Poród w Anglii

Jest środa, bardzo wczesny ranek, parę minut po czwartej. Przez sen czuję jak odchodzą mi wody. Od razu wyskakuję z łóżka i budzę męża. Jestem przerażona. Nie czuję żadnych skurczy. Przecież to nie tak miało być. Miałam najpierw mieć skurcze, liczyć minuty między jednym a drugim, dopakować torbę i iść do Birth Centre z "rozbujaną" już akcja porodową. A tu wody tylko chlustają. Nie tak miało być. Trzęsę się cała ze strachu. Zapominałam na który numer mam dzwonić... położna, szpital, Birth Centre? Czy ja w ogóle się dogadam? Mąż kładzie rękę na moim ramieniu, dodaje otuchy. Dzwonię. Zrozumiałam, dogadałam się. Mam przyjść na chwilę, sprawdzą stan wód i ewentualnie zdecydują co dalej. Pakuję butelkę mineralej do torebki i zeszyt przebiegu ciąży. Spoglądam na odchodne na mojego małego synka, śpiącego w naszym łóżku. Ma takie śliczne rumiane policzki i lekko otwarte usteczka. Nie całuję go, przecież powiedzieli, że to tylko na chwilę.

Wchodzę na izbę przyjęć... tutaj to się nazywa Triage. Znajduję tam dwie położne. Nie pytają się o moje imię tylko o to jak się czuję. Odnoszę wrażenie, że czekały tylko na mnie. Kładę się na leżance, podpinają pod KTG. Leżę tak ponad godzinę. Wody nadal chlustają. Leżanka i podłoga mokra. Mówią "No worries, darlin". Robią jeszcze test wód i pomagają się ubrać. I każą czekać bo muszą skonsultować mój przypadek z lekarzem bo jestem po cesarce.
Po kilkunastu minutach przychodzi położna i mówi, że muszę jednak zostać. Prowadzi mnie na oddział. W drodze obejmuje mnie ramieniem i mówi "zadzwoń do męża, niech nie panikuje, przyniesie Ci torbę, a jutro już zobaczycie swoje dziecko". Pokazuje jeszcze gdzie są toalety i łazienki na oddziale, załatwia mi śniadanie i dzbanek wody i żegna się z uśmiechem.

Zjadam  z apetytem śniadanie. Kładę się na łóżku, próbuję się odstresować, zebrać myśli. Zza ściany. która jest grubą kotarą, słychać kobietę, która się drze. Ma skurcze i wydziera się na męża i położną. Nie oddycha tylko płacze i krzyczy. To jeszcze bardziej mnie stresuje. Boję się. Przychodzi pani z menu na dzisiejszy dzień. Pyta, co chcę na obiad i kolację. Pomidorowa, cebulowa? Kanapka z kurczakiem, szynką czy tuńczykiem? Pieczony kurczak z warzywami, lasagne? Lody, galaretka, jogurt? Cziken, cziken powtarzam jak mantrę. Nie potrafię się skupić. Za dużo tego. Jest mi wszystko jedno. Boję się.

Po południu przychodzi lekarz. Siada obok mnie na łóżku, fejs tu fejs. Mówi, że czekamy na skurcze. Jeśli się nie pojawią do rana to albo wywołają poród albo zrobią cesarkę. Ale od razu zaznacza, że indukcja porodu po uprzednim cesarskim cięciu jest bardziej ryzykowna. Wszystko zależy ode mnie. Do rana mogę podjąć decyzję. Radzi mi jeszcze dużo spacerować coby wywołać skurcze drogą naturalną. Odchodząc dotyka mojego ramienia i mówi "take care". Jestem spokojniejsza.

Próbuję się zdrzemnąć, ale nie mogę. Za głośno. Dziewczyna za ścianą nadal krzyczy. Siostra przysyła mi zdjęcia Artura bawiącego się u niej w ogrodzie. Zaczynam tęsknić. Żałuję, że nie ucałowałam tej utulonej snem buźki. Nic mu nie powiedziałam. Nie zdążyłam. Ryczę.
Idę na spacer po korytarzu. W tą i z powrotem. W tą i z powrotem. I tak do późnego wieczora.

Parę minut po północy. Zaczynam czuć delikatny ból w podbrzuszu. Po dwudziestu minutach boleści są coraz bardziej upierdliwe, powtarzają się średnio co dziesięć minut. Mówię położnej, że chyba mam skurcze, ale nie jestem pewna. W sumie skąd mam wiedzieć?... nigdy ich nie miałam. Położna podpina mnie pod KTG. Czeka chwilę i po paru minutach, kiedy łapie mnie skurcz, a urządzenie drukuje wykresy, uśmiecha się i przytakuje. Skurcze w pozycji leżącej są nie do zniesienia. Chcę wstać, kucać, chodzić. Nie mogę, dziecko musi być monitorowane. Skurcze są co pięć minut. Położna sprawdza rozwarcie ciągle mnie przepraszając za ból, który mi sprawia. Tylko jeden palec. Proponuje mi znieczulenie, rzuca hasłami jak pani, która rano proponowała mi posiłki. Tabletki, zastrzyk, kroplówka? Coś, co szybko działa - rzucam między skurczami. Po podaniu zastrzyku niewiele pamiętam. Spałam budząc się tylko na skurcze. Nie wiem, czy jest to możliwe zasypiać na pięć minut i znów się budzić. Ale tak chyba było. Nie pamiętam. Pamiętam tylko, jak położna trzymała mnie za rękę. Mówiła jak oddychać. Pytała męża, czy wszystko z nim w porządku i czy przynieść mu rozkładany fotel. I pamiętam, że KTG przestało pokazywać puls dzidziusia. Mąż zerwał się z fotela. Przyszły dwie położne. Nie, to tylko fałszywy alarm. Zmieniają urządzenie. Jednak coś je martwi. Łażą w tą i z powrotem. Co się przebudzę to są i wpatrują się w wykresy.

Godzina piąta rano. Po raz drugi położna sprawdza rozwarcie. Jeden palec. Tylko. Jestem wykończona. Miałam nadzieję, że już zaraz urodzę. Nie dam rady tak dłużej. Nie wytrzymam. Położna kręci głową. Zakłada mi wenflon z kranikami. Mówię do męża, że chyba przygotowują mnie do cesarki bo w Polsce też miałam taki wypaśny wenflon. Przechodzę pod eskortą położnej i męża na inny oddział. Przychodzi lekarz. Patrzy na zapis KTG. Pyta, czy zgadzam się, żeby sprawdził rozwarcie. Mówię, że nie bo miałam już niedawno sprawdzane. Położna mówi, że muszę się zgodzić bo lekarz chce się upewnić. Zgadzam się. No jasne. Ale po co się pyta, czy się zgadzam, jak i tak muszę się zgodzić? Idź w cholerę z tą ich uprzejmością! Nie teraz. Nie w tych bólach.

Lekarz oznajmia, że trzeba zrobić cesarkę. Już nie pyta. Mówi, że moje dziecko nie jest szczęśliwe. Spada mu tętno, jest zmęczone. Położna łapie mnie za rękę i mówi, że byłam bardzo dzielna i zrobiłam już wszystko, żeby urodzić naturalnie. Jestem załamana. Znów cesarka. Dwoje dzieci w domu i ja, z rozciętym brzuchem, potrzebująca bardziej opieki niż one. Trudno.

Przewożą mnie na salę operacyjną. Cały czas w oddali słyszę bicie serduszka mojego synka. Do samego końca położna przytrzymuje słuchawkę na moim brzuchu. Przypominam sobie zakładanie cewnika w Polsce. O w mordę, ależ to był ból. Już na samą myśl włos mi się jeży. Ale nie ma żadnego bólu. Znieczulają mnie. Zakładają cewnik. Ustawiają zielona kotarę i zapraszają mojego męża na salę. Do twarzy mu w tym zielonym kitlu, byłby bardzo przystojnym lekarzem. Widzę łzy... muszę naprawdę niewyjściowo wyglądać, skoro mój mąż płacze. Po chwili słyszymy kwilenie dzidziusia. Mąż przecina pępowinę i dostaje w ramiona zawiniętego w ręcznik synka. Siada z nim obok mnie, ale nie mogę Go jeszcze zobaczyć bo leżę na płasko. Ma kręcone włosy i twój nos - mówi mąż. I się rozgląda. To co, będzie Aaron? Tak.

Wywożą mnie na łóżku do sali pooperacynej. Za nami podąża mój mąż z synkiem w ramionach. Nikt mu Go już nie zabrał. Jest z nami od początku. Położna przynosi wagę, mierzy i waży dzidziusia przy nas. Podnosi zagłówek łóżka. Kładzie synka na moją klatkę, skóra do skóry. Pomaga przystawić Go do piersi. Mąż jest obok nas. Podziwiamy maleńkie stopy. I rączki. I włoski. I nosek. Rozpływamy się. I ten obraz zapamiętam na zawsze.

Kolejne godziny pobytu w szpitalu spędzamy w ciszy i spokoju. Cieszymy się naszym drugim synkiem. Mąż kolejną noc zostaje ze mną. Wspiera mnie. Położne oczywiście też. Jeszcze tego samego dnia, wieczorem, idę pod prysznic. Nie czuję tak ogromnego bólu jak po pierwszej cesarce. Na drugi dzień o osiemnastej jestem w domu. Z moimi trzema chłopakami. Ja to mam szczęście!

20 komentarzy:

  1. Rodzić po ludzku- co mi przyszło tutaj na myśl. Ty masz porównanie. Ja nie mam, ja znam z opowieści.
    Szacunek do pacjenta, do rodzącej, do jej partnera, do bólu i dziecka.
    Nawet w szpitalu dbają by te chwile na ile możliwe były magiczne. Nikt nie wkracza z buciorami zabierając dziecko.
    Jest ok.
    Nie uważasz?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest bardzo ok.
      Pierwszego porodu nie chcę pamiętać. Długo po nim nie chciałam mieć drugiego dziecka.
      Po tym porodzie nawet przemknęła mi już myśl, że tak to ja mogę rodzić jeszcze nie raz :) Ale nie, to tylko taki przykład... więcej dzieci mieć nie będę.

      Usuń
  2. Miałam cesarkę i szczerze? Nie mogę uwierzyć, że gdzieś na świecie w ten sposób da się rodzić. Pięknie to opisałaś:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdybym tego nie przeżyła też bym nie uwierzyła :)

      Usuń
  3. Ja tez miło wspominam swoj poród i opieke w szpitalu. Nie zmienilabym nic choc bolało jak cholera i troche sie nameczylam ;-)

    Najwazniejsze, ze wszystko dobrze sie skonczylo i masz zdrowego synka :-) Buziaczki dla Aarona :-*

    Ps. Mialam w liceum nauczyciela od angielskiego (amerykanina) ktory sie nazywal Aaron Ramsey. Fajny facet z niego byl, wiec miło kojarzy mi sie to imie :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że imię dobrze Ci się kojarzy :) Słyszałam właśnie że to imię jest najbardziej popularne w Stanach, chociaż tutaj w UK też jest często spotykane.

      Usuń
  4. No poryczałam się!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A tak w ogóle, to jak tobie TAK wody odchodziły, to ja się nie dziwie, że mi nie uwierzyli...

      Usuń
    2. No bo właśnie moje wody się nie sączyły, one bo prostu chlustały. Aż byłam w szoku że tyle tego było ;)

      Usuń
  5. Kochana dzielna jesteś!!!
    Ściskam mocno wasza czwrkę!

    OdpowiedzUsuń
  6. Wow! Niesamowite! I jeszcze to, że Aaron był z Wami od początku, że mąż mógł być z Tobą przy cesarce i najbardziej niesamowite jest to, że tak szybko Was wypuścili!!

    www.swiat-wg-anuli.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No a wszyscy dziwili się że księżna Kate wyszła po naturalnym porodzie 9 godzin później :) Nic dziwnego skoro po cesarce można wyjść na drugi dzień ;)

      Usuń
  7. I jak widac rowniez przy cesarskim cieciu da sie miec piekne wspomnienia ;) Szacunek dla drugiego czlowieka i poszanowanie jego praw, to cos, co doceniam mieszkajac w tym kraju. A i tak najwazniejsze, ze oboje jestescie zdrowi i wyszliscie z tego przezycia bez niepotrzebnej traumy. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  8. cudnie:) ja miałam ciężki poród bez znieczulenia bo anestezjolog źle się wkuł. Generalnie podejście personelu fatalne.. strasznie sie boję drugiego porodu

    OdpowiedzUsuń
  9. Niesamowite jak w Anglii szybko wypuszczaja po cesarce! Ja rodzilam w Stanach i mieli mnie wypuscic po 3 dobach, ale Mlodszy dostal zoltaczki, musial byc naswietlany i w rezultacie zostalam 5. Ale poza tym moja cesarka wygladala bardzo podobnie. Tez meczylam sie dlugie godziny, u mnie rozwarcie postepowalo, ale zanikaly skurcze. W koncu okazalo sie, ze mam infekcje, dostalam goraczki, a synkowi podskoczylo tetno i lekarz zdecydowal o cesarce. To znaczy, w sumie zapytal czy sie zgadzam, ale powiedzial jasno, ze dla dobra dziecka on by ja jednak zalecal. Bardzo nie chcialam, ale co bylo robic? ;) Aha, u mnie tez zaczelo sie od odejscia wod. I chlustalo jak u Ciebie! Zanim zdolalam sie wybrac z domu, przemoczylam 3 wielkie, zlozone reczniki! :D
    Mimo, ze cesarka, to i tak milo wspominam porod (a wlasciwie porody, bo pierwszy - naturalny tez byl ok) i opieke. Ja nie mam porownania, bo oboje dzieci urodzilam juz tutaj, ale jak czasem czytam opisy porodow w Polsce, to wlos mi sie na glowie jezy. ;)

    OdpowiedzUsuń
  10. Ryczę... Gratuluję Ci bardzo, bardzo mocno!! Kurczę nie do pomyślenia zaczynając od opieki, podejścia a kończąc na posiłkach...

    OdpowiedzUsuń
  11. Gratuluję Wam jeszcze raz! I podziwiam tamtejszą służbę zdrowia za empatię, szacunek dla drugiego człowieka... Choć poród wspominam dobrze, to jednak u nas do takiego podejścia jest nadal daleko...

    OdpowiedzUsuń
  12. Pieknie ! Poryczalam sie. Mnie też pewnie czeka druga cesarka w listopadzie, ale o tym jeszcze nie myślę :)

    OdpowiedzUsuń