaron szczególnie nie lubi kremowania buzi. Również tak jak pozostałe kosmetyki Demsa, znacznie poprawiły stan skóry mojego małego alergika.


Preparat do mycia 200 ml. Cena 29,90 zł

  • Skutecznie oczyszcza skórę nie naruszając jej bariery ochronnej.
  • Hamuje rozwój bakterii charakterystycznych dla skóry atopowej. 
  • Nawilża i odżywia skórę.    

Moja opinia - Płyn est bardzo gęsty i ciężko wydobyć go z opakowania, ale ładnie się pieni i działa bez zarzutów. Dlatego, że jest taki gęsty, jest bardzo wydajny i to sobie chwalę. Nie pozostawia na wanience obrzydliwie tłustej otoczki, jak potrafią to robić inne emolienty. Myję w nim synka od stóp do głów, czyli włoski też. Ładnie nawilża skórę mojego synka i przygotowuje ją do przyjęcia innych smarowideł. Czasem Aaron jest już tak zmęczony i zniecierpliwiony, że nie smaruję go balsamem czy kremem, a mimo tego, skóra nie jest przesuszona.


Poniżej zdjęcia skóry na rączkach przed zastosowaniem kosmetyków i kilka dni później. Myślę, że zdjęcia oddają najlepiej to, jak świetnie działają kosmetyki Demsa. Muszę tutaj się usprawiedliwić, że Aaron nigdy nie miał aż tak źle wyglądającej skóry. Bardzo staram się dbać o jego dietę i kondycję skóry. Niestety tak zareagował na podanie pałeczek kwasu mlekowego. Na szczęście kosmetyki szybko rozprawiły się z fatalnym stanem jego skóry.



Produkty Demsa to kosmetyki bezpieczne dla dzieci od 6 miesiąca życia, przebadane klinicznie i dermatologicznie, hipoalergiczne, bez parabenów, substancji zapachowych, SLS i sterydów. Jestem bardzo zadowolona z działania tych kosmetyków i na pewno, przy kolejnej wizycie w Polsce, zrobię odpowiedni ich zapas.

KONKURS!

A dla Was mam niespodziankę. Nie musicie kupować kosmetyków Demsa. Możecie je wygrać u mnie na blogu. Razem z firmą Demsa mamy do rozdania 3 zestawy kosmetyków, w skład których wchodzą
  • Preparat do mycia, 
  • Krem do ciała, 
  • Intensywny balsam łagodzący swędzenie 
  • poradnik pielęgnacji skóry atopowej Demsa. 

Aby wygrać należy w komentarzu pod tym wpisem odpowiedzieć na dwa pytania. 

  1. Czy Ty bądź ktoś z Twojej rodziny lub bliskich ci znajomych ma AZS?
  2.  Jakie chwile najbardziej lubisz podczas wieczornej pielęgnacji Twojego dziecka?

Najciekawsze odpowiedzi zostaną nagrodzone. Konkurs rozpoczyna się 23 kwietnia 2016, a kończy 30 kwietnia 2016. Zwycięzców ogłoszę 2 maja 2016 pod tym wpisem.
Anonimowe komentarze proszę o pozostawienie adresu mail.
Koniecznie przeczytajcie regulamin konkursu, który znajdziecie tutaj KLIK.

Zapraszam do wzięcia udziału w konkursie. 

WYNIKI:

Decyzja była bardzo trudna, ponieważ podobało mi się dużo więcej odpowiedzi, niż tylko trzy, ale niestety nagrody są tylko trzy, tak więc zwycięzcami są:

- Marta R

"Tak . Ja i synek.
2 Oczywiście kąpiel ! To czas dla nas zawsze przyjemny i dbamy o to od samego początku. Przede wszystkim jest to moment, w którym całą uwagę poświęcamy synkowi i nie odciąga nas od tego brudny stolik czy gotująca się zupa na dzień jutrzejszy ;-). Ważną dla nas zasadą stosowana od poczatku jest żeby wszystkie złe emocje i nerwy zostawić przed drzwiami łazienki, bo tylko wtedy kąpiel jest przyjemnością. Dla dnaszego Olka w wannie największą frajdą jest piana. Olek z tatą zamieniają się wtedy w dziadków czy Mikołaja z brodą, a synuś aż zanosi się ze śmiechu. Gdy nie ma piany, robimy mydlane bańki, a chłopaki uwielbiają mieszać mikstury z mydeł i płynów tak, żeby bańki były jak największe. Olek próbuje łapać bańki, a gdy pryskają wszyscy aż piszczą z radości. Czasem gotujemy w wannie „wodny obiad”, bo uwielbia przelewać i mieszać wodę, a mama służy jako „przytrzymywacz” ;) Niekiedy natomiast robimy podwodne wyścigi po dnie wanny. Nawet nie potrzeba specjalnych zabawek do kąpieli, wystarczy np. plastikowa butelka, która puszcza bąbelki gdy się ją napełnia, albo wyskakuje z wody, gdy próbujemy ją zanurzyć, tak samo jak mała plastikowa piłeczka. Generalnie po kąpieli łazienka zawsze „pływa”, ale to drobny szczegół. Po wyjściu z wanny bawimy się w „akuku” zza ręcznika. Potem smarujemy ciałko balsamem, sprawdzając przy tym gdzie Oluś ma łaskotki. Śpiewam wymyślone piosenki o częściach ciała albo recytuję wierszyki , co tylko wpadnie do głowy, a mały raczek nieboraczek wędruje po całym ciałku i dba o to, by skóra była nawilżona. Na koniec oczywiście piżamka, a wtedy bawimy się w„gdzie jest nóżka i rączka”. Nóżka się chowa w piżamce, a Olekz uwagą śledzi gdzie nóżka wędruje, gdy się pokaże to wybucha śmiechem. Chyba mogę stwierdzić, że to co opisałam świetnie się sprawdza, bo jak Olek słyszy pytanie „kto idzie się kąpać?”, to w mgnieniu oka czeka pod drzwiami łazienki :). Moim jedynym marzenie, ale to juz poza konkursem jest aby byl tak chetny do jedzenia jak do kąpieli. Polecam więc dużo cierpliwości i miłości, a wtedy każda kąpiel będzie przyjemnością i dla dziecka i dla rodziców"

- Paulina

"1. Oczywiście, niestety.
2. Podczas wieczornej pielęgnacji najbardziej lubię obserwować, jak rośnie mój maluch. Kiedyś był ledwie kropeczką na pralce, a dziś wystają mu nóżki nawet, gdy leży po przekątnej. Wcześniej głaskałam łysą główkę szczotką, a dziś robimy nieziemskie bujne fryzury i utrwalamy je kąpielową pianą. Wspominam pierwsze, jakże niewinne chlapnięcia, które kończyły się najwyżej na zmoczeniu twarzyczki, dziś mam dodatkowo umytą podłogę. Kiedyś powolnie wklepywałam kremy, teraz robię to błyskawicznie i to jedną ręką-muszę zdążyć przed kolejną akrobacją. Ale jedno się nie zmieniło. Mój zachwyt, gdy zmiany skórne zmniejszają się."

- Anonimowy, mail: julitka2701@wp.pl

"W mojej rodzinie AZS ma mój kochany chrześniak Staś, ma już 2 latka i jest dla mnie jak synuś 😉, wiec pomagam jego mamie w codziennych zabiegach o jak najlepszy wygląd jego skóry....
Ulubionym momentem pielęgnacji skóry jest dla Stasia kąpiel, bo można wodą ciocię chlapać oraz rączką bańki łapać 😉 Stasiek kąpie się codziennie i wygląda to niezmiennie:
ciepłą wodę nalewamy, szampon tuż pod ręką mamy, ręcznik rozłożony czeka-
a Staś piszczy już z daleka i do wody się pakuje bo jak rybka się w niej czuje... Tu zaczyna się zabawa-kąpiel to jest świetna sprawa. Później szybko go suszymy, całe ciałko kremujemy, mokre włoski szczotkujemy I piżamkę zakładamy. Później do snu tulimy. Ciocia Kołysankę śpiewa- Mały Staś słodko ziewa I do krainy snów już zmierza.... Taka rymowanka o moim Kochanym Urwisie."


Wszystkim bardzo dziękuję za udział w konkursie. A zwycięzców proszę o nadesłanie adresu do wysyłki na mojego maila: mordoklejka838@gmail.com

Rozszerzanie diety z książką Annabel Karmel

Będąc już w ciąży zakupiłam książkę autorstwa Annabel Karmel, która pomaga, a zarazem inspiruje podczas rozszerzania diety u małego dziecka. Autorka ma na koncie wiele książek dotyczących przygotowywania posiłków głównie dla najmłodszych. Na mojej liście do kupienia jest też książka obejmująca przepisy na smaczne i ciekawe lunchboxy dla dzieci.

Książka którą Wam przedstawię nosi tytuł "New Complete Baby and Toddler Meal Planner" i zawiera bardzo dużo wiadomości na temat zdrowego odżywiania dzieci, jak przygotowywać posiłki, żeby były smaczne i atrakcyjne, jak je przechowywać oraz mrozić. W książce można znaleźć przepisy od takich najprostszych jak np. gotowana marchewka z ziemniakiem i masełkiem, do tych bardziej skomplikowanych, które możemy zaserwować dzieciom powyżej pierwszego roku życia.



Książka podzielona jest na pięć rozdziałów, pierwszy porusza ogólne zagadnienia dotyczące żywienia małego dziecka, drugi zawiera przepisy na papki i musy, które wprowadza się na samym początku, trzeci rozdział natomiast wprowadza papki oraz jedzonko z grudkowatą teksturą dla troszkę starszych dzieci, czwarty i piaty analogicznie zawierają przepisy na potrawy dla dzieci od 9 do 12 miesiaca i po pierwszym roku życia.











Każdy rozdział kończy się plannerem, czyli przykładowym jadłospisem na kilka dni. Ja nie korzystam z tych podpowiedzi ponieważ po pierwsze Aaron jest alergikiem i wielu rzeczy nie może jeść, po drugie, zawsze wolałam sama ustalać takie menu dla maluszków. Ale są zapewne zwolenniczki tego typu gotowych jadłospisów.



Podoba mi się jeszcze to, że przepisy podzielone są według rodzaju mięs (drób, mięso czerwone, ryba) oraz na dania warzywne, owocowe i dania z makaronem.








Na początku zastanawiałam się, czy nie kupiłam książki zbyt pochopnie, pod wpływem chwilowej fascynacji. No bo przecież wydawać by się mogło, że to moje drugie dziecko i rozszerzanie diety oraz gotowanie obiadków mam już w małym palcu. Jednak doszłam do wniosku, że to bardzo dobry zakup. Muszę Wam się przyznać, że rozszerzając dietę Arturowi kurczowo trzymałam się tych samych smaków - marchew, pietruszka, jabłko, gruszka, banan, ziemniak, burak. Później doszły pomidory, cukinia i słynne spaghetti, które Artur uwielbia do dzisiaj. Popadłam w pewną monotonię, z czego zdałam sobie sprawę dopiero po przeczytaniu książki Annabel. Muszę Wam z ręką na sercu przyznać, że nigdy malutkiemu Arturowi nie ugotowałam zupki z soczewicą ani ciecierzycą. Na szczęście później pokochał hummus, który podałam mu w wieku dwóch lat, a przecież mogłabym podać mu go w 10 miesiącu życia. Dzisiaj zajadamy wszelkie zupy soczewicowe, fasolowe i inne zawierające rośliny strączkowe. Warto czasem otworzyć oczy i umysł na nowe smaki i podczas rozszerzania diety nie zamykać się w pewnych utartych schematach.

A poniżej kilka zdjęć Aaronowego jedzonka, które powstało przy pomocy książki. Czasem do obiadków dodaj e też kostki smakowe (o których pisałam tutaj i tutaj i tutaj) coby Aaron codziennie jadł coś innego.

Łosoś z ryżem, pomidorem, marchewką i koperkiem.



 Wołowina z batatem, pomidorem, marchewką i soczewicą.



Wołowina z ryżem, marchewką i fasolką szparagową.


 Deserek - banan i gruszka.

Banan i borówka delikatnie podgotowane, zmiksowane i zamrożone w pojemniku na kostki lodu. Wspaniały dodatek do codziennych owsianek.  


Napisze jeszcze słowo na temat przechowywania posiłków bo często pytacie mnie, gdzie można kupić takie fajne pojemniczki. W tutejszych sklepach, na dziale dziecięcym można dostać zawrotu głowy od różnych pojemniczków i pudełeczek. Ale jeśli w Waszym mieście takie pojemniki są trudno dostępne polecam pojemniki na kostki lodu, najlepsze są te silikonowe. A na większe obiadki można użyć silikonowych foremek na muffiny, które na pewno dostaniecie w każdym markecie. Po zamrożeniu takie obiadki wystarczy wyjąć z silikonowych foremek i schować w strunowy woreczek na mrożonki.


Wpis powstał w ramach projektu Przygody z książką

https://dzikajablon.wordpress.com/2016/02/16/przygody-z-ksiazka-4-zaproszenie-do-udzialu-w-projekcie/

10 miesięcy

Dość spóźnione podsumowanie dziesiątego miesiąca Aarona, ale niestety przez wyjazd do Polski nie mogłam zrobić tego wcześniej. To znaczy mogłam, ale kurcze, kto by siedział przed laptopem, będąc w ojczyźnie na urlopie?

Tak więc mały Aaron miedzy dziewiątym, a dziesiątym miesiącem życia nauczył się wstawania. Robi to zwinnie i szybko. Na początku było to bardzo kłopotliwe bo kiedy już wstał to puszczał się jedną rączką, żeby coś sobie wziąć lub odchylał się, żeby coś obejrzeć i zaliczał non stop upadek. Musiałam cały czas go asekurować. Poważnie też rozpatrywałam decyzję o założeniu kasku na główkę. Ale od niedawna upadki zdarzają się coraz rzadziej. Aaron jednak nie odpuszcza i nadal stojąc trzyma się czegoś tylko jedną ręką, a czasem nawet stoi chwilę bez trzymanki i albo zalicza upadek albo przypomina mu się o asekuracji i przytrzymuje się mebli.

Generalnie Aaron to żywe srebro. W dodatku bardzo roześmiane i pogodne srebro. Jest cholernie odważny, niczego się nie boi, a już na pewno nie upadków. Ma ogromne parcie na chodzenie, co doprowadza mnie, biedną matkę do stanów przedzawałowych. I nie, to nie jest tak, że jak się ma drugie dziecko, to człowiek już jest przyzwyczajony i odpuszcza. Takie dziecko to ja mam po raz pierwszy. Artur był inny, ostrożny, rozważny i nie doprowadzał mnie do palpitacji serca. Aaron robi to non stop. Jestem prawie pewna, że zacznie chodzić na roczek. Świetnie radzi sobie z chodzeniem przy łóżku i chodziku. Sam też pięknie siedzi i siada z czworakowania.

Nadal karmię piersią i nadal nie mogę uwierzyć w to, że mi się udało. Pomimo silnej alergii synka i mnóstwa wyrzeczeń z mojej strony, nadal daję mu to, co najlepsze i najzdrowsze. Najpierw walczyłam o trzy miesiące, później minęło sześć miesięcy... teraz jest już dziesięć. Planuję karmić do roku, ale z doświadczenia już wiem, że plany swoje, a życie swoje. A no i chyba nie muszę mówić, że Aaron w ciągu dnia już nie ssie piersi w pozycji leżącej? W pozycji siedzącej też bardzo rzadko. Zazwyczaj jest to pozycja na czworaka lub inna zaczerpnięta z dyscypliny jaką jest joga.

No i mamy trzeciego i czwartego zęba. Górną, lewą jedynkę i dwójkę. Na Wielkanoc mieliśmy żywego, rozkosznego królika :) Ach, no i doczekałam się z ust kolejnej pociechy słowa "mama". Wzrusz!






Pobyt w Polsce

Po prawie dwóch latach nieobecności w Polsce, w końcu udało nam się odwiedzić ojczyznę. Niestety teraz, kiedy Artur chodzi już do przedszkola dłuższy wyjazd możliwy jest tylko w święta lub wakacje, kiedy szkoły mają wolne. Oczywiście na tak długą nieobecność w rodzinnym kraju miała także wpływ moja ciąża, poród i całe to okołoporodowe szaleństwo. No ale, było minęło. Dzieć trochę podrósł, więc zdecydowaliśmy pojechać do Polski na dwa tygodnie, na święta Wielkanocne.

Ogólnie pobyt w Polsce był fatalny i z dnia na dzień zastanawialiśmy się tylko z mężem, co jeszcze może nam się przydarzyć. Zaczęło się od tego, że mąż już dzień przed wyjazdem gorzej się czuł, a w podróży zaczęły wyskakiwać mu jakieś podejrzane, bardzo swędzące krosty. Kiedy dojechaliśmy w niedzielę, uczulenie to wyglądało, że tak powiem, obrzydliwie. Na drugi dzień rano mąż poszedł do lekarza i przyszedł do domu z diagnozą "bostonka" i reklamóweczką leków. Na szczęście lekarz nie skierował go na oddział zakaźny (chociaż ja po wyglądzie tych krost miałam już najgorszy scenariusz przed oczami). Nie kazał mu też jakoś specjalnie "wyleżeć" tej choroby. Powiedział, że ten kto ma słabszą odporność to po prostu się zarazi.

No i padło na Artura, któremu na trzeci dzień naszego pobytu pojawiły się niewielkie krostki w buzi. Od razu galopem polecieliśmy z nim do lekarza. Ten nie stwierdził jednoznacznie bostonki, ale dał leki przeciwwirusowe i o dziwo choroba się dalej nie rozwinęła, a krostki po trzech dniach zniknęły. Ale usłyszeliśmy od lekarza coś gorszego. W serduszku Artura słychać szmery. No przyznam szczerze, po takich słowach ciężko w pełni cieszyć się spędzonym czasem z rodziną. Po świętach poszliśmy do kardiologa dziecięcego, gdzie usłyszałam, że chłop jest zdrowy jak koń. Kamień z serca. Z radości miałam ochotę uchlać się jak świnia, ale niestety jako matce karmiącej przypadła mi tylko herbatka na dobry sen.

A żeby nie było nudno, to w międzyczasie Aaron zaczął bardzo kaszleć, więc poszłam i z nim do lekarza, coby go osłuchał. Na szczęście okazało się, że oskrzela są czyste. Pani doktor przepisała leki do robienia inhalacji i probiotyki na lepszą odporność. Dla jasności napiszę, że poinformowałam panią doktor, że dziecko jest alergikiem. Probiotyki podałam wieczorem, później na drugi dzień rano, a po południu Aron dostał wysypkę. W nocy często wybudzał się z płaczem. Od rana głowiłam się co mu tak zaszkodziło, przecież nie zjadłam niczego zakazanego. No i olśniło mnie. Probiotyki w kropelkach dla dzieci. Napis po łacinie, ale wygooglowałam i mam. No jasne - pałeczki kwasu mlekowego! Niestety pani doktor nie błysnęła inteligencją. Jak można przepisać dziecku pałeczki kwasu mlekowego po tym jak poinformowałam, że dziecko ma alergię na nabiał. Aaron do dziś ma tak brzydką i chropowatą skórę po tym niefortunnym wypadku, że nadal walczę żeby doprowadzić go do stanu sprzed wyjazdu do Polski.

No i jeszcze jedno zdarzenie, które spędzało nam sen z powiek i nie pozwalało cieszyć się pobytem w ojczyźnie. Artur od ponad trzech miesięcy słabo słyszy. Postanowiłam, że zapiszę go do dobrego specjalisty w Polsce, żeby to wyjaśnić. Podejrzewałam trzeci migdał lub po prosty zatkane uszy przez nagromadzoną woskowinę. Ogólnie lekarz stanął na wysokości zadania i bardzo jestem zadowolona z wizyt, ale niestety na sprawę związaną z Arturowymi uszami musieliśmy poświecić trzy dni bo na pierwszej wizycie okazało się, że lekarz przełożył spotkanie. Po czym, na drugiej wizycie, która już się odbyła, okazało się, że to nie trzeci migdał ani zatkane uszy są przyczyną niedosłuchu, ale lekarz zrobił dwa testy i stwierdził ewidentnie niedosłuch obu uszu, co bardzo mnie zmartwiło. Skierował nas na dalsze badania bo nie był pewny, co było źródłem niedosłuchu. Badania przypadły po świętach. No i znów te święta takie w niepewności... Ale we wtorek po świętach odbyło się badanie słuchu i wyniki wykazały, że Artur ma dysfunkcję trąbki słuchowej. Na szczęście jest to odwracalne. Zakupiłam już odpowiedni sprzęt i leki, które pomogą nam w odblokowaniu owej trąbki.

Tak więc, sami widzicie, że pobyt w Polsce minął nam zdecydowanie pod znakiem lekarzy. Musieliśmy też niestety ograniczyć wizyty i spotkania ze względu na bostonkę, ale ten kto się nie bał, a chciał się z nami zobaczyć to się zobaczył. Cieszę się, że moi rodzice, babcia i teściowie poznali w końcu Aarona. A jednocześnie znów żal mi, że mogli nacieszyć się nim tylko te parę dni, tak krótko... zawsze będzie za krótko. Niestety nic na to nie poradzimy. Nawet jakbym spędziła w Polsce dwa miesiące, nie da się nacieszyć dziećmi na zapas. Mam wrażenie, że im dłużej trwa pobyt, tym trudniej jest wyjeżdżać.

Mimo wszystko, cieszę się z tego czasu, który spędziłam z rodziną. Cieszę się, że mogłam pobyć trochę w Polsce bo już się za nią stęskniłam. I jestem wdzięczna Temu na górze, że szczęśliwie dojechaliśmy w obie strony autem taki szmat drogi. Bez żadnych przykrych przygód. I chłopcy dali radę i ładnie wytrzymali.

Szkoda, że wszystko co dobre, szybko się kończy. Ale wróciłam z pozytywną energią. Naładowałam trochę baterie. I tylko antykwariatu nie zdążyłam odwiedzić przez te choróbska. Ale w wakacje sobie odbiję! Oby do lata!

Tym razem pokażę Wam kilka zdjęć z podroży, które zrobił Artur. Rośnie mi przyszły bloger :)