Wsparcie laktacyjne w Anglii

Nie karmiłam starszego syna piersią. Urodził się za wcześnie, bez odruchu ssania. Pielęgniarki karmiły go przez sondę mlekiem modyfikowanym. Nikt nie pytał się o moje mleko i laktację. Dopiero, kiedy stanęłam na nogi i poszłam na oddział neonatologii, gdzie leżał mój syn, zapytałam czy mogę przynosić swoje mleko. Pani z kwaśną miną powiedziała, że tak, ale muszę bardzo ściśle przestrzegać zasad higieny. Odebrałam to jako utrudnienie dla nich, ale nie zniechęciłam się. Woziłam mleko do szpitala, a syn przeszedł z sondy na butlę. Cieszyłam się, że nauczył się ssać, przybierał na wadze i mogłam Go zabrać do domu. Podczas domowej wizyty położnej zapytałam się czy jest szansa, żebym mogła karmić piersią. Usłyszałam, że dziecko nauczyło się już pić z butelki i jest za późno. Poza tym, za mało waży i jest zbyt słaby, żeby ssać mleko z piersi bo przy tym trzeba się napracować. Pochwaliła mnie, że odciągam mleko dla synka i przypomniała, żebym trzymała ścisłą dietę matki karmiącej (zostałam już w tym temacie przeszkolona na oddziale neonatologii, kiedy zgłosiłam, że będę przywozić swoje mleko). Nie drążyłam dalej tematu karmienia piersią.

Kiedy dowiedziałam się o drugiej ciąży, postanowiłam, że tym razem nie dam uciszyć swojego instynktu i będę walczyć o laktację. Jak się później okazało, nie musiałam tego robić. Zaraz po cesarskim cieciu, jak tylko ulokowali nas na sali pooperacyjnej, położna zapytała się czy chcę spróbować nakarmić synka. Pomogła mi zdjąć koszulę i położyła mi Aarona na klatce piersiowej by chwilę później pomóc przystawić go do piersi. Synek zassał od razu i w błogim śnie jadł sobie pierwsze mleczko.

W szpitalu, po cesarce byłam tylko półtorej doby, a wizyt położnych w sprawie mojej laktacji miałam chyba ze cztery. Przychodziły i pytały, czy potrzebuje jakiejś pomocy czy rady. Niestety Aaron miał problemy ze zrobieniem smółki i położna nawet w nocy przyszła i sprawdzała czy dobrze go przystawiam do piersi.

Po powrocie do domu okazało się, że Aaron cmokta podczas ssania. Karmienie na szpitalnym łóżku to nie to samo, co karmienie na domowym krześle. Wiedziałam, że na drugi dzień miała mnie odwiedzić położna, ale jak się okazało, nie dotarła do mnie bo mam popsuty domofon. Zadzwoniłam wtedy do szpitala i zapytałam, kiedy mnie odwiedzi. Przyszła na drugi dzień rano. To była niedziela.
Kobieta anioł, a nie położna. Najpierw kazała pokazać gdzie i jak karmię. Popatrzyła na mnie, moją pozycję, poznosiła poduszki z całego domu i Arturowy podest z łazienki i skorygowała moją postawę. Och jak mi ulżyło. Przekonałam się, że dobra miejscówka to połowa sukcesu. No i Aaron przestał cmokać podczas jedzenia.

Położne przychodziły jeszcze do mnie średnio co dwa-trzy dni. Oczywiście nie w celu wsparcia mojej drogi mlecznej, ale zawsze podczas wizyty pytały jak sobie radzę z karmieniem piersią. A kiedy Aaron miał dość silną żółtaczkę, położna powiedziała, że co prawda karmienie piersią powoduje, że żółtaczka utrzymuje się dłużej, ale żebym karmiła synka jak najczęściej i wybudzała go na karmienia co dwie godziny, a synek sam się rozprawi z bilirubiną przy pomocy maminego mleczka. Ucieszyło mnie to, ponieważ w Polsce byłam świadkiem jak lekarz kazał jednej mamie dokarmiać zażółconą córeczkę mlekiem modyfikowanym, bo jak to ujął, "żółtaczka szybciej minie".

Kiedy skończyły się już wizyty domowe, położna na odchodne zostawiła mi kilka adresów i telefonów do poradni laktacyjnych. W jednej z nich zresztą byłam, o czym pisałam wcześniej. Dodam tylko, że trzy tygodnie po tej wizycie zadzwoniła do mnie laktatorka i zapytała czy nadal karmię piersią, jak sobie radzę i czy nie potrzebuję jeszcze pomocy. No w szoku byłam! Generalnie tutaj jest bardzo dużo poradni czy klubików, gdzie można uzyskać darmową pomoc. W mojej okolicy są dwa takie miejsca, do jednego idę piechotą 10 minut, a do drugiego dwadzieścia.

Powinnam też wspomnieć o tej ścisłej diecie, o której w Polsce się tak dużo nasłuchałam. Powiem tylko, że tego samego dnia po cesarce dostałam na kolację słynne angielskie "fish and chips" z fasolką w sosie pomidorowym. Tutaj nie istnieje żadna dieta matki karmiącej, której mit ciągle obala Hafija na swoim blogu. A pamiętacie niebieskie pudełko, które dostawało się przy wyjściu ze szpitala? Moim zdaniem, rażąco wręcz promowało ono mleko modyfikowane. W Anglii też dostałam paczkę na odchodne, ale nie znalazłam w niej żadnych próbek mleka. I w przeciwieństwie do tej z Polski, były też broszury dotyczące informacji karmienia piersią, kilka wkładek laktacyjnych różnych firm, torebki do przechowywania pokarmu oraz próbka kremu na brodawki. Być może przez cztery ostatnie lata coś się zmieniło w polskich niebieskich pudełkach, ale wtedy nie dostałam żadnych próbek, które dotyczyłyby lub promowały w jakiś sposób karmienie piersią.

Zauważyłam ogólnie pewną przewrotność. W Polsce, gdzie kobiety naprawdę chcą karmić, albo przynajmniej próbują, często spotykają się z brakiem pomocy i niedokształconym personelem.  A tutaj w Anglii, darmowe poradnie laktacyjne czekają z otwartymi rękami, ale niestety kobiety częściej decydują się na mleko modyfikowane, nie próbując nawet przystawiać dziecka do piersi.

Teraz z perspektywy czasu, żałuję, że tak słabo przygotowałam się do tematu karmienia piersią w pierwszej ciąży.  Gdybym tylko wiedziała trochę więcej i nie dała się zastraszyć. Bo tak właśnie się czułam, świeżo upieczona mama, która dała sobie wmówić, że nie ma o niczym pojęcia. Ale z drugiej strony, jakby nie patrzeć to nie powinnam obwiniać siebie, tylko system i ludzi. Bo jeśli to tutaj, w UK, przyszłoby mi rodzić po raz pierwszy, wszystko potoczyłoby się inaczej i nikt nie zbyłby mnie na starcie, ale wspomógł w tych trudnych początkach mlecznej drogi. Niestety niczego już nie cofnę. Cieszę się, że miałam drugą szansę i mogę teraz karmić piersią.

4 komentarze:

  1. I po raz kolejny słyszę/ czytam , że poród tu w UK i podejście personelu do matki i dziecka to nie jakaś wielka trauma i cyrk niedouczonych pożal się Boże lekarzy co miałam okazję wysłuchać na ten temat będąc w Pl...

    OdpowiedzUsuń
  2. ja szczescia takiego nie mialam. moja pomoc laktacyjna wyrzadzila nam wiecej szkod niz pomocy :-(
    wszystko zalezy od ludzi, czy ma sie szczescie czy tez nie, ja nie mam ani do ciazy, ani do karmienia... na szczescie wiecej dzieci nie planuje ;-D

    OdpowiedzUsuń
  3. Cudownie, ze drugi raz się udało....dla mnie to jest bardzo przykry temat...pierwszym razem po cesarce od razu Denisek był karmiony butelką - nie próbowano mi pomóc w karmieniu - ja myslałam ze tak trzeba - nie miałam nikogo mądrego przy sobie więc musiałam zaufać położnej...później próbowałam karmić, jednak Denisek strasznie krzyczał bo chciał butelkę - tak męczyliśmy się ok 2 mies i odpuściłam - po takiej traumie zdecydowałam, że Lili nie będę męczyć i od razu dam jej butelkę..po tygodniu przyszła do mnie położna laktacyjna - namówiła mnie na karmienie, ale mleka miałam już malutko /podobno dużo zależy od psychiki matki/..mi się nie udało i bardzo żałuję.

    OdpowiedzUsuń
  4. Anonimowy10/20/2015

    A ja z kolei mogę powiedzieć, że miałam szczęście rodzić w szpitalu na Karowej w Warszawie, gdzie uzyskałam fachową pomoc, i dzięki temu udało mi się karmić Córkę, choć na początku też była malutka i nie umiała ssać. Tak więc na szczęście i w PL się da:)

    OdpowiedzUsuń