7 miesięcy

Ciężko zebrać mi się do pisania po świątecznym biesiadowaniu. Ale siedem miesięcy już minęło i wypada coś napisać ku potomności.
Ten miesiąc to zdecydowanie miesiąc poznawania nowych smaków. Rozszerzanie diety idzie nam całkiem sprawnie. Aaron chętnie zjada wszystko, co mu ugotuję. Na razie są to same warzywne i owocowe przeciery, ale w tym miesiącu planuję wprowadzić też mięsko. Na razie Aaron nie reaguje negatywnie na nowości co bardzo mnie cieszy.

Poza tym, że Aaron chętnie zjada w południe przecier warzywny, czasem owocowy, a wieczorem trochę kaszki z glutenem na wodzie to nadal karmi się moim mlekiem. Pamiętam jak na początku mojej ciężkiej drogi mlecznej postawiłam sobie za cel karmić chociaż trzy miesiące. Kolejnym progiem było sześć miesięcy. Dziś mamy już siedem i nadal karmię. Dumna jestem, że mi się udało, pomimo tylu wyrzeczeń (czyt. nie mogę jeść czekolady). Ale dzięki temu, że muszę trzymać dietę bezmleczną wróciłam do wagi sprzed ciąży, a nawet ważyłam już mniej... ale były święta... lepiej to przemilczę.

Aaron z dnia na dzień coraz bardziej nas zaskakuje. Bardzo inteligentne z niego stworzenie. Jest rezolutny, wszystko bacznie obserwuje i koduje. Dość często też domaga się naszej uwagi. Nie lubi siedzieć w jednym miejscu zbyt długo.
Najbardziej uwielbia spacery w wózku. Kilka dni temu zamieniliśmy gondolę na spacerówkę, bo rozmiarowo Aaron się już nie mieścił. A i spacery z pozycji leżącej już go nie zadowalały.

Jest jeden całkiem duży problem, który próbujemy rozwiązać. Aaron po kąpieli idzie grzecznie spać i śpi tak do 23:00, po czym budzi się z uśmiechem gotów do działania. Ale jak wiadomo to nie jest najlepsza pora na zabawę, przynajmniej dla nas. Zresztą gdyby pobawił się tą godzinkę i znów normalnie zasnął, nie byłoby to dla mnie takie kłopotliwe. Ale problem w tym, że około północy Aaron zaczyna być już bardzo marudny i zmęczony, ale nijak nie da się uśpić. Jest płacz i bunt. Chcę go uśpić, jest źle. Nie chcę go uśpić, też źle. Biorę na ręce, płacz. Nie biorę, też płacz. Mam cichą nadzieję, że to jest przejściowe. Jedyne co mogę zrobić to ograniczyć czas spania w ciągu dnia - co jest bardzo trudne, zwłaszcza na spacerze. Zresztą Aaron od noworodka bardzo mało śpi, właściwie on nie śpi, on się tylko ładuje.

Mam nadzieję, że kiedy będę opisywać 8 miesiąc życia Aarona tego problemu już nie będzie.
Poniżej mały Aaron w akcji :)










Świątecznie

Ostatnio nie miałam czasu, żeby coś tutaj naskrobać. I do świąt niestety nic już nie napiszę. Cieszymy się tym świątecznym czasem, przygotowaniami i niespodziankami z kalendarza adwentowego. To pierwsze nasze święta we czwórkę. Chcę, żeby były spokojne, radosne i takie nasze. Czego i Wam również życzę.

Zostawiam Wam kilka migawek z mojego Instagrama, które zatrzymują te piękne chwile. 
Możecie również nas tam podglądać, znajdziecie mnie pod nazwą: mordoklejka_i_rodzinka
























Kartki z choinką



Przy dwójce małych dzieci doba mija niesłychanie szybko... za szybko. Dlatego przy planowaniu zadań do kalendarza adwentowego brałam pod uwagę szybkie i proste sposoby na zrobienie kartek z życzeniami czy ozdób na choinkę. I dziś właśnie pokażę Wam nasze kartki, które nie wymagają dużego nakładu czasu, a cieszą oko.

Do wykonania kartek potrzebujemy:
- kolorowe kartki z bloku technicznego (baza do kartek)
- nożyczki i klej
- kolorowe papiery (ewentualnie)
- zielony papier (u mnie różne odcienie i wzory - moje pozostałości ze scrapków) 
- wydrukowane napisy Wesołych Świąt lub mazaki




Z kolorowych papierów z bloku technicznego zrobić bazę na kartki, mogą być to kartki otwierane lub tylko jednostronne. Z zielonego papieru wycinamy trójkąty. Ja nie zwracałam uwagi, czy są to równe trójkąty. Niestety nie miałam na to czasu, ale myślę, że ten niezamierzony efekt bardzo fajnie wygląda. I dajemy młodocianemu pomocnikowi trójkąty do stworzenia choinek. Ot, cała filozofia :)




W tym roku po raz pierwszy w środku znajdują się życzenia napisane przez Artura.


Nasze zeszłoroczne kartki z życzeniami możecie zobaczyć
TUTAJ
TUTAJ
TUTAJ


Napis Wesołych Świąt pobrałam od jolagg

http://jolagg.blogspot.co.uk/

Pierniczki dla alergika ( bez jajek )



Pierniczki są tak pyszne, że nie trzeba ich robić tylko z powodu alergii. Można je zrobić ot tak, do rozgrzewającej, grudniowej herbaty. Są słodkie, klejące i rozpływające się w ustach. Po upieczeniu szybko twardnieją, ale i to nie przeszkadza im w szybkim znikaniu. U nas zmiękły w ciągu dwóch nocy. I właściwie żałuję, że dałam im tak szybko zmięknąć... nie wiem, czy wytrzymają do świąt. I chociaż pieką się bardzo szybko nie będę ich już robić przed świętami. Niestety nie mam na to czasu. Ale po świętach powtórzę jeszcze przepis.

Składniki:
- 500 g. mąki
- 400 g. miodu
- 100 g. margaryny (jeśli nie macie alergii możecie użyć masła)
- 2 łyżki oliwy
- 1 łyżeczka sody oczyszczonej
- szczypta soli
- 3 płaskie łyżki przyprawy do piernika
- można dodać kakao (ja dodałam podczas wyrabiania ciasta i było już za późno, dlatego ciasto wyszło marmurkowe)

Miód, margarynę i olej podgrzać z przyprawą do piernika ( i kakao opcjonalnie). Wszystko powinno się ładnie rozpuścić i połączyć, ale nie zagotować. Do dużej miski przesiać mąkę i sodę oczyszczoną. Wlać do niej gorącą miksturę i mieszać. Jeśli trochę wystygnie wyrobić. Ciasto nie powinno się kleić do rąk, ale zostawiać taką mokrą, klejącą powłokę na ręku. Powinno zachowywać się trochę jak ciastolina.

Przykryć miskę z ciastem folią i wstawić do lodówki. Po 2-3 godzinach, kiedy ciasto jest zimne można odrywać po kawałku, wałkować i wycinać ciasteczka. Trzeba je trochę ogrzać w rękach i dać mu czas na delikatne ocieplenie, wtedy nie będzie pękało.

Wycięte ciasteczka układać na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Piec około 7-10 minut (najlepiej do zezłocenia) w 180 st.





Przepis podejrzałam TUTAJ, ale sposób wykonania zrobiłam po swojemu. Wydaje mi się, że jeśli całkowicie zaparzy się mąkę gorącym miodem, wtedy ciasto jest bardziej gładkie i elastyczne.


A poniżej krótka fotorelacja z Mikołajek








Dziękczynnie

Za malutkie, klejące rączki, które lądują bardzo rano na mojej twarzy. Za obiad, który gotuję w swoim domu. Za okruchy na podłodze, które muszę sprzątać. Za stłuczone kolanko, które muszę pocałować. Za brudne ciuchy te małe i te większe, które muszę wyprać i później poskładać. Za mądre i mniej mądre pogawędki z synem. Za codzienny pośpiech, żeby nie spóźnić się do przedszkola. Za śmierdzące pieluchy, które muszę zmieniać. Za dziecięcy śmiech, który rozbrzmiewa jak melodia. Za telefony do mamy, które muszą zaspokoić tęsknotę. Za obiad, który muszę ugotować. Za porozrzucane zabawki po całym mieszkaniu. Za zimną kawę, którą dopijam przez cały dzień. Za dwie słodkie główki, które codziennie całuję na dobranoc. Za zakupy, które muszę zrobić. Za niepomalowane paznokcie z braku czasu. Za...


Boże, dziękuję Ci, za moje normalne, zwyczajne życie. I za banalne, powszednie problemy.

Syn mojej koleżanki ze studiów jest tylko trzy dni starszy od mojego Aarona. Ma sześć miesięcy i walczy z nowotworem złośliwym oka. Miał już pięć cykli chemioterapii.

Boże, dziękuję Ci, za moje normalne, zwyczajne życie. I za banalne, powszednie problemy.


Wesprzyjmy małego Szymona w tej nierównej walce. Oddajmy mu swój 1% podatku.

Zapraszam na Jego fanpage na Facebooku 

https://www.facebook.com/pamietnikszymona/