6 miesięcy

Codziennie patrzę na mojego małego synka i zastanawiam się, kiedy to zleciało. Czas przy drugim dziecku zdecydowanie szybciej mija. Mimo, że chciałoby się zatrzymać te chwile, mocnej wszystko przeżywać, celebrować co się da, to i tak nic z tego, bo czas jest bezlitosny. Czasami zdarza mi się powiedzieć na Aarona, Artur. No bo jak tu się nie pomylić? Przecież jeszcze tak niedawno tuliłam w ramionach do snu małego Artura i śpiewałam mu kołysanki. A teraz mam drugiego takiego chłopca.

Minęło pół roku, a my nadal nie mamy planu dnia. Śmiem twierdzić, że dzieci karmione piersią na żądanie mają gdzieś rutynę. Tylko godziny drzemek delikatnie się zarysowują, ale też nie są to stałe pory, tak jak było to w przypadku Artura. Co jeszcze? Mamy zęby! Teraz to już na serio. Dwie dolne jedynki.

No i jak na półroczniaka przystało Aaron spróbował już swojej pierwszej marchewki. Smakowało mu chyba, połykał ją jak pelikan, otrząsając się przy tym delikatnie... jakby zimne było, czy kwaśne?

Aaron nadal ma wagę piórkową - całe 7 kilogramów. Ale długi jest. Dłuższy niż jego starszy brat w tym jakże poważnym wieku. No i uwielbia łaskotki, a najbardziej pod szyjką. Rechocze tak, że nie sposób się nie zarazić radością.





Palmiery

Kolejny przepis dla alergików lub dla matek karmiących małych alergików. Nie ma w składzie mleka, jajek ani żadnych orzechów czy soi. Generalnie te ciasteczka polecam wszystkim. Bardzo szybko się je robi, a jeszcze szybciej zjada.
Palmiery mogą uratować sytuację, kiedy odwiedzają nas niespodziewani goście. Cukier i cynamon zawsze jest w domu. A i ciasto francuskie warto też trzymać w zamrażalniku na czarną godzinę.


Składniki (przepis z bloga Moje Wypieki) :
- 1 arkusz ciasta francuskiego
- 1/3 szklanki drobnego cukru ( powinien to być drobny cukier lub nawet cukier puder )
- 1 łyżka cynamonu

Cukier wymieszać z cynamonem. Ciasto jeśli jest zamrożone należy je wcześniej odmrozić. Ciasto posypywać mieszanką i składać według niżej załączonej instrukcji w postaci zdjęć:



 

Powstały rulonik z ciasta pokroić na 1 centymetrowe kawałki, układać w dużej odległości od siebie na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia i posypać delikatnie resztą cukru z cynamonem. Piec w 200 st około 15 minut (do zezłocenia) , w połowie pieczenia przekręcić na drugą stronę.

 Smacznego :)



Kalendarz Adwentowy dla Niej



Już trzeci rok z rzędu robię kalendarze z herbat. Zawsze obiecuję sobie że tym razem zrobię coś innego, przecież tyle jest możliwości, ale ten herbaciany jest taki prosty w wykonaniu, i taki malutki, nie zajmuje wiele miejsca, a cieszy. I tylko karteczki, które przypinam do herbacianych torebek są inne. Były już cytaty i puste pola do zapisywania codziennych radości, więc teraz postanowiłam, że będą poprawiacze humoru. Na każdej karteczce wydrukowałam jakieś drobne zadanie do wykonania, które sprawią, że poczujemy się lepiej.




Jak zrobić taki kalendarz pokazywałam już krok po kroku  TUTAJ. 
Ozdobić można po swojemu, naprawdę nie trzeba mieć specjalnych umiejętności. Chociaż nie ukrywam, że ja przy tym czerwonym bardzo się spieszyłam i posiada kilka niedociągnięć. Ale zostawię go dla siebie.






 A poniżej ściąga zadań, które umieściłam w kalendarzu.

1. Stań przed lustrem i powiedz sobie, że jesteś piękna.
2. Zrób sobie długą, pachnącą kąpiel przy światłach świec.
3. Obejrzyj komedię.
4. Przygotuj potrawę z nowego przepisu, której nigdy wcześniej nie jadłaś.
5. Uśmiechnij się do obcej osoby.
6. Stwórz listę rzeczy, o których zawsze marzyłaś.
7. Zadzwoń lub napisz do kogoś, z kim zaniedbałaś relacje i dawno się nie kontaktowaliście.
8. Kup sobie jakąś drobną rzecz - ciepłe skarpety, fajny kubek czy smaczną herbatę.
9. Zjedź coś słodkiego bez wyrzutów sumienia.
10. Zrób sobie maseczkę na twarz.
11. Zrób sobie kawowy peeling.
12. Przenieś się w wyobraźni tam, gdzie chcesz. Mózg nie odróżnia prawdy od fikcji.
13. Potańcz przy swojej ulubionej muzyce.
14. Powygłupiaj się z rodzinką - walka na poduszki, skakanie po łóżkach, łaskotki - wszystkie ruchy dozwolone.
15. Połóż się obok śpiącego dziecka, wyrównaj swój oddech do jego oddechu. Pomyśl - zdrowy, spokojny sen Twojego dziecka - najlepszy prezent od życia.
16. Zadzwoń do kogoś z rodziny.
17. Zrób coś wspólnie z rodziną - ugotujcie obiad, wyjdźcie na długi spacer lub idźcie na obiad do restauracji, której jeszcze nie znacie.
18. Powiedz komuś komplement.
19. Przytul kogoś bliskiego.
20. Pomaluj sobie paznokcie na "odważny" kolor. Wzorki też mile widziane.
21. Obejrzyj zdjęcia z wakacji.
22. Kup sobie owoc lub warzywo, którego nigdy nie jadłaś i zjedz.
23. Wypisz na kartce, co dobrego spotkało Cię w życiu. Doceń to, co masz.
24. Napisz, czego sobie życzysz w tym dniu i zachowaj karteczkę do następnej Wigilii.



Jesienne curry z ziemniaka i dyni

Na tą potrawę trafiłam podczas moich poszukiwań wegańskich przepisów. Skład musiałam trochę zmodyfikować bo akurat w domu nie miałam ciecierzycy, ale nie żałuję, że zastąpiłam ją soczewicą. To curry zrobiłam już kilka razy i zawsze w tej zmienionej wersji. Polecam ją zrobić właśnie teraz, kiedy jest jeszcze sezon na dynię, a za oknem coraz zimnej. Potrawa potrafi rozgrzać i poprawić nastrój swoim pięknym kolorem. Nawet Artur ją uwielbia, więc nie obawiajcie się zaserwować jej najmłodszym.


Składniki:

1 łyżeczka czerwonej pasty curry
1 łyżeczka curry
1 duża cebula
1/2 dyni piżmowej (może być też inna, u mnie najbardziej popularna jest piżmowa)
4 ziemniaki
1 szklanka czerwonej soczewicy (opłukanej na sicie)
2 szklanki gorącej wody
1 liść laurowy
2 ziela angielskie
sól, czarny pieprz
szczypta tymianku i majeranku
olej

Dynię i ziemniaki obrać i pokroić w kostkę.
Cebulę pokroić i podsmażyć na oleju razem z pastą curry.
Po chwili dodać pokrojone ziemniaki, dynię, soczewicę oraz ziele angielskie i liść laurowy. Całość zalać wrzącą wodą i gotować pod przykryciem na małym ogniu przez 15 minut. Warto doglądać potrawę i ewentualnie, jeśli woda już odparowała, a ziemniaki nadal są twarde dolać jeszcze trochę gorącej wody.

Kiedy już wszystko będzie prawie miękkie należy dodać łyżeczkę curry, szczyptę majeranku i tymianku oraz posolić i popieprzyć do smaku.
Następnie gotować jeszcze przez 5 minut.
Jeśli jesteście bardzo mięsożerni możecie tą potrawę podać z jakimś pieczonym mięsem. My jemy ot tak, po prostu. 


Kalendarz Adwentowy z papierowych torebek



Jeszcze miesiąc temu na 100% wiedziałam, że w tym roku, z braku czasu, kupię kalendarz adwentowy. Ale później stwierdziłam, że wtedy już zawsze będę wyjmować ten kupny, że ta tradycja robienia kalendarzy gdzieś zaniknie, a szkoda by było. Poza tym, nie mogłam odmówić sobie tej przyjemności. Przecież ja kocham tworzyć takie rzeczy. Dlatego postanowiłam iść na kompromis i zrobić kalendarz w domu, ale taki, który nie wymaga dużego nakładu pracy. No i padło na papierowe torebki.


Zamówiłam dwa kolory torebek, takie, które najbardziej kojarzą mi się ze świętami. Wystarczyło tylko je ponumerować i zrobić karteczki z zadaniami. Jako numerki zrobiłam gwiazdki, wbrew pozorom nie zajęło mi to dużo czasu. Do środka włożyłam karteczki z zadaniami lub z symbolem prezentu. Prezenty to książki, jedynie na Mikołajki będzie coś innego :) W niektórych torebkach znajdują się też różne pierdółki. Torebki zakleiłam za pomocą kółeczek zaprojektowanych przez Janet, które są do kupienia TUTAJ.





Nad zadaniami długo nie myślałam. Większość jest takich samych, jak rok temu. Będziemy piec ciasteczka dla Mikołaja i pisać do niego list, zrobimy kartki z życzeniami dla rodziny, wykonamy kilka ozdób na choinkę i ubierzemy ją, zrobimy sobie filmowy wieczór z popcornem, wspólne rodzinne wyjście (jeszcze nie wiem gdzie), sprzątanie pokoju i zrobienie miejsca na nowe zabawki, zapoznanie się z fragmentami Biblii  i wiele innych atrakcji.


Torebki umieściłam w skrzynce, w której trzymałam Aaronowe bibeloty. Mam nadzieję, że Aaron się nie obrazi jeśli na dwa miesiące pożyczymy ową skrzyneczkę. Całość prezentuje się tak:






Inne nasze adwentowe kalendarze możecie zobaczyć:

TUTAJ
TUTAJ
TUTAJ
TUTAJ

Co jeść, kiedy karmi się piersią małego alergika?

Pamiętam jak dziś, kiedy rozmawiałam z siostrą o moich podejrzeniach na temat alergii pokarmowej u Aarona. Powiedziałam wtedy, że jeśli się okaże, że synek ma skazę białkową to odstawiam go od piersi. Nie wyobrażałam sobie ogarnąć tego wszystkiego -  żywiołowy czterolatek, dwumiesięczny miłośnik maminych piersi i ja, stojąca przy garach, gotująca dwa obiady dla głodnej rodziny.  Poza tym, od razu jawiła mi się wizja śmierci głodowej. No bo co ja będę wtedy jadła? Przecież jajka, jogurty i sery to u mnie podstawa diety.

Ale kiedy już okazało się, że Aaron naprawdę jest uczulony na nabiał, kakao, orzechy i soję (na początku myślałam, że tylko na nabiał, a o soi dowiedziałam się stosunkowo niedawno) zrobiło mi się go szkoda. I pomyślałam, że ze mną to jeszcze pół biedy, o chlebie i wodzie też można przeżyć, ale co będzie jadł mój syn? To gorzkie i okropnie śmierdzące mleko dla alergików? O nie! I tak już wyeliminowałam nabiał, żeby sprawdzić, czy Aaron poczuje się lepiej, więc pociągnęłam dietę dalej.

Nie ukrywam, że na początku, kiedy już znudził mi się chleb z dżemem lub z wędliną, było mi ciężko. Trudno mi było też przyzwyczaić się do smaku kawy inki z mlekiem owsianym. Ale potrzebowałam tego smaku, bo inka zaspokaja moją ochotę na czekoladę. Zaczęłam szukać rozwiązań w internecie. I wiecie co? W dzisiejszych czasach, gdzie na półce sklepowej można znaleźć mnóstwo rzeczy, a na stronach internetowych ogrom przepisów, dieta przestała być straszna.

Przede wszystkim zaczęłam szukać przepisów na blogach wegańskich. Wegetarianie niestety odpadają bo oni jedzą nabiał i jaja, a u wegan muszę uważać tylko na obecność orzechów, kakao i soi w przepisie. I naprawdę się da. Zapisałam się też do grupy wegańskiej, gdzie można uzyskać pomoc w szukaniu zamienników.

Twarożki i wszelkie serki na chleb zastąpiłam roślinnymi pasztetami i pastami, które robi się w trymiga. Moim numerem jeden jest pasztet z soczewicy i kaszy jaglanej. Niebo w gębie. Już postanowiłam, że zrobię go na święta i nikomu nie powiem, że nie ma tam grama mięsa.
Pasta z zielonego groszku, smalec z fasoli i inne smarowidła z marchewki czy buraków też podbiły moje serce. No pycha. Najwięcej dobrodziejstw znajduję na blogu Jadłonomia. Jej książka jest już na mojej liście do Świętego Mikołaja. Najbardziej podoba mi się to, że nie muszę długo siedzieć w kuchni, żeby mieć pyszne smarowidło na chleb.

Oczywiście ciasto bez jajek też można upiec. I naleśniki. Jajka zastępuję mielonym siemieniem lnianym. A pizzę na początku jadłam bez żółtego sera, z podwójną ilością sosu pomidorowego. Ale znalazłam przepis na ser żółty z ziemniaków. Tajemnica smaku tego wynalazku mieści się w nieaktywnych płatkach drożdżowych. No i jem już pizzę z serem. Jasne, że nie smakuje, jak prawdziwy ser żółty, ale to nie oznacza, że smakuje gorzej. A płatki dodaję też do risotto i do pasty z soczewicy.

Muszę się przyznać, że bardzo mnie wkręciło to wegańskie żarcie i gdyby nie mały alergik, chyba nigdy bym nie odkryła tych nowych smaków i rewelacyjnych pomysłów. A i chleb sama zaczęłam piec... no bo niestety bardzo dużo pieczywa ma też w składzie mleko.

I tylko smaku czekolady mi brak. Wiem, że istnieje zamiennik kakao, karob, i w najbliższym czasie przyjrzę się mu uważnie, ale obawiam się, że o ile nabiału tak bardzo nie kochałam i chętnie przyjęłam nowe smaki, o tyle smaku mojej ukochanej czekolady nic nie zastąpi. Już dziś wiem, że jak tylko przestanę karmić piersią, rzucę się na czekoladę, jak Reksio na szynkę i będę jeść i jeść i jeść. I tyć!

Poniżej umieszczam na dowód, że dieta matki karmiącej małego alergika może być smaczna, kilka fotek. Na moim Instagramie też można pooglądać sobie moje pyszne jedzonko. Enjoy!






A to moje słodkie zamienniki, które na zmianę z kawą inką, ratują mnie przed rozpaczą po stracie smaku czekolady w ustach.