Kurczę blade! Książka na Wielkanoc!

Święta Wielkanocne zapasem, więc postanowiłam przedstawić dziś książkę, która bardzo kojarzy mi się z tymi świętami. Bo jest trochę o kurczaku, o gotowaniu i pieczeniu, no i o gonitwie za jajem. Być może to nawiązanie do świąt Wielkanocnych jest trochę naciągane, ale książek o tematyce bożonarodzeniowej mamy mnóstwo, czego niestety nie można powiedzieć o książkach związanych z Wielkanocą. Dlatego ja traktuję tą książkę jako świąteczną i częściej wracam do niej właśnie w tym okresie.

Mowa tutaj o książce "Kurczę blade", której treścią jest wiersz Wandy Chotomskiej, a którą zilustrował sam Edward Lutczyn. Książeczka ma bardzo poręczny format, zaokrąglone rogi i kartonowe strony. Pozycja ta jest bardzo kolorowa, intensywna, ale absolutnie nie zalatuje tandetą. Te jarmarczne kolory nadają szyku i sprawiają, że książka jest piękna. Wydana jest w języku polskim i angielskim.

Po tym, jak Artur zdziwił się, że ludzie jedzą raki (cyt.: "ale jak to? przecież raki nie jedzą ludzi, to dlaczego ludzie je jedzą?") obawiałam się, jak syn zareaguje na to, że kurczak miał zostać upieczony i zjedzony,  ale wiersz jest napisany tak śmiesznie, że Artur dał się wciągnąć w ten humor. Podczas czytania śmieje się w głos, a ja razem z nim. Nie ma to tamto. To książka z jajem!


"Kurczę blade" Wanda Chotomska, Edward Lutczyn
Wyd. Babaryba 2010.









Wpis powstał w ramach projektu:

https://dzikajablon.wordpress.com/2016/02/16/przygody-z-ksiazka-4-zaproszenie-do-udzialu-w-projekcie/

Polska szkoła na emigracji

Odkąd mieszkam na emigracji często słyszę pytania od znajomych i rodziny, którzy mieszkają w Polsce o to, gdzie Artur będzie się uczył języka polskiego i czy będzie chodził do szkoły angielsko-polskiej. Niestety taka szkoła jeszcze w Londynie nie istnieje. Z tego co wiem, są plany powstania takiej placówki, ale nie orientuję się dokładnie w tym temacie.

Jest za to bardzo dużo szkół polskich, w której odbywają się zajęcia w sobotę. No bo żeby była jasność, dziecko mieszkające w Wielkiej Brytanii ma obowiązek od 5 roku życia chodzić do szkoły, oczywiście angielskiej (lub dwujęzycznej, w naszym wypadku angielsko-polskiej). A do polskiej szkoły mogą, ale nie muszą, uczęszczać pozalekcyjnie.

Nie wiem czy miałabym sumienie "zrywać" dziecko z łózka jeszcze w sobotę do szkoły. Ale jest inna opcja uczęszczania do polskiej szkoły i ten sposób wydaje mi się najbardziej przychylny. Są to Polskie Szkoły Internetowe Libratus, które bezpłatnie umożliwiają dzieciom przebywającym na emigracji dostęp do edukacji w ramach polskiego systemu oświaty.



Dziecko, które uczęszcza do takiej szkoły ma  dostęp do internetowej platformy z szeroką gamą materiałów edukacyjnych. Zajęcia odbywają się w formie nauczania domowego - rodzic w oparciu o scenariusze lekcyjne i repetytoria pełni rolę nauczyciela. Dodatkowe wsparcie stanowią cotygodniowe lekcje on-line, tzw. Webinaria prowadzone przez wykwalifikowanych pedagogów. Program zajęć urozmaicają prezentacje, filmy edukacyjne, interaktywna tablica oraz gry. Każdy rok szkolny kończy się egzaminem, który daje możliwość uzyskania państwowego świadectwa szkolnego - takiego samego, jakie otrzymują dzieci uczące się stacjonarnie w Polsce. Program skierowany jest do uczniów zerówki, szkoły podstawowej i gimnazjum.

Moja chrześnica także uczęszcza do tej szkoły. W tamtym roku uzyskała pierwsze świadectwo. Posiada nawet szkolną legitymacje, która dumnie wisi nad jej biurkiem. A kiedy Zuzia jedzie do Polski korzysta ze zniżek, do których uprawnia dana legitymacja.

Projekt współtworzy kilkadziesiąt polskich szkół podstawowych, kilkanaście gimnazjów, poradnie psychologiczno-pedagogiczne, Polskie Szkoły Sobotnie oraz inne instytucje i organizacje polonijne. Koordynatorem projektu jest Fundacja Edukacji Polonijnej.

Po więcej informacji zapraszam Was na stronę Polskich Szkół Internetowych Libratus - TUTAJ

http://www.libratus.edu.pl/



 Wpis powstał w ramach współpracy z Libratus


Chrzest w angielskim kościele

Do angielskiego kościoła katolickiego zaczęłam chodzić ponad rok temu. Podobały mi się kameralne, spokojne msze, z radosnymi pieśniami i rodzinnym gwarem. I pomimo, że czasem trwają półtorej godziny w ogóle tego nie odczuwam, bo jest tam wesoło, przyjemnie i sympatycznie. Po mszy zawsze można napić się herbaty czy kawy, zjeść ciastko i porozmawiać z innymi parafianami lub księdzem. Podoba mi się ten klimat, rodzice piją ciepłą herbatkę, a dzieci kręcą się po kościele z ciastkiem w ręku. Ksiądz wychodzi do ludzi, dyskutuje, doradza, tworzy z nimi wspólnotę. Podajesz mu rękę, rozmawiasz z nim i na tej podstawie on zapamiętuje swoich parafian. Żadnych biurokracji i rozliczeń, czy dajesz na tacę. Przed wejściem do kościoła dostaje się książeczkę z dokładnie rozpisaną mszą, pieśniami i czytaniami, dlatego każdy, nawet tylko chwilowy gość może całkowicie uczestniczyć i śledzić etapy mszy.

Po mszy, na której byłam pierwszy raz z trzymiesięcznym Aaronem podszedł do mnie ksiądz, przywitał maleństwo i wręczył małą książeczkę, gdzie zawarte były wszystkie informacje dla rodzin z małymi dziećmi, między innymi, kiedy  odbywają się zajęcia dla dzieci, spotkania rodzin, chrzty i na przykład, że na wyposażeniu kościoła są leżaczki dla niemowląt z których można korzystać podczas mszy. Było także napisane, że podczas nabożeństwa mogę karmić dziecko piersią. Ogólnie kościół jest bardzo otwarty na obecność dzieci w kościele, małych jak i dużych, tych spokojnych i tych bardziej płaczących i rozbrykanych.

Kiedy poszłam ustalić datę i szczegóły chrztu nie było mowy o żadnych pieniądzach. Nie musiałam płacić za wystrój kościoła w tym dniu, za organistę czy za udzielenie sakramentu. Nawet świecy nie musiałam kupować bo Aaron dostał ją od księdza. Kiedy przyniosłam dzień przed uroczystością świadectwa chrztu chrzestnych Aarona, nikt nie chciał tych dokumentów i  usłyszałam tylko "wierzę ci na słowo".

Chrzest był piękny. Było tylko czworo dzieci, wszystko odbyło się na spokojnie, bez żadnych nerwów. Niestety nie mogę tego powiedzieć o chrzcie Artura, gdzie było chrzczonych piętnaścioro (!) dzieci i o mały włos Artur nie zostałby ochrzczony bo ledwo dopchałam się z nim do księdza przed ołtarz. Wtedy w ogóle nie odczułam, że to chrzest mojego dziecka. Tutaj wręcz przeciwnie, czułam wyjątkowość tego wydarzenia.

Nie żałuje swojego wyboru i cieszę się, że znalazłam w końcu kościół do którego lubię chodzić i spędzać tam czas. I chociaż w Londynie jest mnóstwo polskich kościołów i nawet do jednego "próbowałam" uczęszczać to jednak ten angielski ma w sobie to coś, do czego chce się wracać.

Dekoracje na chrzest, tort i podziękowania dla gości



Jak wiecie, 6 marca odbył się chrzest święty Aarona. O tym, jak wygląda taka uroczystość w angielskim kościele napiszę w następnym poście, a dziś pokrótce opiszę kilka zagadnień organizacyjnych, o które pytaliście.

Podziękowania dla gości

Myśląc o podziękowaniach dla gości kompletnie nie brałam pod uwagę cukierków z fotografią mojego dziecka, która po zjedzeniu wyląduje w koszu na śmieci. Nigdy nie podobał mi się ten pomysł. Na chrzcinach u Artura jako podziękowania kupiłam aniołki z modeliny.



Tym razem postanowiłam poszukać czegoś innego bo wydaje mi się, że moda na aniołki trochę już minęła. Mój wybór padł na ceramiczne magnesy na lodówkę, które znalazłam na DaWanda. W paczce, która do mnie przyszła znalazłam nie tylko piękne magnesy, ale także torebki i ozdobne sianko, dzięki którym mogłam ładnie zapakować małe prezenciki.








Pompony z bibuły

Pompony robiłam już na trzecie i czwarte urodziny Artura, ale z bibuły marszczonej. Tym razem zamówiłam bibułę gładką i muszę przyznać, że łatwiej się z nią pracuje. Niestety nie pokażę Wam tutka jak krok po kroku zrobić taki pompon, bo robiłam je w nocy, więc zdjęcia wyszłyby paskudne. Ale na YouTube czy na innych stornach jest bardzo dużo instrukcji jak wykonać takie pompony (chociażby TUTAJ i TUTAJ).
Chciałabym tylko podpowiedzieć, że moje pompony mają cztery różne rozmiary (35 cm, 25 cm, 20 cm i 15 cm) i są w czterech odcieniach (biały, miętowy, jasnoniebieski i niebieski). Do zrobienia jednego pomponu potrzebujemy 10 arkuszy bibuły. Taką prasowaną bibułę zazwyczaj sprzedaje się w arkuszach o rozmiarach 70x50 cm. Pompony zawsze powinny mieć długość 50 cm, ale jeśli chodzi o szerokość, czyli ogólnie wielkość pomponu, można ją regulować docinając papier według własnych potrzeb.
I pamiętajcie, żeby oddzielając arkusze robić to raz z jednej strony, raz z drugiej. To pozwoli Wam stworzyć równy i kulisty pomponik. Ja zrobiłam kilka krzywych szkarad, żeby w końcu rozwiązać zagadkę powstawania pięknych pomponów. 
Warto też zamówić taką bibułę, która pakowana jest w rulonie, bez żadnych zagnieceń. Polecam też dokupić wstążki w tych samych kolorach co pompony, wtedy otrzymacie naprawę fajny efekt.






Tort

Tort jak zwykle był z tego przepisu (KLIK) Biszkopt był czekoladowy, przełożony masą z bitej śmietany i serka mascarpone. Tym razem pokusiłam się też o przełożenie tortu frużeliną malinową, na którą przepis znalazłam oczywiście na blogu Moje Wypieki.
Wszystkie dekoracje na tort kupiłam na Allegro :)