5 miesięcy

Mój synek ma dopiero 5 miesięcy, a ja już tęsknię za noworodkiem. Za tym błędnym wzrokiem, za zaciśniętymi do białości piąstkami, za chudziutkimi nóżkami, bez niemowlęcego tłuszczyku. Jejku... co się ze mną dzieje? Naprawdę żal mi, że to już tak szybko minęło. Początki były bardzo ciężkie i właśnie przez te problemy nie mogłam w pełni cieszyć się i chłonąć tego noworodkowego czasu.A teraz pozostaje mi już tylko cieszyć się tym, co mam.

A mam bardzo uroczego, pogodnego i zdrowego pięciomiesięczniaka. Powoli zaczyna przekręcać się z pleców na brzuszek. Chwyta też pięknie różne przedmioty i oczywiście od razu kieruje je do buzi. Obstawiam, że waży około siedmiu kilogramów. Za tydzień idę na dokładne ważenie. Niedługo przesiądzie się też w rozmiar 74, a pieluszki zaraz zmienimy na czwórki. No i powoli zaczyna się klarować nasz rozkład dnia. Aaron ma 3 - 4 drzemki (jeśli ta w południe jest długa, to śpi tylko 3 razy). Je co 2,5 - 3 godziny co mnie bardzo cieszy. Pamiętam jak był młodszy i nawet podczas godzinnego spaceru zaliczaliśmy karmienie na ławce. Teraz nawet dłuższe zakupy w sklepie mi nie straszne. Noce nadal ładnie przesypia... ze mną w łóżku :)

Taki On!





P.S. Zębów nadal brak. Poprzedni alarm był fałszywy. Chociaż dałabym sobie rękę uciąć, że to był ząb.  No i straciłabym ją, bo ząb (nieząb) w dziwnych okolicznościach zniknął.


Czerwony makaron

Dawno u mnie nie było wpisu kulinarnego. Postanowiłam to zmienić i znów od czasu do czasu pokazywać potrawy, które smakują nie tylko nam, ale przede wszystkim Arturowi.

Pomysł na tą potrawę znalazłam na blogu Jadłonomia, z tym, że autorka zaproponowała makaron z truskawkami. Oczywiście jadłam jej wersję, jest pyszna, ale niestety dobre truskawki skończyły się wraz z wakacjami. Dlatego postanowiłam wypróbować przepis z owocami jakie można bez problemu kupić jesienią. No i padło na śliwki. Zapach pieczonych śliwek unosi się w całym domu jeszcze długo po zjedzeniu potrawy. Artur pochłonął ogromną porcję, a na drugi dzień zapytał "A zlobis dziś ten celwony makalon?" Zróbcie i Wy :)

Składniki na 2 duże porcje:
300 g śliwek
250 - 300 g makaronu
Cukier waniliowy (ja mam taki domowej roboty, w ilości "na oko")
Cynamon - szczypta, lub więcej, zależy od upodobań

Śliwki umyć, wyjąć pestki, ułożyć w naczyniu żaroodpornym.  Posypać cukrem waniliowym i cynamonem. Piec w piekarniku około 15 minut w 200 st. Podczas gdy śliwki się pieką i pięknie pachną, należy ugotować makaron al dente.

Upieczone śliwki zmiksować w naczyniu, w którym się piekły (może i wygodniej jest zgarnąć je do głębszego naczynia, ale to zawsze jest dodatkowa rzecz do mycia). Do musu dodać makaron, wymieszać i podawać. Mniam!







Tablice obowiązków dla czterolatka

Już od dłuższego czasu zastanawiałam się jak ugryźć ten temat. Codzienne powtarzanie synowi, co powinien zrobić przed pójściem spać, oraz przed wyjściem do przedszkola zaczynało mnie męczyć. Chciałam, żeby zrobił się bardziej samodzielny i wiedział, że przed wyjściem do przedszkola trzeba zrobić siku na zapas czy umyć zęby.

Myślałam nad tablicą obowiązków, taką ściągą codziennej rutyny, żeby Artur mógł sobie podejrzeć co ma zrobić, zrobił to i odhaczył daną czynność. Niestety naklejki nie są moim zdaniem dobrym rozwiązaniem. Przerabiałam je, kiedy uczyłam Artura sygnalizować potrzeby fizjologiczne i naprawdę znudziło mi się już robienie tabelek średnio raz na trzy tygodnie. Dlatego szukałam czego trwalszego, na dłużej. I znalazłam bardzo fajny patent. Tablica obowiązków z karteczkami odrywanymi na rzepy.


Do wykonania takich tabliczek potrzebne są:
- kolorowe papiery techniczne. Muszą być dosyć grube, żeby utrzymały rzepy i ich odczepianie;
- klej;
- nożyczki;
- piktogramy z danymi czynnościami. Ja pobrałam je STĄD i STĄD
- rzepy. Kupiłam je na Ebay, ale myślę, że znajdziecie takie w każdej pasmanterii. Moje są samoprzylepne, ale dobry klej też tutaj dobrze się spisze.


Nie mogłam wykorzystać tabelek, które widać powyżej, bo u nas panują inne zwyczaje i inna kolejność wykonywanych czynności. Poza tym, nie ma w obowiązkach wieczornych ikonki dotyczącej sprzątania pokoju, a nie ukrywam, że bardzo mi na niej zależało. Bo o ile Artur wykonuje raczej chętnie polecenia, tak sprzątanie pokoju jest dla niego udręką. Dlatego tylko wycięłam te obrazki, które mnie interesowały.

Zdaję sobie sprawę, że dla dziecka słowa "posprzątaj swój pokój" są abstrakcją. Dlatego wytłumaczyłam (i często jeszcze muszę to Arturowi przypominać), że na podłodze i stoliku ma nie być zabawek. Gruntowne porządki i segregację zabawek robimy wspólnie raz na jakiś czas. Jeśli chodzi o ścielenie łóżka, to owszem, mogłabym to robić sama, przecież to zajmuje mi nawet niecałą minutę. Ale nie mam zamiaru ścielić za niego przez całe życie. Dlatego zaczynam powoli oswajać go z tym obowiązkiem. Oczywiście na razie mu pomagam, ale wkrótce Artur całkowicie przejmie stery. Obecnie stara się po swojemu wyrównać kołderkę na łóżku i położyć na niej kocyk.

Wykonując tablice nie skupiłam się tylko na piktogramach. Zależało mi, żeby widniały tam też napisy, coby Artur oswajał się z literami i wyrazami.
A jak działają same tablice? Ano tak, że Artur codziennie rano i wieczorem korzysta ze ściągi, a jak już daną czynność wykona zamyka karteczkę. Wieczorem, kiedy już śpi, odczepiam wszystkie karteczki, żeby rano znów były gotowe i spełniały swoją funkcję.







Tak jak pisałam wcześniej, Artur największy problem ma ze sprzątaniem pokoju i czasem z pójściem do kąpieli. Dlatego postanowiłam oprócz tablicy obowiązków wykonać magnesiki, którymi nagradzam Artura przede wszystkim za posprzątanie pokoju. Przyjęłam, że Artur będzie dostawać jeden magnesik dziennie za wykonanie obowiązków i ogólnie dobre sprawowanie. Nie ukrywam, że jeśli syn mnie czymś wyjątkowo zaskoczy, to dostaje dodatkowy magnes.

Magnesiki zrobiłam naklejając naklejki na papier fotograficzny z magnesem. Do tego dorobiłam tabelkę z 30 polami, która wisi już na lodówce. Celowo ponumerowałam pola tabelki, żeby Artur oswajał się z cyframi.






Metoda z nagradzaniem naklejkami, czy tak jak tym razem, magnesami, w przypadku Artura zawsze się sprawdzała. Mam nadzieję, że i tym razem zmobilizuję mojego czterolatka do sprzątania pokoju i wykonywania innych czynności.


Pomysł z otwieranymi obrazkami znalazłam na Pinterest :)

Halloweenooowo!


Nie wiem, czy w tym roku będziemy chodzić po okolicy, straszyć i zbierać cukierki. Być może zostaniemy tylko w domu, zrobimy kilka przekąsek i zapalimy w oknie dynię, coby dzieci wiedziały, gdzie skręcić po cukierki. Artur już wypytuje, kiedy będzie Halloween. Dlatego postanowiłam umilić mu to oczekiwanie i zrobiliśmy wspólnie obrazki, które później powiesimy na drzwiach.

Do zrobienia pierwszej pracy plastycznej potrzebne będą:
- czarny karton
- farby (polecam kolory jesieni (czerwienie, pomarańcze i brązy) niestety ja chwilowo posiadam tylko takie kolory, za późno zorientowałam się, że inne mi po prostu wyschły)
- szablon nietoperza (ja pobrałam STĄD)
- oczy (mogą być gotowe, albo zrobione samemu)

Instrukcja zrobienia nietoperzy poniżej na zdjęciach. Myślę, że słowa są tutaj zbędne.





Kolejna praca to duszki. Do ich wykonania potrzebne będą:
- czarny karton
- oczy
- pastele lub farby, mogą być też dobre kredki świecowe (fajny efekt dają pastele)


Pierwotnie Artur miał po prostu dorysować ciało każdemu duszkowi białą kredką, ale pierwszego duszka musiałam mu pokazać, bo jak stwierdził, zapomniał jak duch wygląda. A kiedy już duszki powstały, to postanowił je pokolorować, bo powiedział, że takie białe duchy nie istnieją. Oczywiście nie miałam nic przeciwko.








Na koniec jeszcze Was zainspiruje zdjęciem sprzed roku, które nie pojawiło się jeszcze na blogu. W gumowe rękawiczki spakowałam słodycze, związałam sznurkiem. Ozdobiłam pajączkami, bo tylko takie coś miałam i porozdawałam dzieciom. Moim zdaniem bardzo fajny patent :)



Wszystkie pomysły (tylko z duszkami improwizowałam) podejrzałam na Pinterest.

Wcześniej o Halloween pisałam:
TUTAJ
TUTAJ
TUTAJ
TUTAJ


Wsparcie laktacyjne w Anglii

Nie karmiłam starszego syna piersią. Urodził się za wcześnie, bez odruchu ssania. Pielęgniarki karmiły go przez sondę mlekiem modyfikowanym. Nikt nie pytał się o moje mleko i laktację. Dopiero, kiedy stanęłam na nogi i poszłam na oddział neonatologii, gdzie leżał mój syn, zapytałam czy mogę przynosić swoje mleko. Pani z kwaśną miną powiedziała, że tak, ale muszę bardzo ściśle przestrzegać zasad higieny. Odebrałam to jako utrudnienie dla nich, ale nie zniechęciłam się. Woziłam mleko do szpitala, a syn przeszedł z sondy na butlę. Cieszyłam się, że nauczył się ssać, przybierał na wadze i mogłam Go zabrać do domu. Podczas domowej wizyty położnej zapytałam się czy jest szansa, żebym mogła karmić piersią. Usłyszałam, że dziecko nauczyło się już pić z butelki i jest za późno. Poza tym, za mało waży i jest zbyt słaby, żeby ssać mleko z piersi bo przy tym trzeba się napracować. Pochwaliła mnie, że odciągam mleko dla synka i przypomniała, żebym trzymała ścisłą dietę matki karmiącej (zostałam już w tym temacie przeszkolona na oddziale neonatologii, kiedy zgłosiłam, że będę przywozić swoje mleko). Nie drążyłam dalej tematu karmienia piersią.

Kiedy dowiedziałam się o drugiej ciąży, postanowiłam, że tym razem nie dam uciszyć swojego instynktu i będę walczyć o laktację. Jak się później okazało, nie musiałam tego robić. Zaraz po cesarskim cieciu, jak tylko ulokowali nas na sali pooperacyjnej, położna zapytała się czy chcę spróbować nakarmić synka. Pomogła mi zdjąć koszulę i położyła mi Aarona na klatce piersiowej by chwilę później pomóc przystawić go do piersi. Synek zassał od razu i w błogim śnie jadł sobie pierwsze mleczko.

W szpitalu, po cesarce byłam tylko półtorej doby, a wizyt położnych w sprawie mojej laktacji miałam chyba ze cztery. Przychodziły i pytały, czy potrzebuje jakiejś pomocy czy rady. Niestety Aaron miał problemy ze zrobieniem smółki i położna nawet w nocy przyszła i sprawdzała czy dobrze go przystawiam do piersi.

Po powrocie do domu okazało się, że Aaron cmokta podczas ssania. Karmienie na szpitalnym łóżku to nie to samo, co karmienie na domowym krześle. Wiedziałam, że na drugi dzień miała mnie odwiedzić położna, ale jak się okazało, nie dotarła do mnie bo mam popsuty domofon. Zadzwoniłam wtedy do szpitala i zapytałam, kiedy mnie odwiedzi. Przyszła na drugi dzień rano. To była niedziela.
Kobieta anioł, a nie położna. Najpierw kazała pokazać gdzie i jak karmię. Popatrzyła na mnie, moją pozycję, poznosiła poduszki z całego domu i Arturowy podest z łazienki i skorygowała moją postawę. Och jak mi ulżyło. Przekonałam się, że dobra miejscówka to połowa sukcesu. No i Aaron przestał cmokać podczas jedzenia.

Położne przychodziły jeszcze do mnie średnio co dwa-trzy dni. Oczywiście nie w celu wsparcia mojej drogi mlecznej, ale zawsze podczas wizyty pytały jak sobie radzę z karmieniem piersią. A kiedy Aaron miał dość silną żółtaczkę, położna powiedziała, że co prawda karmienie piersią powoduje, że żółtaczka utrzymuje się dłużej, ale żebym karmiła synka jak najczęściej i wybudzała go na karmienia co dwie godziny, a synek sam się rozprawi z bilirubiną przy pomocy maminego mleczka. Ucieszyło mnie to, ponieważ w Polsce byłam świadkiem jak lekarz kazał jednej mamie dokarmiać zażółconą córeczkę mlekiem modyfikowanym, bo jak to ujął, "żółtaczka szybciej minie".

Kiedy skończyły się już wizyty domowe, położna na odchodne zostawiła mi kilka adresów i telefonów do poradni laktacyjnych. W jednej z nich zresztą byłam, o czym pisałam wcześniej. Dodam tylko, że trzy tygodnie po tej wizycie zadzwoniła do mnie laktatorka i zapytała czy nadal karmię piersią, jak sobie radzę i czy nie potrzebuję jeszcze pomocy. No w szoku byłam! Generalnie tutaj jest bardzo dużo poradni czy klubików, gdzie można uzyskać darmową pomoc. W mojej okolicy są dwa takie miejsca, do jednego idę piechotą 10 minut, a do drugiego dwadzieścia.

Powinnam też wspomnieć o tej ścisłej diecie, o której w Polsce się tak dużo nasłuchałam. Powiem tylko, że tego samego dnia po cesarce dostałam na kolację słynne angielskie "fish and chips" z fasolką w sosie pomidorowym. Tutaj nie istnieje żadna dieta matki karmiącej, której mit ciągle obala Hafija na swoim blogu. A pamiętacie niebieskie pudełko, które dostawało się przy wyjściu ze szpitala? Moim zdaniem, rażąco wręcz promowało ono mleko modyfikowane. W Anglii też dostałam paczkę na odchodne, ale nie znalazłam w niej żadnych próbek mleka. I w przeciwieństwie do tej z Polski, były też broszury dotyczące informacji karmienia piersią, kilka wkładek laktacyjnych różnych firm, torebki do przechowywania pokarmu oraz próbka kremu na brodawki. Być może przez cztery ostatnie lata coś się zmieniło w polskich niebieskich pudełkach, ale wtedy nie dostałam żadnych próbek, które dotyczyłyby lub promowały w jakiś sposób karmienie piersią.

Zauważyłam ogólnie pewną przewrotność. W Polsce, gdzie kobiety naprawdę chcą karmić, albo przynajmniej próbują, często spotykają się z brakiem pomocy i niedokształconym personelem.  A tutaj w Anglii, darmowe poradnie laktacyjne czekają z otwartymi rękami, ale niestety kobiety częściej decydują się na mleko modyfikowane, nie próbując nawet przystawiać dziecka do piersi.

Teraz z perspektywy czasu, żałuję, że tak słabo przygotowałam się do tematu karmienia piersią w pierwszej ciąży.  Gdybym tylko wiedziała trochę więcej i nie dała się zastraszyć. Bo tak właśnie się czułam, świeżo upieczona mama, która dała sobie wmówić, że nie ma o niczym pojęcia. Ale z drugiej strony, jakby nie patrzeć to nie powinnam obwiniać siebie, tylko system i ludzi. Bo jeśli to tutaj, w UK, przyszłoby mi rodzić po raz pierwszy, wszystko potoczyłoby się inaczej i nikt nie zbyłby mnie na starcie, ale wspomógł w tych trudnych początkach mlecznej drogi. Niestety niczego już nie cofnę. Cieszę się, że miałam drugą szansę i mogę teraz karmić piersią.