Chrzest w angielskim kościele

Do angielskiego kościoła katolickiego zaczęłam chodzić ponad rok temu. Podobały mi się kameralne, spokojne msze, z radosnymi pieśniami i rodzinnym gwarem. I pomimo, że czasem trwają półtorej godziny w ogóle tego nie odczuwam, bo jest tam wesoło, przyjemnie i sympatycznie. Po mszy zawsze można napić się herbaty czy kawy, zjeść ciastko i porozmawiać z innymi parafianami lub księdzem. Podoba mi się ten klimat, rodzice piją ciepłą herbatkę, a dzieci kręcą się po kościele z ciastkiem w ręku. Ksiądz wychodzi do ludzi, dyskutuje, doradza, tworzy z nimi wspólnotę. Podajesz mu rękę, rozmawiasz z nim i na tej podstawie on zapamiętuje swoich parafian. Żadnych biurokracji i rozliczeń, czy dajesz na tacę. Przed wejściem do kościoła dostaje się książeczkę z dokładnie rozpisaną mszą, pieśniami i czytaniami, dlatego każdy, nawet tylko chwilowy gość może całkowicie uczestniczyć i śledzić etapy mszy.

Po mszy, na której byłam pierwszy raz z trzymiesięcznym Aaronem podszedł do mnie ksiądz, przywitał maleństwo i wręczył małą książeczkę, gdzie zawarte były wszystkie informacje dla rodzin z małymi dziećmi, między innymi, kiedy  odbywają się zajęcia dla dzieci, spotkania rodzin, chrzty i na przykład, że na wyposażeniu kościoła są leżaczki dla niemowląt z których można korzystać podczas mszy. Było także napisane, że podczas nabożeństwa mogę karmić dziecko piersią. Ogólnie kościół jest bardzo otwarty na obecność dzieci w kościele, małych jak i dużych, tych spokojnych i tych bardziej płaczących i rozbrykanych.

Kiedy poszłam ustalić datę i szczegóły chrztu nie było mowy o żadnych pieniądzach. Nie musiałam płacić za wystrój kościoła w tym dniu, za organistę czy za udzielenie sakramentu. Nawet świecy nie musiałam kupować bo Aaron dostał ją od księdza. Kiedy przyniosłam dzień przed uroczystością świadectwa chrztu chrzestnych Aarona, nikt nie chciał tych dokumentów i  usłyszałam tylko "wierzę ci na słowo".

Chrzest był piękny. Było tylko czworo dzieci, wszystko odbyło się na spokojnie, bez żadnych nerwów. Niestety nie mogę tego powiedzieć o chrzcie Artura, gdzie było chrzczonych piętnaścioro (!) dzieci i o mały włos Artur nie zostałby ochrzczony bo ledwo dopchałam się z nim do księdza przed ołtarz. Wtedy w ogóle nie odczułam, że to chrzest mojego dziecka. Tutaj wręcz przeciwnie, czułam wyjątkowość tego wydarzenia.

Nie żałuje swojego wyboru i cieszę się, że znalazłam w końcu kościół do którego lubię chodzić i spędzać tam czas. I chociaż w Londynie jest mnóstwo polskich kościołów i nawet do jednego "próbowałam" uczęszczać to jednak ten angielski ma w sobie to coś, do czego chce się wracać.

5 komentarzy:

  1. Anonimowy3/14/2016

    Pieknie...jak z bajki... wróć...niczym z filmów :-) az dziw bierze ze tak mozna ze takie koscioly istnieja... tez bym tak chciala zazdroszcze Ci. W Polsce to niestety nierealne... zdrowka i usmiechow dla Chlopcow!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No dokładnie, jak na amerykańskich filmach :) Dziękuję i pozdrawiam.

      Usuń
  2. to cudownie...u nas ciężko znaleźć tak wrażliwy kościół....ale jak sie dobrze poszuka to można znaleźć - tylko trzeba poszukać :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Wspaniale to wszystko brzmi.
    Na pewno gdybym odczuwała potrzebę chodzenia do kościoła to wybrałabym ten angielski.
    Aż dreszcze człowieka przechodzą jak sobie pomyśli jak to wszystko w Polsce wygląda! Temat rzeka i działa na mnie jak płachta na byka. Być może stąd wzięło się moje ogromne zniechęcenie do kościoła i kleru.

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie byłam jeszcze w tutejszym kościele będąc na obczyźnie. Po polskich kościołach pałam niechęcią do nich. Ale nie jesteś pierwsza osoba od której słyszę że angielskie koscioly to całkiem inna bajla... więc pewnie i ja zawitam do jednego w mojej okolicy.

    OdpowiedzUsuń