Dylematy matki i dziecka

Śniło mi się, że Go urodziłam. Był ogromny. Wszystkie ciuszki jakie kupiłam, nawet te na zaś w rozmiarze 3-6 miesięcy były za małe. To było takie realne... wciskałam na tłuściutką nóżkę spodenki i nijak nie chciały wejść... a Ten darł się niemiłosiernie. I chciałam Go pocieszyć jakoś, ale uzmysłowiłam sobie, że On nie ma jeszcze imienia i zaczęłam ryczeć razem z Nim.

Nagle znalazłam się na przystanku autobusowym z Arturem i wózkiem (nie wiem, czy było tam moje drugie dziecko). Artur pierwszy wsiadł do autobusu, a ja próbowałam zaraz za nim, z wózkiem. Niestety wózek się nie zmieścił, autobus zamknął drzwi i odjechał. Widziałam płaczącego Artura, odjeżdżającego w siną dal beze mnie.

A później śniło mi się, że nie mam mleka. Mama kazała mi jeść białą czekoladę na lepszą laktację. Jadłam i jadłam. Obudziłam się jak z najgorszego koszmaru, a w ustach czułam mdławy posmak białej czekolady.


A dziś rano Artur zasypuje mnie pytaniami:
- Czy ten mój braciszek będzie lubił policjantów czy strażaków? A może kosmonautów? No, co on będzie lubił? Będzie taki jak ja? Mogę mu kupić dźwig? Mogę go nauczyć, jak budować myjnie? - i ciorcha mnie zamyśloną za rękaw...

... ja tu myślę o takich błahych sprawach jak kolka, laktacja i ubranka, a mój syn kochany o takie poważne rzeczy się martwi... jaki będzie ten mały człowiek? co będzie lubił? i czego możemy go nauczyć?
Wstyd mi.


2 komentarze:

  1. Dylematy, pytania i brak odpowiedzi pokarze jedynie przyszłość :)

    OdpowiedzUsuń
  2. "Mogę mu kupić dźwig?" Kochany jest!

    OdpowiedzUsuń