8 miesięcy

Ośmiomiesięczny Aaron potrafi już sam siedzieć. Siedzi dość krótko i podpiera się przy tym rączkami, ale jakby nie było, kolejna umiejętność zaliczona. Przygotowuje się też do czworakowania bo leżąc na brzuchu unosi się wysoko na rękach i podnosi dupkę do góry. Ciekawa jestem, czy Aaron, tak jak jego starszy brat, w tym miesiącu nabędzie umiejętności raczkowania, samodzielnego siedzenia bez podparcia  i wstawania. Tak, Artur dokonał wszystkiego w ciągu jednego miesiąca ( kolejność nieprzypadkowa ). No i znów porównuję :)

A nawiązując do Artura, jest naprawdę świetnym bratem. Aaron aż piszczy ze szczęścia jak tylko widzi Artura. Bardzo lubią wspólnie spędzać czas, Artur cieszy się, że ma komu "pajacować", a Aaron oczywiście ma uciechę z obecności i wygłupów starszego brata. Jak tylko Aaron zaczyna płakać, Artur od razu się pojawia i go rozbawia. I wiecie co, myślałam, że jak Artur będzie chodził do przedszkola to będzie mi lżej bo zostanę w domu tylko z jednym dzieckiem. I oczywiście, czasem tak jest, ale częściej łapie się na tym, że chciałabym, żeby Artur już był i trochę powygłupiał się przy Aaronie. Wtedy ja mogę na spokojnie ogarnąć obiad lub pranie. Kiedyś ktoś powiedział "chcesz mieć więcej czasu dla siebie? zrób sobie drugie dziecko". No i coś w tym jest, niewątpliwie.

Poza tym, Aaron waży 7400 g i nosi ubranka na 74 cm. Taki mały szczypiorek z niego, ale health visitor powiedziała, że dzieci karmione piersią tak mają i żeby się nie przejmować. Ciągle karmię piersią i cały czas jestem na diecie bez mleka, kakao, orzechów i soi. Niestety Aaron nadal reaguje bólem brzucha i wysypką jeśli tylko zjem coś zakazanego. Czekam na dzień, kiedy alergia się nie pojawi. Niestety może być też tak, że prędzej odstawię synka od piersi niż on wyrośnie ze skazy białkowej.

Pisałam ostatnio o problemach Aarona ze spaniem. Tych nocnych wariactw miałam tak serdecznie dosyć, że postanowiłam wziąć się poważnie za małego Aarona. Zainstalowałam sobie aplikację na telefon Baby Care, gdzie zapisywałam kiedy Aaron zasypia, ile śpi i co i kiedy je. Jak się okazało, synek je dość regularnie, nawet nie miałam pojęcia, że wypracowaliśmy sobie taki rytm karmień. Wszystko jakoś intuicyjnie się zawsze odbywało, a po wykresach widać, że Aaron je średnio co 3-4 godziny, o prawie takich samych porach dnia. W nocy nie prowadziłam zapisków bo nie byłam w stanie, ale nadal zdarzają się dwa nocne karmienia.

Cały problem w tak późnym zasypianiu Aarona polegał na tym, że on po prostu za dużo spał w dzień. No bo jak się chodziło spać o 24:00 w nocy to jak dziecko ma być później wyspane? I gdyby nie moja interwencja, Aaron całkowicie by się przestawił z nocnego spania na dzienne. Dlatego postanowiłam narzucić sztywne pory spania. Nie ma już swawoli, którą mój syn uwielbia. Teraz, kiedy Aaron budzi się o 6:00 -7:00 rano, następną drzemkę ma dopiero około 9:00-10:00. Później staram się go "przetrzymywać" do 15:00 - 16:00. Jeśli jest bardzo zmęczony to zasypia jeszcze około 13:00 w wózku, w drodze do przedszkola, kiedy odbieram Artura. Ale po powrocie do domu szybko się rozbudza bo jest mu niewygodnie i gorąco. Ogólnie cały czas wspomagam się aplikacją, dzięki której mam podgląd ile danego dnia Aaron spał i czy może sobie jeszcze uciąć trzecią drzemkę. Aaron obecnie potrzebuje 13-14 godzin snu w ciągu doby. Początki były trudne, żeby "przestawić" go na dwie drzemki. Nosiłam, zabawiałam, tuliłam i jakoś daliśmy radę. Teraz już bez problemu wytrzymuje między drzemkami bo śpi w nocy. Oczywiście są gorsze dni, jakieś ząbkowanie czy katar, ale generalnie warto było zastosować plan dnia bo dzięki temu dziecko zasypia o 20:00-21:00 i śpi do rana (z kilkoma pobudkami na mleczko, ale nad tym też będziemy pracować).





Budyń jaglany dla alergika

Kiedy jest się na specjalnej diecie matki karmiącej piersią małego alergika i ma się ochotę na coś słodkiego, a suche wafle z dżemem już stały się nudne, wypatruje się jakichś alternatyw. I ja w poszukiwaniu jakiegoś deseru bez mleka, jajek, kakao, orzechów i soi, natknęłam się na budyń jaglany. Co prawda, pierwotny przepis był na mleku kokosowym i był bez karobu, ale tak bardzo miałam ochotę na czekoladowy smak, że musiałam trochę zmodyfikować przepis.


Składniki:

- 1/3 szklanki suchej kaszy jaglanej
- 1 szklanka mleka roślinnego (wyobrażam sobie, że z kokosowym może być poezja)
- 1/2 szklanki wody
- 1 łyżka miodu lub 2 łyżki syropu klonowego
- 1 dojrzały banan
- 1łyżka soku z cytryny
- 1 łyżka karobu

Kaszę jaglaną wypłukać w wodzie na sitku, a następnie przelać wrzątkiem. Kaszę umieścić w garnku z 1/2 szklanki mleka i 1/2 szklanki wody i ugotować na bardzo małym ogniu, aż do wchłonięcia płynów i ugotowania kaszy.

Ugotowaną kaszę zblendować z resztą mleka roślinnego, miodem/syropem, bananem, sokiem z cytryny i karobem. Należy miksować do uzyskania gładkiej konsystencji.

U mnie widać grudki, bo nie przeszkadza mi taka tekstura jaglanego budyniu, ale jeśli chcecie naprawdę gładką wersję, miksujcie długo. Możecie też w trakcie blendowania posmakować budyniu i ewentualnie "doprawić" go na swój smak, dodając więcej miodu lub karobu.


Pierwotna wersja przepisu na jaglany budyń znajduje się na Kwestii Smaku. 

Polecam Wam jeszcze rozpustny budyń jaglany od Jadłonomii, który na pewno smakuje rewelacyjnie i zrobię go, jak tylko odstawię alergika od piersi :)

Kosmetyki z pudełka BabyFox Box

Zawsze z zaciekawieniem przyglądałam się takim pudełkom - niespodziankom, które można sobie zamawiać raz w miesiącu. Dlatego, kiedy zaproponowano mi przetestowanie kosmetyków z pudełka BabyFox Box, od razu się zgodziłam.

http://babyfoxbox.eu/box/

Do przetestowania dostałam pięć pełnowartościowych kosmetyków. Cztery z nich pochodzą z firmy Dzidziuś, jedna to maść Flodomax. Znalazło się też kilka próbek.





FLODOMAX, Krem na odparzenia i problemy skórne dla dzieci i dorosłych. Cena za 110 g około 10 - 13 zł.

Bardzo podoba mi się pomysł zamykania takich gęstych kremów w słoiczkach, dzięki czemu łatwo można korzystać z produktu do ostatniej kropli.  Jest to bardzo dobry zamiennik Sudokremu, w dodatku dużo tańszy. Ma gęstą, tępą konsystencję, ale jednak lżejszą od konkurenta. Bardzo ładnie się rozsmarowuje. Co do zapachu to nie jestem zwolenniczką tych aromatów, taki typowy aptekarski zapach maści. Nie stosuję go codziennie, ale jak tylko zauważam zaczerwienienia na skórze Aarona w okolicach pieluszki to zawsze aplikuję ten kremik i na drugi dzień po  podrażnieniach nie ma śladu. Mojego synka nie uczula. Z doświadczenia wiem, że taki kremik przydaje się także czasem u dzieci starszych, dlatego Flodomax zostanie z nami na dłużej.


Dzidziuś, Krem-żel do opuchniętych nóg i stóp. Cena około 17-18 zł.

Bardzo ładnie pachnie. Ma lekką konsystencję, szybko się wchłania i nie pozostawia uczucia lepkości na skórze. Miałam nadzieję, że będzie pozostawiał uczucie przyjemnego chłodzenia, bo tak wyobrażałam sobie relaks dla opuchniętych nóg, ale niestety nic takiego się nie zadziało. Mimo wszystko, jestem bardzo z niego zadowolona, dobrze nawilża i mam wrażenie, że moje popękane naczynka na nogach rozjaśniały i się zmniejszyły.



Dzidziuś, Hipoalergiczny krem ochronny na każdą pogodę. Cena około 13-14 zł.

Nie miałam okazji przetestować tego kremu w pełni, ponieważ u nas pogody są raczej łaskawe. Ale kiedy za oknem wiał wiatr czy trochę się ochłodziło smarowałam pyszczek Aarona. Szczerze, muszę przyznać, że ten kosmetyk najmniej mnie oczarował z tych wszystkich, które dostałam. Nie odpowiada mi zapach. Krem ma konsystencję typową dla tego typu kremów, ale rozsmarowuje się całkiem dobrze i po wchłonięciu nie bieli skóry. Nie uczulił ani nie wysuszył skóry mojego synka. Poza tym, ma w składzie wodę, a tego zawsze unikałam kupując krem na wiatr i mróz.


 Dzidziuś, Hipoalergiczny żel do mycia butelek.  Cena około 7-8 zł

Niestety test tego kosmetyku nie jest miarodajny ponieważ nie używam butelek do karmienia synka. Ale żel do mycia wykorzystałam z przyjemnością do ostatniej kropli. Pięknie pachnie i jest bardzo delikatny dla skóry rąk. Biorąc pod uwagę, że myłam nim zwykłe naczynia mógłby bardziej się pienić, ale na pewno stopień spienienia jest tutaj zamierzony, z racji tego, że stworzony jest do mycia butelek dla niemowląt i ma się łatwo wypłukiwać. Niestety przy Arturze nie używałam żadnego płynu specjalnego do mycia butelek, więc nie mam porównania do innych płynów.


Dzidziuś, Hipoalergiczny płyn do kąpieli. Cena około 9-10 zł.

I tutaj znów się powtórzę odnośnie zapachu, piękny i świeży. Naprawdę bardzo odpowiadają mi te aromaty, które funduje nam Dzidziuś. Po przeczytaniu, że żel jest z olejkiem migdałowym, bałam się, że będzie go wyraźnie czuć, a ja nie przepadam za takimi słodkimi zapachami. Na szczęście migdałów w ogóle nie wyczuwam. Bardzo ładnie się pieni i nawilża skórę niemowlęcia. Aaron, jak wiecie, jest alergikiem i czasem miewa problemy z przesuszoną skórą. Ale ten żel zdecydowanie daje radę. Jestem z niego bardzo zadowolona. Nie muszę codziennie nawilżać skóry Aarona dodatkowymi kremami, bo żel świetnie ją natłuszcza. Myję nim też włoski synka,które później nieziemsko pachną.




Rozszerzanie diety u dzieci karmionych piersią



Nie napiszę tutaj żadnego artykułu opartego na mądrościach z jakichś źródeł. Owszem, mogłabym, ale takich artykułów znajdziecie mnóstwo w internecie. Ale biorąc pod uwagę fakt, że kilka osób pytało mnie, jak rozszerzam dietę, skąd biorę inspirację na obiadki i że w ogóle mi się chce gotować dwie łyżki marchewki, to postanowiłam co nieco opisać.

Przede wszystkim ważne jest, żeby rozszerzać dietę po 6 miesiącu życia u dzieci karmionych piersią. Nie ma jednoznacznych wytycznych WHO co do dzieci karmionych mieszanką, ale opisane są momenty, kiedy dziecko jest fizycznie gotowe do przyjmowania nowych pokarmów (siedzi stabilnie z podparciem, zanika odruch usuwania ciał obcych z ust, potrafi sięgnąć przedmiot przed nim leżący i trafić nim do buzi). No nie ma przebacz, takie umiejętności w większości dzieci nabywają w okolicach 6 miesiąca. Wiem, że niektóre mamy powiedzą: "a ja tam dałam mojemu dziecku pierwszy obiadek w 4 miesiącu życia i nic mu nie jest." Nic mu nie jest teraz, ale nie wiadomo jak takie wczesne rozszerzanie diety wpłynie na jego dalszy rozwój. Być może będzie miał później problemy z nadwagą, alergią lub po prostu z żołądkiem. Ja też zaczęłam Arturowi rozszerzać dietę w 5 miesiącu (to był jego 4 miesiąc korygowany) i żałuję, że tak się pospieszyłam, bo on naprawdę nie był na to przygotowany. Nie był fizycznie dojrzały do przyjmowania pokarmów, a co za tym idzie, jego układ pokarmowy też nie był gotowy, bo natura jest taka, że człowiek jak i inne stworzenia, rozwija się harmonijnie, zgodnie. 

Kolejną ważną rzeczą jest to, żeby nie skupiać się na zastępowaniu jednego posiłku mlecznego obiadkiem czy deserkiem. Na początku podajemy dziecku łyżkę stołową, góra dwie przecieru warzywnego czy owocowego i absolutnie nie możemy tego traktować jako osobny posiłek. Ja proponuję nowe smaki Aaronowi po prostu kiedy jest wyspany i w miarę najedzony. Głodny Aaron to wijący się i płaczący Aaron, który myśli tylko o piersi, a nie o jedzeniu z łyżeczki jakiejś nieznanej papki. Nawet teraz, kiedy zjada całkiem sporą ilość na raz, około 4-5 łyżek stołowych, najpierw podaję mu pierś, a po około pół godzinie obiadek. Moje mleko jest dla niego podstawą, a inne, nowe produkty są tylko dodatkiem. Myślę, że pierwsze dwa miesiące rozszerzania diety tak właśnie będą wyglądać.

Chociaż nie ukrywam, że staram się zachować już w miarę stałe pory jedzenia nowych posiłków. I tak około 12:00- 13:00 podaję Aaronowi obiadek z odrobiną mięsa ugotowanego osobno, ponieważ zupki na wywarze mięsnym można podawać po 8 miesiącu. Około 16:00 - 17:00 proponuję synkowi 2-3 łyżki stołowe przecieru owocowego z kaszą manną lub inną zawierającą gluten (zalecane jest na początku pół łyżeczki glutenu). Oprócz tego czasem dam mu chrupka kukurydzianego. Poza tym moje mleczko do woli, kiedy tylko zapragnie. Czasem jest tak, że zje tylko owoce, a obiadku zje dwie łyżeczki (lub na odwrót), ale kompletnie się tym nie przejmuję bo wiem, że i tak nadrobi sobie przy piersi.

Warto też pamiętać przy rozszerzaniu diety, a zwłaszcza u dziecka z alergią, żeby wprowadzać pojedynczo warzywa i owoce w odstępach 3-5 dni i obserwować dziecko. Ja zaczęłam od marchewki, później ziemniak, jabłko, dynia, pasternak i tak dalej. Jak już widziałam, że Aaron załapał o co chodzi z tym jedzeniem z łyżeczki i nie reaguje alergią na nowe produkty, zaczęłam różne kombinacje przecierów.

Samodzielnie przyrządzam obiadki i deserki dla Aarona. Nie jestem jakąś zagorzałą przeciwniczką słoiczków i na pewno czasem po nie sięgnę w razie wypadku, ale wolę jednak sama ugotować. Lubię to i daje mi to satysfakcję. I naprawdę nie gotuję połowy marchewki czy pietruszki codziennie, tylko 2-3 sztuki, zalewam małą ilością wody, gotuję, blenduję, dodaję oliwę z oliwek, jedną porcję zostawiam na dzisiaj, drugą na następny dzień, a resztę mrożę w małych pojemniczkach. Teraz kiedy Aaron je więcej, przygotowuję różne kostki smakowe, mrożę i codziennie komponuję różne obiadki i deserki.

Ugotowane jabłka w niewielkiej ilości wody, zblendowane i poporcjowane.


Poniżej marchewka z pasternakiem. Kostki po zamrożeniu wkładam do podpisanej torebki. 



Ugotowana na parze pierś z kurczaka, zblendowana i zamrożona w pojemnikach do kostek lodu. Obecnie Aaronowi na jeden obiadek przypada pół takiej kostki.



Ugotowany zielony groszek z porem i przetarty przez sito (groszek ma nieprzyjemne łuski, z którymi mój blender nijak nie potrafi się rozprawić). 



A tak wygląda skomponowany obiadek: kostka brokułowo-marchewkowa z kostką mięsną.  


Polecam mój stary post o kostkach smakowych, który nadal cieszy się dużą popularnością wśród czytelników KLIK TUTAJ

A inspirację czerpię z  książki Annabel Karmel's "New Complete Baby and Toddler Meal Planner". Jak już wypróbuję więcej przepisów w niej zawartych, opiszę ją szczegółowiej.




Aaron vs Artur

Wiem, że każde dziecko jest inne, ma swoją osobowość, różne cechy charakteru i każde rozwija się w swoim tempie. I wiem też, że nie powinno się dzieci porównywać. I o ile nie porównuję moich synów do innych ich rówieśników, o tyle porównuję ich wspólnie. Często łapię się na tym, że sięgam pamięcią do czasów, kiedy Artur był taki jak Aaron i przypominam sobie jaki był i co już potrafił. I uzmysławiam sobie, jacy oni są różni.

Już od samego urodzenia Aaron pokazał, że nie będzie spokojnym dzieckiem jak jego starszy brat. Artur przez pierwsze dwa miesiace tylko jadł i spał, podczas gdy Aaron chciał już w pełni poznawać świat, a spać chciał tylko ze mną w łóżku lub na moich rękach. Zdaję sobie sprawę, że po pierwsze Artur był wcześniakiem i takie maleństwa potrzebują snu. A po drugie Artur nie był karmiony piersią i po mleku modyfikowanym potrafił przespać całą noc.
Nie zmienia to jednak faktu, że Aaron jest jednak dzieckiem z edycji limitowanej, taka wersja hard, jak to się śmiejemy z mężem, bo minął już siódmy miesiąc, a Aaron nadal jest bardziej absorbujący niż jego starszy brat. Artur w tym wieku potrafił już dłuższą chwilę pobawić się na macie i oglądać zabawki. Aaron natomiast wytrzymuje góra 5 minut i już marudzi, a nawet krzyczy. I tak jest ze wszystkim, leżaczek, podłoga, krzesełko. Ale jeśli Aaron siedzi na moich kolanach i obraca jakiś ciekawy przedmiot to może tak wysiedzieć nawet pół godziny. Tak samo jest z leżeniem. Jeśli ktoś obok niego leży i go ciągle zabawia to wszystko w najlepszym porządku... dopóki ten ktoś nie odejdzie. Taka towarzyska z niego Bestia.

Pamiętam, jak Aaron pierwszy raz położył rączkę na kolanie. Był taki malutki i przyszło mu to tak normalnie, łatwo. Artur żeby dokonać takiego wyczynu musiał dużo ćwiczyć na rehabilitacjach. To samo było ze złapaniem stópek, z wkładaniem rączek do buzi, z podciąganiem się do siadu. Dumna jestem, że Aaron tak dobrze się rozwija. Nie musimy jeździć po rehabilitantach czy ćwiczyć kilka razy dziennie w domu.
I rozszerzanie diety z Aaronem jest łatwiejsze. Smakuje mu wszystko, je chętnie i tylko ogląda się za kolejnymi porcjami. Artur w siódmym miesiącu życia na widok łyżeczki nie chciał nawet otwierać buzi. Dopiero później się "rozkręcił".

Często też oglądam zdjęcia małego Artura, doszukuję się różnic i podobieństw. Wydaje mi się, że Aaron nie jest podobny do Artura. Jest jakieś tam minimalne podobieństwo, ale Artur był zupełnie inny.

I niejednokrotnie łapię się na tym porównywaniu moich synów. Różnie sobie radzą w różnych strefach życia, jeden lepiej, drugi gorzej. Ale dumna z nich jestem niesłychanie. I kocham ich oboje nad życie. Tak samo! 









Hity 2015 roku


Po raz drugi postanowiłam zrobić podsumowanie roku i pokazać Wam, co było u nas hitem wśród zabawek czy gier. W zestawieniu uwzględniłam też gadżety, które sprawdziły się w opiece przy niemowlęciu.

  • Klocki Lego - absolutny hit numer jeden. Pierwszy zestaw Artur dostał jakoś na początku roku i od tamtej pory bawi się nimi codziennie. Jak sięgnę pamięcią, nie ma dnia, żeby nie zbudował czegoś z tych klocków. Budowle i pojazdy są coraz bardziej wymyślne. Te poniżej pochodzą z okresu wakacji. Obecne osiągnęły zdecydowanie wyższy poziom :)



  • Klocki Mobilo - po raz pierwszy Artur spotkał się z nimi w swoim starym przedszkolu i bardzo rozpaczał, kiedy po niego przychodziłam i musiał żegnać się ze swoimi ulubionymi klockami. Żeby uniknąć codziennych rozpaczy po prostu kupiłam Arturowi takie klocki. I problem wychodzenia z przedszkola się skończył. Nie będę tu mówić, że te klocki niesamowicie rozwijają dziecięcą wyobraźnię, bo zapewne każdym klockom można tą zasługę przypisać. U nas klocki Mobilo stoją zaraz po Lego. Są jakościowo bardzo dobrze wykonane i zajmują dziecko na bardzo długo.

  • Gra Orchard Toys - Bus Stop - Firmę Orchard Toys już wielokrotnie polecałam za jakość i wykonanie. Mamy kilka gier tej marki, i o ile w tamtym roku prym wiodła Shopping List, w tym roku to zdecydowanie Bus Stop.


  • Drewniana kolejka, jezdnia Wader i dywan z ulicą - dywan z ulicą był też hitem w tamtym roku. W tym roku, a raczej już minionym, dywan nadal jest bardzo lubiany i nawet musieliśmy zakupić nowy, większy, bo ten ze zdjęcia bardzo mocno się już zużył. Nie mam zdjęcia nowego, ale jest to po prostu dywan z ulicą z IKEI. Jeśli chodzi o jezdnie Wader, Artur pierwszy zestaw dostał na roczek, a piętrowy garaż na drugie urodziny. Na trzecie urodziny nie dokupowaliśmy już żadnego zestawu bo Artur zdecydowanie zaprzestał zabawę jezdnią. Przypomniał sobie o niej w tym roku i dość często się nią bawił. Do tego jeszcze dochodzi zestaw drewnianych torów (my mamy z Lidla i Tesco). Artur pod choinkę dostał kolejny drewniany zestaw, tym razem ulicę z tramwajem i kilka nowych pojazdów. Kiedyś po owych ulicach jeździł resorakami. W tym roku przede wszystkim są to auta zbudowane z klocków Lego. Postanowiłam wymienić te zabawki wszystkie razem bo Artur tak też nimi się bawi. Na dywanie rozkłada trochę ulicy i trochę torów i szaleje. Na zdjęciach poniżej dwuletni Artur :)




  •  Ciastolina, Bubber i inne masy robione w domu. Nie będę tutaj się rozpisywać. Artur odkąd tylko po raz pierwszy zetknął się z tymi miękkimi wytworami, bardzo polubił zabawę z nimi i właściwie mogłyby być hitem każdego roku od 2012 :) Artur też na początku roku aż do wakacji kochał rysować. I tutaj sprawdziły się mazaki łatwospieralne z firmy Crayola. 

A teraz, z racji tego, że w moim życiu pojawił się też dzidziuś, opiszę trzy gadżety, które moim zdaniem zasługują na miano hitów.

  • Smokoprzytulak WubbaNub -  Ten smoczek sprawdził się i w przypadku Artura i w przypadku Aarona. Dla Artura kupiłam go ponieważ zwykły smoczek bardzo często wypadał mu z buzi i bardzo się denerwował. Przytulanka, która dołączona jest do smoczka pomaga w utrzymaniu smoczka w malutkiej buzi i dziecko nie gubi go tak często. Aaron to zupełnie inna historia. Zapowiadało się, że będzie dzieckiem bezsmoczkowym. Do trzeciego miesiąca nie tolerował żadnego smoka, ale kiedy zaczął traktować moją pierś jako smoczek i uspokajał się tylko przy niej, zaczęło mnie to bardzo stresować. Potrzebowałam smoczka chociażby podczas wypadu do sklepu, kiedy nie byłam w stanie  podać mu piersi "na uspokojenie". Dlatego nauczyłam go wręcz ssania tego smoka. Jest on malutki i mięciutki i wydaje mi się, że jest najbardziej zbliżony kształtem do kobiecej piersi. Dlatego Aaron go zaakceptował i właśnie na tym smoczku nauczył się ssać też inne smoczki. 
 




  •  Szumiś - przed tym gadżetem broniłam się "nogami i ręcyma". Jak tylko go gdzieś widziałam na blogu czy instagramie, byłam pewna, że to pic na wodę i zbędny gadżet. Ale od samego urodzenia Aaron uwielbiał zasypiać przy białym szumie i często zasypiał albo przy suszarce albo przy moim telefonie. No i właśnie tego telefonu mi było najbardziej żal. Bo musiałam go bardzo często ładować. Poza tym, trzymanie telefonu w bliskiej odległości takiego malca nie jest zbyt bezpieczne. I w końcu, w piątym! miesiącu życia mojego dziecka, kupiłam tego Szumisia. Nie, Aaron nie jest "za stary" na Szumisia. Chociaż żałuję, że nie dałam wcześniej namówić się na ten gadżet. 
P.S. Artur twierdzi, że to wcale nie jest miś tylko piesek. No i jakby się tak przypatrzeć, to rzeczywiście przypomina pieska :) 




  •  Uchwyt do wózka Skip Hop - nie wiem, czy inne firmy mają też w swojej ofercie taki gadżet, ale muszę przyznać, że odkryłam go bardzo niedawno, a już skradł moje serce. Od samego początku, kiedy to zaczęliśmy spacerować z wózkiem, Artur zawsze trzymał się poręczy. Ale niestety dwa razy potknął się o koło wózka, co raz skończyło się nawet rozbiciem głowy. Myślałam już nawet żeby przywiązać jakiś sznurek do poręczy, coby Artur mógł iść trochę dalej od wózka, ale napotkałam na to cudo i zakupiłam je. Oboje z Arturem jesteśmy zadowoleni z tego wynalazku. 





TUTAJ możecie zobaczyć nasze hity z 2014 roku.