3 miesiące

3 miesiące minęły jak jeden dzień, chciałoby się napisać. Aaron czuje się już na tyle dobrze, że teraz czas mógłby się już zatrzymać. Nie chcę, żeby kolejne miesiące szybciej mijały. Nie chcę, żeby kolejny synek urósł mi w tym zastraszającym tempie, tym samym co pierworodny (i zapewne inne dzieci).

Od kiedy kolki i bóle brzucha minęły to muszę przyznać, że fajny jest ten mój Aaron. Jak się dobrze wyśpi i posili mlekiem to siedzi sobie w leżaczku i łypie wzrokiem na lewo i prawo. Uśmiecha się już bardzo zawadiacko. Ale charakterny to on jest. Usypia tylko wożony w wózku lub po długiej sesji cyckowej. A jak jest głodny lub znudzony to bardzo donośnie potrafi to zakomunikować. Niestety spać to on nie lubi. Na noce nie narzekam, a i owszem. Ale w ciągu dnia mógłby trochę dłużej pospać, a nie ucinać sobie tylko krótkie, góra 30-minutowe drzemki. Chociaż bywają dni, że śpi nawet do półtorej godziny ciągiem.

O rutynie mogę zapomnieć, przynajmniej na razie. Tylko pora kąpania jest stała. Poza tym, wszystko zależy od pogody, samopoczucia i apetytu małego Aarona. Jeśli chodzi o wagę to raczej powiedziałabym piórkowa - całe 5790g. Ale widać, że rośnie. Odłożyłam na bok już pierwsze ciuszki. Teraz powoli wyrasta z rozmiaru 62. Synku, nie rośnij mi tak szybko!







O karmieniu piersią bez lukru

O tym, że karmienie piersią to piękny obrazek, ale tylko w czasopiśmie dla młodych mam, dowiedziałam się już trzeciej nocy, kiedy synek "nie dał się odłożyć" do łóżeczka nawet na kilka minut i bardzo głośno (nawet nie wiedziałam, że noworodki mogą tak mocno ryczeć) informował mnie, że chce ssać. I ssać. I ssać. A ja marzyłam tylko o tym, żeby się położyć i odespać wszystkie okołoporodowe wydarzenia. W ciągu dnia też nie było lepiej, bo on spał sobie w najlepsze przy cycu, a ja mogłam tylko pomarzyć o zmrużeniu oka na siedząco. Nie karmiłam jeszcze na leżąco bo bardzo ciągnęły mnie szwy, kiedy leżałam na boku (ze szpitala wyszłam wieczorem na drugi dzień  po cesarce).

Poza tym, ból obkurczającej się macicy i ciągle zasysanych sutków był tak upierdliwy, że aż robiło mi się słabo na myśl o kolejnych karmieniach.
Myślałam też o niedalekiej przyszłości, kiedy moja mama wróci już do Polski, a ja zostanę sama z "wiszącym przy cycku" noworodkiem i czterolatkiem, którego trzeba nie tylko zaprowadzać do przedszkola, ale zapewnić mu wikt i opierunek. A wszystko w duecie z bólem brzucha po cesarce. Oby tylko jakoś przetrwać do tej 17:30 kiedy do domu wraca mąż. Wizja mojego losu zapowiadała się marnie co powodowało, że przez pierwszy tydzień ryczałam po kątach.

Dwa tygodnie po porodzie zaczęłam karmić Aarona na leżąco i w końcu trochę odsapnęłam. Nie musiałam go już odkładać do łóżeczka. Tak jak zasnął w moim łóżku podczas karmienia tak go zostawiałam i sobie spał. Czasami towarzyszyłam mu podczas tej przyjemnej czynności. Bałam się spać z nim w nocy. Bardzo. Ale Mila poniekąd mnie namówiła. Nie żałuje, że jej posłuchałam. Zaczęłam w końcu się wysypiać i uśmiechać.

Niestety ten błogostan nie trwał wiecznie bo pojawiło się zapalenie piersi. Na początku myślałam, że to Artur przyniósł jakieś choróbsko z przedszkola bo chodził zagilany. Ale nie ma tak dobrze. Ból mięśni, dreszcze, wysoka gorączka i rwący ból w piersi to tysiąc razy gorsze niż przeziębienie. A żeby było jeszcze koszmarniej do Aarona przyszła kolka. Przychodziła i męczyła go prawie codziennie od 19:00 do 23-24:00. A my głowiliśmy się tylko jak mu pomóc i co jeszcze możemy zrobić, żeby tak nie cierpiał.

Z dnia na dzień było tylko gorzej. Aaron płakał też po każdym posiłku, a na jego twarzy widać było wyłącznie ból. Ucinał sobie krótkie drzemki i wybudzał się z płaczem. Podczas karmienia był niespokojny, prężył się, łykał powietrze, cmokał i płakał. Z bezradności rozkładałam ręce. Czułam się winna. Wiedziałam, że karmieniem piersią zadaję mu ból. Tysiąc myśli kłębiło się w mojej głowie: może źle go przystawiam? może źle się odżywiam? może powinnam podać butlę i skrócić to jego cierpienie? Nie miał żadnych objawów alergii pokarmowej oprócz kolki. Nie miałam pojęcia co robić. Czułam się bardzo, bardzo bezsilna. Poddałam się. Podałam Aaronowi mleko modyfikowane z butelki. Niestety albo i stety po zaproponowaniu mu silikonu nie wiedział co to jest? Lizał, trochę ssał, aż w końcu wypluwał i płakał. Wiem doskonale, że gdyby wtedy tego smoka zassał to dziś już nie karmiłabym piersią. Tym bardziej, że znów znokautowało mnie zapalenie piersi. Na szczęście, nauczona już doświadczeniem, szybko zareagowałam i wykurzyłam choróbsko.

Odrzucenie butelki przez synka dodało mi znów sił. Postanowiłam dać sobie jeszcze jedną szansę. Poszłam do poradni laktacyjnej i spędziłam tam dwie godziny. Pani poobserwowała mnie i synka, skorygowała moją postawę przy karmieniu piersią, sprawdziła wędzidełko i była świadkiem rozpaczy Aarona bezpośrednio po karmieniu. Zaniepokoiła się trochę, ale powiedziała, że jest malutki, ma słabo wykształcone jelita i że taki płacz może się zdarzać. Najważniejsze, że przybierał na wadze. Dała mi też namiary na inną poradnię, ale tam niestety mieli urlop.

Skorygowanie postawy przez doradcę trochę pomogło. Aaron był spokojniejszy bo mniej łykał powietrza. Ale nadal się męczył, a ja nie czerpałam przyjemności z karmienia.
Zapisywałam w notesie wszystko co zjadłam. Po tygodniu moje zapiski absolutnie nic mi nie podpowiadały. Aaron popłakiwał bez względu na to czy coś zjadłam lub nie. Oczywiście brałam pod uwagę warzywa wzdymające, słodycze, orzechy, owoce i inne, które są na czarnej liście. W końcu dostałam olśnienia. Wszystkiemu winny był nabiał. Po odstawieniu mleka, jogurtów, lodów i serów po kilku dniach wreszcie był spokój.

I w końcu przyszedł czas, że zakochałam się w karmieniu piersią. Uwielbiam jak mój synek zasysa pierś, zamyka błogo oczy, pomrukuje, wtula się mocno we mnie, składa rączki przed sobą i odpływa. Nadal lubi wisieć na cycu, ale teraz karmienie to sama przyjemność. Owszem mogłabym zrobić w tym czasie duuużo innych rzeczy, ale przecież jeszcze zdążę. Niedługo mój malutki synek urośnie i pobiegnie w świat, a ja będę po raz tysięczny wycierać kurz z półki, na którym stoi zdjęcie mojego ssaka i przypominać sobie jakie piękne to były chwile i ile bym dała, żeby cofnąć czas i znów poczuć ten słodki zapach główki mojego synka. Delektuję się na zapas.




Artur rysuje

Artur ostatnio albo tylko rysuje albo tylko buduje coś z klocków lego. Absolutnie wszystkie jego dzieła mnie radują. I te z klocków i te nakreślone na kartce papieru.
Niestety budowle szybko zostają niszczone i powstaje coś nowego. Ale za to teczka pęka w szwach od rysunków, które kolekcjonuję na pamiatkę. Artur skrupulatnie wszystkie zbiera, nawet te narysowane w przedszkolu. Zachwycam się każdym jego kolorowym obrazkiem. I nieważne, że są dzieci młodsze, które rysują ładniej. Dla mnie mój syn tworzy najpiękniejsze dzieła pod słońcem.


Nasza rodzina (rysunek powstał w przedszkolu. Cieszę się, że pani wiedziała jak napisać imię Aarona, właśnie o to miedzy innymi nam chodziło nadając mu takie imię... niestety imię Artura wszyscy piszą z literą "h")



Artur opiekujacy się braciszkiem w wózku



Kwiatek dla mnie, zebym szybciej wyzdrowiała 



Strażak gasi pożar



Dworzec kolejowy i tory



Laweta i dwa autka



Tęcza, walizka i kwiatek (rysunek powstał dla naszej sąsiadki)



Tory i auto "łapacowe"



Auto z przyczepą



Mały Aaron



Maniek i McQueen z bajki "Auta"



Nasz domek i mama (czyli ja)



"Lolślina"



Auto strażackie gasi pożar



Drugi miesiąc za nami

Drugi miesiąc to zdecydowanie czas kolek, płaczu i nieprzespanych nocy. Przez pierwszy tydzień Aaron darł się średnio od godziny 19 do 23, a my bezradni próbowaliśmy wszystkiego co tylko możliwe. W końcu udało nam się znaleźć kilka rozwiązań, które uśmierzają w pewnym stopniu ból i pomagają przetrwać te ciężkie chwile. Aaronowi pomaga odgłos suszarki lub okapu, ciągłe noszenie w pionie, spanie na moim brzuchu, masaże i krople SabSimplex.

Problem w tym, że od trzech tygodni ból brzuszka męczy go nawet w dzień. Jedną z przyczyn jest złe zasysanie piersi i łykanie powietrza podczas karmienia. Aaronik często przy piersi jest niespokojny, słyszę jak połyka powietrze, ssie tylko chwilę i się pręży, płacze i nie chce już dalej jeść. I po 20 minutach znów jest głodny, no bo cóż on mógł zjeść, skoro nałykał się tylko powietrza? I tak ostatnio wyglądają nasze dni. Kilka minut karmienia, płacz, noszenie, krótka drzemka i znów płacz, przystawianie i tak w kółko. Na szczęście noce są spokojniejsze. Na śpiocha Aaron bardzo ładnie zjada i dalej śpi. Byłam z tym problemem w poradni laktacyjnej. Pani skorygowała moją postawę podczas przystawiania synka do piersi, ale mimo tego, nawet przy niej, po poprawnym przystawieniu dalej ciamkał i łykał powietrze. Pani stwierdziła, że skoro nie bolą mnie sutki, nie czuję dyskomfortu podczas karmienia i dziecko przybiera na wadze, a w nocy potrafi ładnie jeść to najwyraźniej taka uroda mojego zachłannego syna i być może to minie. Mam nadzeję. Za tydzień idę do jeszcze innej poradni, która aktualnie jest zamknięta z powodu urlopu. Tam podobno spotkam bardzo dobrą laktatorkę, którą polecono mi w poradni laktacyjnej, gdzie byłam ostatnio. Już w trzecim tygodniu mojej drogi mlecznej, kiedy znokautowało mnie zapalenie piersi, przekonałam się, że karmienie piersią to ciężki kawałek chleba. Nie zliczę nawet ile razy już myślałam o przejściu na butlę, zwłaszcza kiedy Aaron po karmieniu płakał z bólu. Ale nie będę się rozpisywać, na razie nie mam na to czasu. O mojej drodze mlecznej napiszę jeszcze kiedyś, osobny post.

Poza tym, Aaron ma też już za sobą pierwsze przeziębienie i wizytę u lekarza. Na szczęście osłuchowo wszystko było w porządku, inhalator poszedł w ruch i po trzech dniach po chorobie ani śladu.

W okolicach 7 tygodnia Aaron zaczął się świadomie do nas uśmiechać. W ogóle zrobił się taki bardziej społeczny i towarzystki. Wodzi za nami swoim wzrokiem, interesuje się zabawkami i dźwiękami, co bardzo spodobało się Arturowi. Widzę, że miedzy nimi zawiązuje się coraz mocniejsza braterska nić.

Z doświadczenia wiem, że będzie już tylko coraz lepiej. 

No to oby do 3 miesiąca!