4 miesiące

Czteromiesięczny Aaron to całkiem fajny bobas. Śmieje się w głos i jest bardzo towarzyski. Najada się w pięć minut. Kto by tam tracił czas na jedzenie, skoro wokół taki ciekawy świat? Co innego w nocy, ciemno, nic się nie dzieje, więc wtedy nadrabia i godzinami śpi przy piersi. Ale śpi, a to najważniejsze.

Kiedyś mówiłam, że jak tylko problemy brzuszkowe ustąpią, przyjdzie czas ząbkowania.  Chciałam to mam! Aaronowi wykluwa się pierwszy ząbek, na dole. Śmiem twierdzić, że jest to dwójka, a nawet trójka, bo jest naprawdę osadzona daleko w buzi. W czwartek idę Go zważyć i zapytam o tego zęba.

Oczywiście jemu żadna rutyna nie straszna. Żyje sobie swoim trybem, je kiedy chce, śpi kiedy chce i jedyny stały punkt dnia, który próbujemy mu narzucić to kąpiel. Czasami jest tak, że udaje nam się o tej 19:00 Go wykąpać, ale nie zawsze. Bo akurat panicz sobie śpi, albo jest tak głodny, że musi najpierw choć kilka łyków mleka wypić. Nie nakarmienie Aarona tu i teraz równa się wizycie służby socjalnej w domu. A będąc w temacie płaczu, Aaron roni łzy. Nie jest to już suchy płacz... tylko łezki, które jeszcze bardziej chwytają matczyne serce. 

No i odkrył ręce i nogi. Śmiesznie się im przygląda i bezskutecznie próbuje je zjeść.
A ja? Jestem już częściej wyspana niż niewyspana. Zaczynam odżywać i cieszyć się tym, co mam. Zapamiętuję wszystko z najmniejszymi szczegółami. Przecież już takiego brzdąca mieć nie będę. 


Dwa lata na emigracji

Kiedy zdecydowałam się wyjechać z kraju i zamieszkać na obczyźnie, postanowiłam dać sobie dwa lata na zaaklimatyzowanie się na nowej ziemi. Myślałam, że po tak długim czasie będę potrafiła powiedzieć, czy chcę tutaj zostać na zawsze. Z doświadczenia już wiem, że ile bym sobie nie dała czasu, to i tak nie jestem w stanie podjąć nieodwracalnej decyzji "na zawsze". Na dzień dzisiejszy chcę zostać, ale nie twierdzę, że na stałe. Nie wiem, co przyniosą kolejne lata. Patrząc na to, co dzieje się na świecie, ciężko mi cokolwiek planować.

Oczywiście jednym z największych minusów emigracji jest tęsknota. Za rodziną, przyjaciółmi, smakami i ulubionymi miejscami. Właściwie nie ma dnia, żebym nie pomyślała o kimś, kto został w ojczyźnie, czy to o mamie, o babci, koleżance. Najbardziej boli mnie fakt, że nasi rodzice rzadko widują swoje wnuki, nie towarzyszą im w tym ważnym okresie dorastania. Widzę, że Artur tęskni za babcią, chciałby się z nią częściej bawić i rozmawiać. Niestety Skype nie jest w stanie zastąpić prawdziwej relacji. Nie wspomnę już o tym, że nas też nie ma przy rodzicach. I boję się okrutnie jak to będzie później, kiedy rodzice będą coraz starsi.

Pomimo wielkiej tęsknoty emigracja dała mi bardzo dużo. Przede wszystkim, poczucie spokoju i równowagi. Pomijam kwestię finansową, o którą nie trzeba się tak martwic jak w Polsce. Tutaj zawsze znajdzie się jakieś dobre rozwiązanie, nikt nie ma bezpodstawnych pretensji, ludzie są sympatyczni i pomocni. Nigdy nie zapomnę, kiedy w bardzo deszczowy dzień czekałam na autobus. Niestety przystanek był niezadaszony, a skryć się można było tylko pod dachem budynku, który stał nieopodal. Niestety miałam wózek, a tam trzeba było wejść po schodach. No i parasolki też nie miałam. Podszedł pan, dał mi parasolkę, a sam skrył się pod dachem budynku. Taki mały, piękny gest, który rozgrzał moje serce.

Poza tym, to tutaj zrobiłam swoje pierwsze pierogi i kopytka. Może to śmieszne, ale jak ma się małe dzieci i chce się im pokazać kawałek tradycji to pierogi na Wigilijnym stole muszą się znaleźć. Nauczyłam się też minimalizmu. Myśl o kolejnych przeprowadzkach skutecznie uzdrowiła mnie ze zbieractwa i kupowania niepotrzebnych rzeczy.

Emigracja mnie zmieniła. Odpuściłam, wyluzowałam i jest mi z tym bardzo dobrze. Zaraziłam się tutejszą tolerancją i otwarciem na inność. Nie martwię się już tym, co ludzie i rodzina powie. Żyję w zgodzie z własnymi przekonaniami i wygodą, a jeśli komuś to nie odpowiada, to wysyłam delikwenta po tabletkę na ból dupy.
Czytałam niedawno moje stare wpisy o emigracji i natknęłam się na takie zdanie:
"Jedna część mnie chce zamieszkać tutaj, podczas gdy druga część chciałaby wracać do Polski. Myślę, że tak będzie już zawsze."
No i nie myliłam się. Od dwóch lat, nadal się to nie zmieniło. Jak jestem tutaj to myślę o Polsce, o tym kiedy tam pojadę, kiedy odwiedzę rodzinę i ulubione miejscówki. Ale kiedy jestem już w Polsce od razu przypominam sobie, dlaczego stąd wyjechałam i chcę jak najszybciej wracać.

Minęły dwa lata. Co dziś mogę powiedzieć o mojej emigracji? Nie żałuję. To była dobra decyzja.

Karmię piersią. Jak to widzi mój starszy syn?

Dnia pewnego poszłam z Arturem zważyć Aarona do specjalnego punktu, gdzie tylko waży się maluszki lub ewentualnie młode mamy mogą zasięgnąć porady na temat opieki nad dzieckiem. Weszliśmy, usiedliśmy. W poczekalni siedzi około sześć mam ze swoimi pociechami. Niektóre to jeszcze noworodki. Artur rozgląda się, przygląda bardzo szczegółowo i widzę, że rozkminia jakiś problem w tej swojej małej główce. W końcu pyta:
- Mamo a dlacego te mamusie mają butelki z mleckiem?

Rozglądam się po sali. No rzeczywiście, wszystkie jak jeden mąż albo karmią już swoje dziecko butlą, albo trzymają w ręku mleko. Jedna tylko nosi śpiące dziecko na rękach. Wcześniej jakoś nie zwróciłam uwagi. Nie zastanawiając się nad pytaniem syna (często zadaje pytanie na które odpowiedź jest oczywista, ale przecież to tylko dziecko) odpowiadam:
- No jak to po co? Żeby nakarmić swoje dzieci.
Nie minęła nawet żadna pauza, kiedy Artur rozczarowany moja odpowiedzią rzuca:
- Ale mamusie mają przecież cycuchy!


Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że butelka z mlekiem będzie taką nowością dla mojego syna. Ale w końcu nie ma się co dziwić, wcześniej nie miał kontaktu z dzidziusiami, a Aaron karmiony jest tylko piersią.
No i musiałam mu wytłumaczyć, jak to jest z tymi butelkami i cycuchami. A jaki był zdziwiony, kiedy mu powiedziałam, że on też pił mleko z butelki :)

1000 pojazdów i nie tylko

Pewnie zdziwicie się jeśli powiem, że znam mniej więcej tylko 5% nazw pojazdów istniejących na świecie? Nigdy nawet nie zastanawiałam się ile ich jest. Zawsze miałam problem, kiedy Artur widział na ulicy jakiś pojazd i pytał "Mamo, jak to nazywa się?" (tak dokładnie brzmi jego pytanie, zawsze). Często mówiłam, że nie wiem... zbyt często.  Dlatego jak tylko ujrzałam tą książkę wiedziałam, że muszę ją mieć. Niekoniecznie Artur, tylko ja! Żebym w końcu mogła zabłysnąć przed synem. Z taką książką nie boję się już pytania o nazwy pojazdów. Jeśli widzimy jakieś na drodze to po powrocie do domu zaglądamy do książki i szukamy owej maszyny.

Szukanie pojazdów w książce nie jest trudne bo zostały one podzielone na kategorie. Książka jest pięknie wydana. Jest duża, posiada grubą, twardą okładkę i cieńsze, ale nadal tekturowe strony z zaokrąglonymi rogami. Wiem, że książka będzie nam służyć przez długie lata. Już widzę, jak chłopcy razem leżą na podłodze z otwartą książką i podziwiają wszelkie pojazdy.


1000 pojazdów i nie tylko - Gabriele Antonini
Wyd. Olesiejuk













Polskie dziecko w angielskim przedszkolu

Artur w zeszłym już roku poszedł pierwszy raz do przedszkola. Nie znał języka angielskiego, oprócz kilku podstawowych słów, zasłyszanych w żłobku, do którego chodził wcześniej na parę godzin tygodniowo. Ale żłobki to inna bajka bo ja byłam zawsze "pod ręką" w sali obok i w razie potrzeby  mogłam zajrzeć i wesprzeć Artura. W domu mówimy i czytamy książki tylko po polsku. Jedynie bajki czasem ogląda w języku angielskim. Nie uczę go angielskiego bo uważam, że tego najpiękniejszego, melodyjnego akcentu nauczy się w szkole. Ja niestety już nigdy nie będę mówić z ich akcentem. Artur ma taką szansę. Poza tym, chciałabym, żeby umiał też dobrze mówić po polsku i w tym zagadnieniu jak najbardziej mogę się wykazać.

Artur od września do końca marca chodził do przedszkola przy moim college, gdzie uczyłam się języka angielskiego. Bardzo obawiałam się tego, jak Artur sobie poradzi w przedszkolu, gdzie panie mówią tylko po angielsku, a dzieci w różnych językach świata (w końcu był to college i przedszkole dla obcokrajowców). Nie przygotowałam żadnych obrazków przedstawiających podstawowe czynności czy nastrój dziecka, którymi Artur mógłby się posługiwać. W przedszkolu też nimi nie dysponowali. Jedyne słowo, jakiego nauczyłam panią w przedszkolu po polsku to "siusiu". Pokazałam też Arturowi na wszelki wypadek, gdzie jest toaleta.

Synek chętnie zostawał w tym przedszkolu. Często płakał, kiedy go odbierałam. Ale mimo tego, że Artur pozornie ładnie się zaaklimatyzował, zdarzały się wpadki z moczeniem spodni. W wyniku tego, codziennie do przedszkola nosiłam reklamówkę odzieży na zmianę. Poza tym, na początku nie chciał nic tam jeść. Z czasem wszystkie problemy zniknęły, a Artur chętnie chodził do przedszkola i wynosił z niego coraz więcej angielskich słówek. Panie też mówiły, że rozumie coraz więcej i czasem powtarza zasłyszane słowa. Oczywiście stworzył też swój własny język, którym często się posługiwał, nawet w domu. No bo skoro dzieci w przedszkolu mówią w różnych językach, to czemu on miałby nie? Pod koniec marca, kiedy musiałam skończyć szkołę z powodu zbliżającego się porodu, Artur nie mógł dalej kontynuować pobytu w tym przedszkolu.

Na początku kwietnia znalazłam miejsce dla Artura w przedszkolu w naszej okolicy. Nie martwiłam się już o jego znajomość języka angielskiego bo wiedziałam, że dużo rozumie i jakoś sobie poradzi. Nie myliłam się. Artur świetnie się zaaklimatyzował. I chociaż w maju pojawiły się problemu z niejedzeniem posiłków to opiekunka tłumaczyła to nową rolą jaka czeka Artura, jako starszego brata. Naprawdę miała rację. Artur po narodzinach Aarona zaczął znów bardzo ładnie jeść, czasem nawet prosząc o dokładkę. Mało tego, jego angielski znacznie się poszerzył. Mój mały przedszkolak nie jest już tylko na etapie słuchania, ale i rozmawiania. Potrafi zagadać już po angielsku do innych dzieci nie tylko w przedszkolu, ale i na placu zabaw i w sklepie. Kiedy bawi się sam, też w większości słyszę, jak mówi po angielsku. Nie do końca wszystkie wyrazy wymawia poprawnie, ale naprawdę widać u niego zdecydowanie progres. Myślę, że dużo dało mu to przedszkole, gdzie nie tylko panie mówią po angielsku, ale i dzieci.

Podczas wakacji, kiedy przechodziliśmy obok przedszkola, Artur popłakał się bo myślał, że może tam wejść i się pobawić. Przykro mi się zrobiło z tego powodu, ale tak prawdę mówiąc, to cieszę się, że tak bardzo lubi to swoje przedszkole. Tydzień temu znów zaczęliśmy "prowadzać" się do tej placówki. Chyba nie muszę mówić, że Artur był cały w skowronkach?
Oby za rok tak dobrze zaaklimatyzował się w szkole. Oby!

A takie karteczki dostają codziennie rodzice, kiedy odbierają swoje pociechy. Dzięki temu wiem, co Artur zjadł (tym razem znów były to dwie porcje) i jak spędził czas w przedszkolu.

Przepisy na menu urodzinowe

Tym razem przygotowując menu na urodziny Artura nie musiałam martwić się, że nie mam stołu i nie skupiałam się na posiłkach charakterystycznych dla szwedzkiego stołu. W tym roku jednak znów miałam ograniczenia... czasowe. Wiadomo, że z trzymiesięcznym ssakiem przy piersi i energicznym czterolatkiem nie można poszaleć kulinarnie. Musiałam pomyśleć nad poczęstunkiem, które nie wymaga zbyt dużo nakładu pracy. I tak oto powstało menu:


Niestety nie mam zdjęć wszystkich potraw.

Kotlety warzywne - przepis TUTAJ KLIK
Mięso z warzywami przygotowałam już dzień wcześniej, a w niedzielę uformowałam z gotowej masy kotlety i przed przyjściem gości upiekłam.

Pilaw z bulguru z cukinią - TUTAJ
Naprawdę bardzo smaczny dodatek do dań, polecam.

Sos czosnkowy to nic innego jak jogurt grecki z czosnkiem.

Pizzerinki zrobiłam z przepisu na ciasto od Karlity, które zawsze się udaje. Przepis na ciasto TUTAJ




Uwielbiam hummus i sprawdza się on zawsze na takich imprezach. Tym razem postawiłam na hummus z suszonymi pomidorami TUTAJ KLIK. To był strzał w dziesiątkę. Zrobiłam go też dzień wcześniej. W dniu imprezy przygotowałam tylko warzywa.


Makrela na krakersach to bardzo szybko "robiąca się" przekąska.
Składniki:
- wędzoną makrela obrana ze skóry i ości
- 6 drobno pokrojonych suszonych pomidorów,
- 2 pokrojone ogórki konserwowe (mogą być też kiszone)
- szczypiorek
- 2 łyżki majonezu
- łyżeczka musztardy
- dowolne krakersy o neutralnym smaku

Wszystkie składniki oprócz krakersów wymieszać. Masę zrobiłam dzień wcześniej, a przed wizytą gości posmarowałam krakersy pastą z makreli. Można ewentualnie ozdobić kawałkami oliwek lub innych warzyw.

Sałatka z tortellini w końcu obrała inną wersję bo nie mogłam znaleźć tortellini bez jajek w składzie. Tak więc zastąpiłam je makaronem z mąki durum. Oczywiście zrobiłam ja też dzień wcześniej.
Przepis TUTAJ. Tylko u mnie nie było jaj, ale użyłam jeszcze dodatkowo zielonych oliwek i papryki konserwowej.

Bagietka słodko-słona to kanapeczki z bagietki, sałaty, sera pleśniowego Brie i winogron.

 

Tort składał się z biszkoptu w kolorze niebieskim, Przepis na biszkopt rzucany, który zawsze się udaje, znajdziecie TUTAJ. 
Torcik przełożony był masą z bitej śmietany i serka mascarpone, przepis TUTAJ.
Zawsze w środek tortu wkładam jakieś owoce, czy to sezonowe, czy ze słoika, ale zawsze coś tam się znajduje dla przełamania mdławego smaku kremu.



Szyszki to przysmak mojego dzieciństwa. Artur też pokochał ten smak, dlatego postanowiłam je zrobić. Przygotowuje się je bardzo szybko bo jest to prostsza wersja od tych, które pamiętają nasze młode lata. Przepis TUTAJ 



Menu z trzecich urodzin Artura znajdziecie TUTAJ









Urodziny małego policjanta

Długo zastanawiałam się nad motywem przewodnim czwartych urodzin Artura. Od dłuższego czasu uwielbia policję i wszystko co jest jak to mówi "policyjskie". Pokochał też miłością prawdziwą klocki Lego. I zastanawiałam się, czy pójść w stronę policji czy klocków. I wiecie co? Wygrało lenistwo. Albo bardziej brak czasu. No po prostu temat policyjny wydał mi się prostszy i łatwiejszy w realizacji.

Wszystko co zrobiłam wymagało minimalnego nakładu pracy. Pompony i plakat do budki fotograficznej zrobiłam jeszcze w lipcu, kiedy była moja mama i wyręczała mnie w obowiązkach domowych. Wszelkie gadżety potrzebne do budki i do nakrycia stołu, jak i balony oraz dekoracje tortu kupiłam także w tym łatwiejszym dla mnie okresie.

Zaproszenia miały na przodzie policyjne auto w formie kolorowanki, które Artur pokolorował. Niestety zdjęcia brak. Upamiętniłam tylko tekst zaproszenia. Oto on:



Fotobudka zrobiła bardzo pozytywne wrażenie. Wszyscy chętnie zakładali rekwizyty i robili sobie zdjęcia. Ubaw mieliśmy przy tym po pachy. Najmniej zainteresowany był solenizant, który otrzymał w prezencie dużo klocków Lego i nie omieszkał skupić się tylko na nich.




Jako czasoumilacz imprezy kupiłam też balony rakiety, które latały pod sufitem i wydawały śmieszne, pierdzące dźwięki. I tutaj nawet Artur odszedł od klocków i puszczał baloniki. Natknęłam się na nie właściwie przez przypadek na Amazon, kiedy wybierałam obrus i zastawę na stół. Nie byłam pewna, czy w ogóle takie baloniki się sprawdzą, ale kosztowały grosze więc się skusiłam. I to był naprawdę strzał w dziesiątkę. Za rok powtórzę zakup.
Wyglądają tak: KLIK


Jeśli chodzi o tort to wyszła wielka klapa. Kilka tygodni wcześniej zamówiłam obrazek auta policyjnego, ale tym razem nie był to wafelek, a masa lukrowa. Niestety nie znalazłam nic policyjnego z wafelka. Kiedy rano przyszło mi udekorować tort i położyć obrazek, ten nie chciał odkleić się od kartki. Mroziłam go dwa razy, podważałam nożem, a on ani drgnął. Co gorsza zaczął bardziej kruszeć. No i niestety po otarciu łez położyłam obrazek razem z kartka do której wręcz przyrósł. Po zdmuchnięciu świeczek zdjęłam kartkę z lukrowym obrazkiem i położyłam owoce. Tort w środku był niebiesko biały z czerwonymi owocami... wszystko w kolorach "policyjskich". Tylko ten nieszczęsny opłatek... eh. Ale podobno tort był pyszny (ja nie jadłam bo Aaron ma alergie na nabiał).



 Myśli nad życzeniem...


... i dmucha :)






Artur był zachwycony z prezentów. W większości były to zestawy klocków Lego. Znalazło się też auto z ciastoliną, puzzle piankowe do kąpieli i książki.




O książce "1000 pojazdów i nie tylko" będzie jeszcze u mnie na blogu. A puzzle piankowe firmy Alex gorąco polecam. Artur ma już taki zestaw, literki, wygrałam je w konkursie jak miał półtora roku i przez te lata dobrze nam służą.Pisałam o nich TUTAJ KLIK

Podsumowując, urodziny się udały. Oprócz jednej wpadki z lukrowym opłatkiem na tort, na którą zresztą nie miałam żadnego wpływu, było bardzo fajnie. Artur był bardzo świadomy tego, że to jego święto. Nie mógł się doczekać gości i prezentów. Pomagał mi sprzątać i robić szyszki i biszkopt na tort. Widziałam jaki był szczęśliwy, kiedy stał na krześle podczas zdmuchiwania świeczek, a my śpiewaliśmy mu "sto lat" i robiliśmy zdjęcia. Ogarniał nas wszystkich wesołym wzrokiem i uśmiechał się od ucha do ucha. Warto było!


P.S. Na specjalne życzenie kilku osób powstanie też wpis o potrawach, jakie znalazły się na urodzinowym stole. Stay tuned.


Drugie urodziny Artura TUTAJ
Trzecie urodziny Artura TUTAJ

Czterolatek!

Cztery lata temu, 1 września o godzinie 10:50 urodził się nasz dwukilogramowy cud. Chłopiec o bardzo dobrym serduszku i wrażliwej duszy, który uwielbia się przytulać i bardzo często mówić "kocham". Daliśmy mu na imię Artur Bruno bo chcieliśmy, żeby był silny i dzielny jak niedźwiedź.

Uwielbia budować konstrukcje z klocków i rysować. Najchętniej zjada makaron, borówki, gruszki i brokuły. Ulubiony kolor to niebieski. W przyszłości chce zostać policjantem. Lubi chodzić do przedszkola i zawierać nowe znajomości na placu zabaw. Kocha porządek i rutynę. Jest wspaniałym starszym bratem.


Synku, aby świat kochał Cię tak, jak Ty go kochasz!
Rośnij nam zdrowy i szczęśliwy!