Pierwszy miesiąc za nami

W tym przypadku cieszę się, że czas tak szybko minął. Pierwsze dni, a nawet i tygodnie, po cesarskim cięciu z dwójką małych dzieci były ciężkie. Aaron chciał "wisieć" cały czas na cycu, co spowodowało, że na początku myślałam, że nie mam pokarmu. W nocy wstawałam do niego co godzinę bo ciągle domagał się cyca... a co za tym idzie, mojej bliskości, odgłosu bicia serca, zapachu, poczucia bezpieczeństwa. Artur upominał się o swój czas ze mną, którego zawsze miał pod dostatkiem, a mnie serce wręcz krwawiło, kiedy musiałam mu enty raz odmówić wspólnej zabawy. No i na dodatek ból po cesarce i ograniczenie czynności, których nie mogłam wykonywać potęgowało mój zły nastrój.

Zaraz po porodzie przyleciała do nas moja mama coby wesprzeć mnie w tych pierwszych, najcięższych dniach. Tydzień niestety szybko minął i zostałam właściwie sama. Musiałam spiąć pośladki, otrzeć łzy i jakoś się zorganizować. Przede wszystkim złamałam zasadę nie spania z dzidziusiem (panicznie boję się, że zrobię mu krzywdę podczas snu) no i wzięłam Aarona do naszego łóżka. Od tego momentu przesypia bardzo ładnie noce, wybudzając się tylko delikatnie na dwa-trzy karmienia (szczerze mówiąc, często rano nie wiem nawet, ile tych karmień było). No i ja też bardzo ładnie przesypiam noce, ofkors! I samopoczucie od razu mam lepsze. I cierpliwości więcej.

Musiałam też ogarnąć temat zaprowadzania i odbierania Artura z przedszkola. Czasem rano bywa ciężko zsynchronizować wszystko i wyjść o czasie, żeby się nie spóźnić. Na szczęście Aaron uwielbia być wożony w wózku, więc jak tylko wychodzimy, momentalnie zasypia. Pogoda też na razie nam sprzyja, więc oby do wakacji! (uprzedzając pytania - tutaj wakacje zaczynają się 16-20 lipca, wszystko zależy od szkoły)

Zdążyłam też poznać Aarona i wiem już, co go uspokaja, jak lubi być noszony i usypiany. Je średnio co 2 - 3 godziny. Czasem między tymi "głównymi" karmieniami domaga się piersi na chwilę, ot tak, dla zaspokojenia pragnienia czy bliskości. To też pozwala mi powoli wyrabiać nasz rytm dnia. Aaron jest zupełnie innym dzieckiem niż Artur. Śmiejemy się z mężem, że jest z serii limitowanej, taka wersja hard, czyli bardziej płaczliwy i wymagający.

Teraz już wiem, że Artur był bardzo grzecznym dzidziusiem. Aczkolwiek nie mogę powiedzieć, że pierwsze miesiące z Arturem były sielanką. Owszem Artur praktycznie nie płakał i bardzo dużo spał, ale też chciał cały czas jeść, skutkiem czego było notoryczne ulewanie. A jak ulewał to już wszystko dookoła było mokre. Karmiłam go swoim odciągniętym mlekiem, bo urodził się bez odruchu ssania i nauczony był pić tylko z butli, więc pamiętam tylko wyparzanie butelek i laktatora, odciąganie mleka i karmienie. I tak w kółko. Poza tym Artur był wcześniakiem i ciągle jeździliśmy po lekarzach i rehabilitacjach. Nie no, teraz dochodzę do wniosku, że jednak okres noworodkowy i wczesno-niemowlęcy jest przereklamowany. Malutkie stópki są słodkie, owszem, ale chcę już żeby etap kolki się skończył. A później będę wyczekiwać końca etapu ząbkowania. Taka dola matki.





Kim jest ślimak Sam?


 


Ślimak Sam tej nocy był bardzo przejęty i nie mógł zasnąć. Sen z powiek spędzała mu rozszalała za oknem burza oraz jutrzejsze, bardzo ważne wydarzenie - pierwszy dzień w szkole. Rano odmówił zjedzenia śniadania i bardzo przejęty przekroczył próg szkoły. Jak się okazało, wcale nie było się czego bać. Wszyscy koledzy i nauczyciele byli bardzo mili. W klasie wychowawczyni zaproponowała uczniom integrującą grę, która wymagała podzielenia grupy na dwie drużyny: dziewczynek i chłopców.


I tutaj pojawił się problem. Ślimak Sam nie potrafił określić swojej płci. Dzieci z klasy otoczyły go i podjęły próbę wytłumaczenia mu kiedy jest się chłopcem a kiedy dziewczynką. "Jeśli lubisz grać w piłkę, to jesteś chłopcem (...) A jak lubisz lalki, to dziewczynką. Proste."
Ślimak Sam czuł się bardzo niezręcznie w owej sytuacji i schował się w swojej skorupce.




Na pomoc przyszła szkolna pedagog, która zadała mu pracę domową wymagającą odwiedzenia i przeprowadzenia wywiadu ze zwierzętami żyjącymi w okolicy. Głównym tematem rozmowy miały być zniszczenia po burzy, ale w trakcie przebywania ślimaka Sama z innymi mieszkańcami okazało się, że nie tylko on jest niezwykły.


"Kim jest ślimak Sam?" to pięknie ilustrowana książeczka nie tylko dla najmłodszych, która porusza bardzo ważny temat o inności i tolerancji do tejże właśnie różnorodności. Książka przekazuje tą mądrość bardzo delikatnie i bez zbędnego narzucania się. Jest to po prostu sympatyczna historia o zwierzątkach i pokonywaniu trudności.
Bardzo podoba mi się to, że na końcu autorzy wyjaśniają zachowania zwierząt występujących w owej książeczce z biologicznego punktu widzenia. Dzięki temu wiemy, że nasz główny bohater jest hermafrodytyczny, czyli posiada organy rozrodcze samca i samicy. Muszę przyznać, że ta część bardzo mnie zaciekawiła i po raz kolejny poszerzyłam swoją wiedzę.



Oprócz pięknego przesłania, książka posiada także piękne wydanie i szatę graficzną. Artur i ja pokochaliśmy ilustracje Katarzyny Boguckiej. Warto sięgać po takie książki.


"Kim jest ślimak Sam?" 
Maria Pawłowska, Jakub Szamałek, 
Wydawnictwo Krytyka Polityczna

Książkę można kupić TUTAJ 


Dziękuję wydawnictwu Krytyka Polityczna za możliwość zapoznania się z tymi pięknymi książeczkami.


Poród w Anglii

Jest środa, bardzo wczesny ranek, parę minut po czwartej. Przez sen czuję jak odchodzą mi wody. Od razu wyskakuję z łóżka i budzę męża. Jestem przerażona. Nie czuję żadnych skurczy. Przecież to nie tak miało być. Miałam najpierw mieć skurcze, liczyć minuty między jednym a drugim, dopakować torbę i iść do Birth Centre z "rozbujaną" już akcja porodową. A tu wody tylko chlustają. Nie tak miało być. Trzęsę się cała ze strachu. Zapominałam na który numer mam dzwonić... położna, szpital, Birth Centre? Czy ja w ogóle się dogadam? Mąż kładzie rękę na moim ramieniu, dodaje otuchy. Dzwonię. Zrozumiałam, dogadałam się. Mam przyjść na chwilę, sprawdzą stan wód i ewentualnie zdecydują co dalej. Pakuję butelkę mineralej do torebki i zeszyt przebiegu ciąży. Spoglądam na odchodne na mojego małego synka, śpiącego w naszym łóżku. Ma takie śliczne rumiane policzki i lekko otwarte usteczka. Nie całuję go, przecież powiedzieli, że to tylko na chwilę.

Wchodzę na izbę przyjęć... tutaj to się nazywa Triage. Znajduję tam dwie położne. Nie pytają się o moje imię tylko o to jak się czuję. Odnoszę wrażenie, że czekały tylko na mnie. Kładę się na leżance, podpinają pod KTG. Leżę tak ponad godzinę. Wody nadal chlustają. Leżanka i podłoga mokra. Mówią "No worries, darlin". Robią jeszcze test wód i pomagają się ubrać. I każą czekać bo muszą skonsultować mój przypadek z lekarzem bo jestem po cesarce.
Po kilkunastu minutach przychodzi położna i mówi, że muszę jednak zostać. Prowadzi mnie na oddział. W drodze obejmuje mnie ramieniem i mówi "zadzwoń do męża, niech nie panikuje, przyniesie Ci torbę, a jutro już zobaczycie swoje dziecko". Pokazuje jeszcze gdzie są toalety i łazienki na oddziale, załatwia mi śniadanie i dzbanek wody i żegna się z uśmiechem.

Zjadam  z apetytem śniadanie. Kładę się na łóżku, próbuję się odstresować, zebrać myśli. Zza ściany. która jest grubą kotarą, słychać kobietę, która się drze. Ma skurcze i wydziera się na męża i położną. Nie oddycha tylko płacze i krzyczy. To jeszcze bardziej mnie stresuje. Boję się. Przychodzi pani z menu na dzisiejszy dzień. Pyta, co chcę na obiad i kolację. Pomidorowa, cebulowa? Kanapka z kurczakiem, szynką czy tuńczykiem? Pieczony kurczak z warzywami, lasagne? Lody, galaretka, jogurt? Cziken, cziken powtarzam jak mantrę. Nie potrafię się skupić. Za dużo tego. Jest mi wszystko jedno. Boję się.

Po południu przychodzi lekarz. Siada obok mnie na łóżku, fejs tu fejs. Mówi, że czekamy na skurcze. Jeśli się nie pojawią do rana to albo wywołają poród albo zrobią cesarkę. Ale od razu zaznacza, że indukcja porodu po uprzednim cesarskim cięciu jest bardziej ryzykowna. Wszystko zależy ode mnie. Do rana mogę podjąć decyzję. Radzi mi jeszcze dużo spacerować coby wywołać skurcze drogą naturalną. Odchodząc dotyka mojego ramienia i mówi "take care". Jestem spokojniejsza.

Próbuję się zdrzemnąć, ale nie mogę. Za głośno. Dziewczyna za ścianą nadal krzyczy. Siostra przysyła mi zdjęcia Artura bawiącego się u niej w ogrodzie. Zaczynam tęsknić. Żałuję, że nie ucałowałam tej utulonej snem buźki. Nic mu nie powiedziałam. Nie zdążyłam. Ryczę.
Idę na spacer po korytarzu. W tą i z powrotem. W tą i z powrotem. I tak do późnego wieczora.

Parę minut po północy. Zaczynam czuć delikatny ból w podbrzuszu. Po dwudziestu minutach boleści są coraz bardziej upierdliwe, powtarzają się średnio co dziesięć minut. Mówię położnej, że chyba mam skurcze, ale nie jestem pewna. W sumie skąd mam wiedzieć?... nigdy ich nie miałam. Położna podpina mnie pod KTG. Czeka chwilę i po paru minutach, kiedy łapie mnie skurcz, a urządzenie drukuje wykresy, uśmiecha się i przytakuje. Skurcze w pozycji leżącej są nie do zniesienia. Chcę wstać, kucać, chodzić. Nie mogę, dziecko musi być monitorowane. Skurcze są co pięć minut. Położna sprawdza rozwarcie ciągle mnie przepraszając za ból, który mi sprawia. Tylko jeden palec. Proponuje mi znieczulenie, rzuca hasłami jak pani, która rano proponowała mi posiłki. Tabletki, zastrzyk, kroplówka? Coś, co szybko działa - rzucam między skurczami. Po podaniu zastrzyku niewiele pamiętam. Spałam budząc się tylko na skurcze. Nie wiem, czy jest to możliwe zasypiać na pięć minut i znów się budzić. Ale tak chyba było. Nie pamiętam. Pamiętam tylko, jak położna trzymała mnie za rękę. Mówiła jak oddychać. Pytała męża, czy wszystko z nim w porządku i czy przynieść mu rozkładany fotel. I pamiętam, że KTG przestało pokazywać puls dzidziusia. Mąż zerwał się z fotela. Przyszły dwie położne. Nie, to tylko fałszywy alarm. Zmieniają urządzenie. Jednak coś je martwi. Łażą w tą i z powrotem. Co się przebudzę to są i wpatrują się w wykresy.

Godzina piąta rano. Po raz drugi położna sprawdza rozwarcie. Jeden palec. Tylko. Jestem wykończona. Miałam nadzieję, że już zaraz urodzę. Nie dam rady tak dłużej. Nie wytrzymam. Położna kręci głową. Zakłada mi wenflon z kranikami. Mówię do męża, że chyba przygotowują mnie do cesarki bo w Polsce też miałam taki wypaśny wenflon. Przechodzę pod eskortą położnej i męża na inny oddział. Przychodzi lekarz. Patrzy na zapis KTG. Pyta, czy zgadzam się, żeby sprawdził rozwarcie. Mówię, że nie bo miałam już niedawno sprawdzane. Położna mówi, że muszę się zgodzić bo lekarz chce się upewnić. Zgadzam się. No jasne. Ale po co się pyta, czy się zgadzam, jak i tak muszę się zgodzić? Idź w cholerę z tą ich uprzejmością! Nie teraz. Nie w tych bólach.

Lekarz oznajmia, że trzeba zrobić cesarkę. Już nie pyta. Mówi, że moje dziecko nie jest szczęśliwe. Spada mu tętno, jest zmęczone. Położna łapie mnie za rękę i mówi, że byłam bardzo dzielna i zrobiłam już wszystko, żeby urodzić naturalnie. Jestem załamana. Znów cesarka. Dwoje dzieci w domu i ja, z rozciętym brzuchem, potrzebująca bardziej opieki niż one. Trudno.

Przewożą mnie na salę operacyjną. Cały czas w oddali słyszę bicie serduszka mojego synka. Do samego końca położna przytrzymuje słuchawkę na moim brzuchu. Przypominam sobie zakładanie cewnika w Polsce. O w mordę, ależ to był ból. Już na samą myśl włos mi się jeży. Ale nie ma żadnego bólu. Znieczulają mnie. Zakładają cewnik. Ustawiają zielona kotarę i zapraszają mojego męża na salę. Do twarzy mu w tym zielonym kitlu, byłby bardzo przystojnym lekarzem. Widzę łzy... muszę naprawdę niewyjściowo wyglądać, skoro mój mąż płacze. Po chwili słyszymy kwilenie dzidziusia. Mąż przecina pępowinę i dostaje w ramiona zawiniętego w ręcznik synka. Siada z nim obok mnie, ale nie mogę Go jeszcze zobaczyć bo leżę na płasko. Ma kręcone włosy i twój nos - mówi mąż. I się rozgląda. To co, będzie Aaron? Tak.

Wywożą mnie na łóżku do sali pooperacynej. Za nami podąża mój mąż z synkiem w ramionach. Nikt mu Go już nie zabrał. Jest z nami od początku. Położna przynosi wagę, mierzy i waży dzidziusia przy nas. Podnosi zagłówek łóżka. Kładzie synka na moją klatkę, skóra do skóry. Pomaga przystawić Go do piersi. Mąż jest obok nas. Podziwiamy maleńkie stopy. I rączki. I włoski. I nosek. Rozpływamy się. I ten obraz zapamiętam na zawsze.

Kolejne godziny pobytu w szpitalu spędzamy w ciszy i spokoju. Cieszymy się naszym drugim synkiem. Mąż kolejną noc zostaje ze mną. Wspiera mnie. Położne oczywiście też. Jeszcze tego samego dnia, wieczorem, idę pod prysznic. Nie czuję tak ogromnego bólu jak po pierwszej cesarce. Na drugi dzień o osiemnastej jestem w domu. Z moimi trzema chłopakami. Ja to mam szczęście!

Jest!

28 maja przyszedł na świat nasz drugi synek, Aaron Sebastian. Ważył całe 3368 g. i mierzył 51 cm.



Tak wiem, znów trochę wcześniej i niestety znów przez cesarskie cięcie, choć walczyłam dzielnie przez całą noc o poród naturalny. Ale jest! Cały i zdrowy!

Jak ogarnę moje nowe życie we czworo, z dziurą w brzuchu i karmieniem piersią w tle i zaprowadzaniem pierworodnego do przedszkola to dam znać.
Nie obiecuję, że będzie to wkrótce, choć bardzo chciałabym opisać póki wspomnienia  jeszcze żywe, mój piękny poród... nie wiedziałam, że to kiedykolwiek napiszę, ale cesarkę też można miło wspominać, jeśli przez cały czas jest przy Tobie mąż, dają Ci niemalże od razu dziecko w ramiona i wszyscy traktują Cię po królewsku. Mam piękne, wzruszające wspomnienia... chociaż ten jeden raz.