Gadu Gadu

Rysujemy, malujemy. Artur bierze do ręki fioletowy mazak i mówi:
- Weź ten lózowy i narysuj fiatek.
Strofuję Go od razu: Arturku to jest fioletowy nie różowy.
Artur patrzy się chwile na mnie i na poważnie pyta:
- Ojej mamo, skąd ty tyle wies o kololach?


I znów malujemy, jak co dzień. Mówię: Artur pomaluj ten domek.
Słyszę odzew: Nie, ty pomaluj, ty tutaj jesteś malownicym.


Obac Mamusiu co ci namalowałem. To jest Anktaltyda.
- O piękna! A kto mieszka na Antarktydzie?
- No misie polarne, polarne lamparty i klóliki.


Artur żegna się z wujem, który cały dzień się nim opiekował i mówi:
- Dziękuję, że byłeś moim opiekacem.


Nie mam w zwyczaju dawać dziecku pieniędzy do zabawy, ale tak ładnie mnie prosił, chciał tylko chwilę pooglądać. No i uległam, dałam. Wracam po nie za jakiś czas, a tam pustki na stoliku.
Po chwili szukania mówię: Artur, znajdź te pieniążki, które Ci dałam.
W odpowiedzi słyszę bardzo zrelaksowany głos syna:
-  Dobla, bez paniki.


Wchodzimy do centrum handlowego. W nozdrzach daje się odczuć nieprzyjemny zapach. Artur łapie się za nos i krzyczy:
- O fuj, ale tu śmierdzi. Tak śmierdzą moje kupy!


Bawimy się w Arturowym pokoju. Po chwili słyszymy kwilenie Aarona. Artur nasłuchuje i z poważną miną rzecze:
- Mamo słysę jakieś dzidziusiowe odgłosy z łózecka.


3 komentarze:

  1. Hahaha, opiekacz mnie rozbawił do łez ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Haha, takie rozmówki dzieci są najlepsze! Mam malutką córeczkę teraz i już nie mogę się doczekać aż zacznie mówić. Obiecuje sobie, że będę zapisywać te śmieszniejsze zwroty :) Będzie potem co wspominać.

    OdpowiedzUsuń