Prezent na Dzień Mamy

Jednak powiedzenie, że "szewc bez butów chodzi" to prawda. Dużo osób z mojego kręgu posiada przepiśnik spod mojej ręki, ale niestety nie moja mama. Wie, że robię takie rzeczy. Kiedy jeszcze mieszkałam w Polsce przynosiła mi z pracy resztki koronek i wstążek. Bardzo podobał jej się pomysł listownika na lodówkę. Wiedziałam, że zrobię "wkrótce" dla mamy taki prezent, ale ciągle coś innego miałam do zrobienia.
I w końcu udało mi się wykonać zestaw dla mamy: przepiśnik i listownik.






Dylematy matki i dziecka

Śniło mi się, że Go urodziłam. Był ogromny. Wszystkie ciuszki jakie kupiłam, nawet te na zaś w rozmiarze 3-6 miesięcy były za małe. To było takie realne... wciskałam na tłuściutką nóżkę spodenki i nijak nie chciały wejść... a Ten darł się niemiłosiernie. I chciałam Go pocieszyć jakoś, ale uzmysłowiłam sobie, że On nie ma jeszcze imienia i zaczęłam ryczeć razem z Nim.

Nagle znalazłam się na przystanku autobusowym z Arturem i wózkiem (nie wiem, czy było tam moje drugie dziecko). Artur pierwszy wsiadł do autobusu, a ja próbowałam zaraz za nim, z wózkiem. Niestety wózek się nie zmieścił, autobus zamknął drzwi i odjechał. Widziałam płaczącego Artura, odjeżdżającego w siną dal beze mnie.

A później śniło mi się, że nie mam mleka. Mama kazała mi jeść białą czekoladę na lepszą laktację. Jadłam i jadłam. Obudziłam się jak z najgorszego koszmaru, a w ustach czułam mdławy posmak białej czekolady.


A dziś rano Artur zasypuje mnie pytaniami:
- Czy ten mój braciszek będzie lubił policjantów czy strażaków? A może kosmonautów? No, co on będzie lubił? Będzie taki jak ja? Mogę mu kupić dźwig? Mogę go nauczyć, jak budować myjnie? - i ciorcha mnie zamyśloną za rękaw...

... ja tu myślę o takich błahych sprawach jak kolka, laktacja i ubranka, a mój syn kochany o takie poważne rzeczy się martwi... jaki będzie ten mały człowiek? co będzie lubił? i czego możemy go nauczyć?
Wstyd mi.


36 tydzień ciąży i nadal nastawiona na VBAC

Jejjju jeszcze nigdy nie byłam tak długo w ciąży. Ba, nawet w 35 tygodniu nie byłam. Podczas wtorkowej wizyty w szpitalu lekarz bił sobie brawo, że udało się dotrwać do tego tygodnia bez nawet najmniejszych oznaków gestozy. Mało tego, dzidziuś jest już ułożony główką w dół (jeszcze trzy tygodnie temu głowę miał całkiem po przeciwnej stronie), a blizna po cesarce "zachowuje się" bardzo dobrze. Tak więc, na dzień dzisiejszy wszystko wskazuje na to, że urodzę naturalnie. A przynajmniej mogę chociaż spróbować. Wiadomo, że wszystko może się jeszcze zdarzyć, ale tfu tfu, nie zapeszajmy!



Poza tym mam już plan porodu, który ustaliłam z moim lekarzem i dostałam zielone światło na poród w Birth Centre. Niestety poród w wodzie definitywnie odpada z powodu wcześniejszej cesarki, ale za to na Birth Centre udało mi się go namówić.  Zależało mi bardzo, żeby tam właśnie rodzić. W miejscu, które nie przypomina szpitala, jest kameralnie, przytulnie i cicho. Prawie jak w domu. A w razie gdyby coś (oczywiście tfu, tfu) to zawsze obok jest szpital, lekarze w kitlach, cały nieprzyjemny sprzęt i wyścig z czasem.

Wczoraj spakowałam torbę dla mnie i dzidziusia. Zajęło mi to niecałe 30 minut. Kolejne 5 minut pakowałam rzeczy Artura, które będą mu potrzebne podczas pobytu u mojej siostry. Właśnie tam planuję Go "odstawić" kiedy TO wszystko się zacznie.

 *W pudełeczku po Sudocremie jest rossmannowski krem na odparzenia. Artura wychowałam na mące ziemniaczanej i na tymże właśnie kremie, dlatego przyjechał do mnie aż z Polski. A Sudocremu owszem, też będę używać, ale doraźnie.



No to ten tego... jestem gotowa. Psychicznie chyba też... chociaż są dni, a nawet i noce, kiedy strach zaciska mi gardło. Nie, nie boję się bólu. Przecież tyle ludzi chodzi po tym świecie i każdego urodziła kobieta... dam radę. Mogę cierpieć... oby tylko nagrodą było zdrowe dziecko.