Wielkanocne jaja

Okres przedświąteczny w tym roku jest szczególnie dla mnie zabiegany. Zapisałam Artura do nowego przedszkola, a co za tym idzie, od poniedziałku do środy "odbębniamy" spotkania integracyjne (pominę fakt, że w piątek byliśmy tam dwa razy). Poza tym dochodzą jeszcze "delikatne" porządki, przedświąteczne zakupy (oczywiście wszystko robię w tempie turlającej się kulki) i wizyty w kościele. A jutro przyjeżdża też mój tata, który zdecydował się nas odwiedzić w ostatniej chwili - taka świąteczna niespodzianka. Jakby nie było większość obowiązków odeszło na plan dalszy, bo w końcu spędzenie czasu z rodzicem, którego widzi się raz na ruski rok jest najważniejsze.

Dlatego właśnie w tym roku nie ma żadnych ręcznie robionych kartek wielkanocnych, dekorowanych lukrem ciasteczek ani oryginalnie zapakowanych słodyczy, które daję dzieciom na tak zwanego "zająca".

W celu wprowadzenia Artura w klimat Świąt Wielkanocnych, chociaż w minimalnym stopniu, postanowiłam udekorować z nim jaja. Zajęcie, które nie zabiera dużo czasu ani przygotowań.

Potrzebujemy:
- styropianowe jaja
- patyczki do szaszłyków
- wstążki, kolorowe sznureczki
- kasza lub ryż (u nas kasza gryczana i kuskus)
- brokat do paznokci, guziczki lub inne małe ozdoby (niekoniecznie)
- klej magic lub wikol i pędzelek do rozsmarowania kleju na jajach.

Nie będę opisywać krok po kroku, jak zrobić takie jaja. Wszystko widać na zdjęciach poniżej. Jeśli macie więcej czasu niż my, możecie na drugi dzień, kiedy już klej dobrze wyschnie, pomalować jaja obklejone kaszą lub ryżem.











To jest już koniec...

Zaczynając we wrześniu moją karierę studenta w colleg'u nie sądziłam, że ten czas tak szybko minie. Chodzenie tam, uczenie się i zasłuchiwanie się w angielskim było dla mnie przyjemnością. Od września do marca udało mi się skończyć dwa kursy, Entry 3 ChildCare i Level 1 Reading. No jasne, nie każdemu się to udaje, ale ja z natury jestem kujonem... na dodatek, jak nigdy zależy mi na szybkim przyswojeniu wiedzy (czyt. języka angielskiego). Absolutnie nigdy nie zależało mi na rezultatach nauki tak bardzo jak teraz.

Niestety nadeszła chwila, żeby pożegnać przyswajanie angielskiego w budynkach colleg'u.  Kolejny kurs zaczyna się 14 kwietnia i trwa dwanaście tygodni. Nie mam tyle czasu. Kiedy moi koledzy będą się przygotowywać do egzaminów i je zdawać, ja będę parła, rodziła, karmiła i zmieniała pieluchy. Poza tym, potrzebuję trochę czasu przed porodem na przygotowanie kącika dla dzidziusia, kupno ubranek i innych bibelotów. No i nie będę się oszukiwać, a co tam, ponarzekam trochę, zajebiście boli mnie kręgosłup. Po czterech- sześciu godzinach siedzenia tam na twardym krześle, wracam do domu i myślę tylko o położeniu się na łóżku. Niestety taki komfort mogłam mieć tylko podczas pierwszej ciąży. Teraz jest Artur, który potrzebuje mojej opieki. A ja jestem już w 29 tygodniu ciąży z całkiem pokaźną piłką z przodu. Dlatego na razie pasuję, z żalem, ale pasuję. 

Cieszę się z kolejnego, życiowego doświadczenia. Wiem już jak taka nauka w colleg'u wygląda od środka. Poznałam dużo fajnych ludzi, ich kulturę i obyczaje.
Moja grupa bardzo miło mnie pożegnała. Tyle ciepłych słów i piękny prezent dla dzidziusia. Aż łezka się w oku kręci. Fajnie było!





Hurtowa wręcz ilość kartek dla Pań z przedszkola... ale nic na to nie poradzę, że mają tam tak obficie obstawioną personelem 20-osobową grupę przedszkolaków. Tak, Artur też żegna się z obecnym przedszkolem - jutro wyruszamy na poszukiwania miejsca w innym.


Migawki

Ostatni tydzień przechorowaliśmy. Dorwała nas jelitówka, którą prawdopodobnie Artur przyniósł z przedszkola. Już wiem, że jest coś gorszego od wymiotów, które męczyły mnie w pierwszych czterech miesiącach ciąży. Wymioty spowodowane grypą żołądkową, podczas ciąży, to jest dopiero hardcore. Myślałam, że wyrzygam całą macicę z dzieckiem. Na szczęście wiem już, jak postępować podczas tej masakry i nie trwała ona długo. Ale powaliła nas wszystkich, bez dwóch zdań.

Od czwartku powoli wracamy do życia. Do wiosny, do świeżych kwiatów w wazonie i dobrego jedzonka. Poniżej kilka migawek nie tylko z zeszłego tygodnia.




Pierwsze "małe" klocki... ale Artur i tak częściej sięga po Duplo


 
Śniadanie dla dwojga, czyli dla kobiety ciężarnej





Szał malowania




Dzisiejsza tarta orzechowa z tego przepisu



Taki sobie notes

Obiecałam już sobie, że usiądę w końcu i zrobię album dla dzidziusia. A w pierwszej kolejności powinnam jeszcze zrobić kartkę dla mojej chrześnicy z okazji Pierwszej Komunii Świętej. Ale nie... ja mam potrzebę wykonania notesu. Śnią mi się po nocach te marynarskie kolory, pomysł okładki, papiery jakie posiadam w tym temacie. W końcu siadam i robię. I nie ważne są rzeczy ważniejsze. Ot!








Produkty, które każda kobieta powinna mieć

Oj można by tutaj wklejać dziesiątki zdjęć bo kategorii produktów, które każda kobieta powinna mieć jest mnóstwo - kosmetyki, biżuteria, przybory kuchenne, meble, ubrania, malowidła, buty... i te pe,  i te de. Ja poszłam na łatwiznę i zrobiłam zestawienie kosmetyków. Na pierwszym zdjęciu moje podstawowe minimum, które eksploatuje codziennie. Na drugiej fotce wersja rozszerzona w tusz, fluid i płyn do demakijażu.




Dziękuję Uli za zorganizowania wyzwania i wszystkim odwiedzającym za komentarze.

http://www.senmai.pl/2015/03/wyzwanie-blogowe-marzec-5-dni-do-lepszego-bloga/

Wyprawka dla noworodka - moja obsesja

Ostatnio coraz częściej myślę o kompletowaniu wyprawki. Jestem w 26 tygodniu ciąży i chciałabym za jakieś 4-6 tygodni powiedzieć, że mam już wszystko, czego nam potrzeba do opieki nad noworodkiem. Dlatego każde moje wyjście gdzieś do sklepu skupia się na oglądaniu miniaturowych ciuszków i innych gadżetów. Często też, zamiast uczyć się na przykład nowych słówek czy odrabiać lekcje, przeglądam sobie produkty na Ebay lub Amazon. No nic na to nie poradzę... to jest silniejsze ode mnie ;)



Nieskromnie muszę stwierdzić, że mam już doświadczenie w kompletowaniu wyprawki i wiem co kupować, a czego kupić mniej lub w ogóle. Na przykład takie rożki. Przy Arturze miałam dwa - tak doradzała mi koleżanka. Ja używałam tylko jednego i przy takiej ilości pozostanę przy drugim dziecku.

Poza tym, jeśli chodzi o ciuszki to nie kupię już żadnych kaftanów i śpiochów. Tylko body (przez pierwsze 2-3 miesiace najlepiej tylko kopertowe) i pajace rozpinane po całości lub półśpiochy czy spodenki z miękkim pasem. Nie patrzę nawet na pajace, które mają zapięcie na boku, wzdłuż jednej tylko nóżki. Nie wiem jak piękne miałyby być - nie kupię i już.

Nie kupię też całego arsenału kosmetyków, jak przy pierwszym dziecku. Szampon? Może po pół roku. Emolienty? Tylko wtedy, kiedy okaże się, że dziecko ma problemy ze skórą.

Jeśli chodzi o ubranka to przy Arturze zaopatrzona byłam w większości w rozmiar 62. Z rozmiaru 56 miałam tylko kilka sztuk ubranek, bo wszyscy mi mówili, że dziecko szybko urośnie. No tak, tylko że mój okruszek miał zaledwie 46 cm długości i nie miałam Go w co ubrać. Przez pierwsze dni, podczas gdy Artur "chodził" w ubrankach szpitalnych, cała rodzina szukała po sklepach ubranek dla wcześniaków. Po wyjściu ze szpitala dokupiłam jeszcze sporo ubranek w rozmiarze 56, które Artur nosił do 3 miesiąca życia. Dlatego tym razem mam zamiar kupić tyle samo ubranek na 56 co na 62. Oczywiście nauczona doświadczeniem nie kupię tego dużo - po 5-6 sztuk body i pajaców. Poza tym jakieś spodenki, sweterek i jeden cieplejszy pajac na spacery. Ale ubrankami i tak najmniej się przejmuję. Zawsze można wysłać męża do Tesco - mają tam świetne pajace.

A czego sobie nie odpuszczę z gadżetów? Monitora oddechu i poduszki rogala (którą chciałabym mieć na już, bo jest mi coraz mniej wygodnie podczas snu). Mam nadzieję, że tym razem będzie inaczej i monitor oddechu nie będzie "pikał" nam kilka razy przez pierwsze miesiące życia naszego dziecka, ale nie wyobrażam już sobie wyprawki bez tej rzeczy. A poduszka rogal? Rewelacja i podczas ciąży i podczas karmienia i podczas późniejszych zabaw prawie siedzącego dziecka.

 Do jutra zatem... idę pooglądać sobie strony z akcesoriami dla dzieci :)

Wpis powstał w ramach wyzwania u Uli







3 sposoby na...

... poprawę samopoczucia:
  • pomyśl sobie, że inni mają gorzej. Wiem, że to okrutne, ale nic na to nie poradzę. Ten sposób działa od zawsze. Niedawno moja nauczycielka puściła nam filmik. Na jednej z jego klatek można  było przeczytać, że "jeżeli masz jedzenie w lodówce, ubranie na sobie, dach nad głową i łóżko do spania to jesteś bogatszy niż 75% ludzi na świecie". Jednym słowem - doceń to, co masz i carpe diem!
  • obejrzyj sobie film "Czas na miłość". Nie, to nie jest typowa komedia, na której będziesz się śmiał do rozpuku. Nie jest to też film fantastyczny, choć pojawia się w nim element zakrzywiania czasoprzestrzeni. Nie jest to też ckliwy dramat, choć możesz rzewnie zapłakać. Jest to film, w którym spotkasz dobrych aktorów, usłyszysz piękną muzykę, zobaczysz poruszające ujęcia i na koniec dostaniesz receptę na to, jak przeżyć swoje życie. A wszystko to spowoduje, że poczujesz się lepiej. 



  • Przytul kogoś: dziecko, partnera, mamę, przyjaciółkę lub psa. To mój niezawodny sposób na poprawę humoru. Enjoy!


Wyzwanie u Uli

http://www.senmai.pl/2015/03/wyzwanie-blogowe-marzec-5-dni-do-lepszego-bloga/


Domowej roboty peeling kawowy

Miało być ekspresowe ciasto z jabłkami, które miałam zamiar upiec dla moich gości, ale niestety ich katary i kaszle pozmieniały nasze plany, więc jabłecznik będzie w weekend. Długo myślałam, co by tu pokazać innego, domowej roboty. Piłam kawę i olśniło mnie. Peeling kawowy. Banalne, no przecież!

Robię tą miksturę 2-3 razy w tygodniu. Zużywam fusy po kawie, którą wypijamy rano z mężem. Oczywiście pierwsze 4 miesiące ciąży się nie liczą - zapach kawy powodował mdłości. Teraz ten napój powrócił do łask. Peeling można zrobić też z niezaparzonej kawy. Należy zalać 3-4 łyżeczki wrzątkiem, tylko tyle, żeby zakrył fusy.

Do kawy dodaję zazwyczaj oliwkę dla dzieci. Można dodać łyżeczkę soli lub brązowego cukru. Zamiast oliwki można dodać żel pod prysznic lub olej kokosowy. Niektórzy dodają też cynamon lub imbir. Generalnie wszystkie ruchy dozwolone.

Taki peeling, moim skromnym zdaniem, świetnie działa na cellulit. Na pewno ma też mnóstwo innych zalet. A! no i ma też jedną wadę... nakładanie peelingu to bardzo brudna robota. Ja już się przyzwyczaiłam bo warto.




Wpis powstał w ramach wyzwania u Uli

http://www.senmai.pl/2015/03/wyzwanie-blogowe-marzec-5-dni-do-lepszego-bloga/

Moje plany na wiosnę


Czuję już wiosnę całą sobą. Uwielbiam tą porę roku, kiedy wszyscy i wszystko budzi się do życia. Dni są coraz dłuższe, a słońce tak pięknie świeci, że aż chce się działać.

Odkąd tylko słońce zaczęło mi świecić do okna przez większość dnia, zaczęłam tworzyć listy. Lista wiosennych porządków, lista wyprawki dla dzidziusia, lista rzeczy do zrobienia przed porodem... aż chce mi się zaśpiewać "mam tę moc!".

Postanowiłam też odkurzyć trochę mojego bloga i pojawiać się tutaj częściej. Dlatego na rozgrzewkę biorę udział w wyzwaniu u Uli. 
Rozpoczynamy tematem: Moje plany na wiosnę


Zazwyczaj moim wiosennym planem numer jeden była dieta odchudzająca i bieganie. Ale w moim obecnym stanie obydwie te rzeczy są niemożliwe. Dlatego tym razem moja lista "to do" jest następująca:

  •  świeże kwiaty w wazonie - tulipany i żonkile - uwielbiam!
  • wiosenne porządki - przede wszystkim wymiana garderoby z zimowej na wiosenną;
  • wyprawka dla dzidziusia i przygotowanie kącika;
  • weekend we troje - marzy mi się krótki wypad we troje. Nie chcę żeby to był głośny krzyk pożegnania się z naszym aktualnym modelem rodziny 2+1, ale jednak mam tą świadomość, że już niedługo będzie nas czworo i przez pierwsze miesiące będzie nam ciężko, a już na pewno mojemu trzyletniemu jedynakowi. Dlatego chcę gdzieś wyjechać, nabrać dystansu i sił;
  • album dla dzidziusia - wiem, że jak się urodzi, to nie będę miała już na to czasu, a przynajmniej nie na początku. Dlatego mam zamiar już wkrótce zarwać kilka nocy i zrobić scrapkowy album na pierwszy rok mojego drugiego dzieciątka. Artur ma już takie trzy - z każdego roku. Chcę, żeby było sprawiedliwie - druga pociecha też będzie miała takie pamiątki.  
  • i tutaj właściwie kończy się moja lista. Jednak po krótkim zastanowieniu pomyślałam, że warto też pomyśleć o sobie  i dopisać jedną, ważną rzecz - ćwiczenia dla kobiet w ciąży. Tak, od jutra postanawiam trochę się rozruszać przy filmikach z ćwiczeniami dla ciężarnych.

Wpis powstał, jak już wspomniałam, w ramach wyzwania u Uli

http://www.senmai.pl/2015/03/wyzwanie-blogowe-marzec-5-dni-do-lepszego-bloga/


Gadu-gadu

Artur nie możesz jeść przy biurku bo jesteś za mały, wszystko spada ci na podłogę
- Mamo ja jus jestem duzi, mam takie długie nogi - i prezentuje je niczym striptizerka


Rozmawiam z mężem o jego ewentualnie nowej pracy i pytam:
- Będziesz kierowcą?
Na to Artur poddenerwowany:
- Nie mozes być kierowcą, jesteś moim tatą.


Artur ociągając się sprząta swoje zabawki w pokoju i mruczy ze złością pod nosem:
- Jak będzie dzidziuś to tes będzie spsątał.


Artur bardzo pragnie kupić zabawkę dzidziusiowi. Mówię:
- Dobrze synku, jak pójdziemy do sklepu to wybierzesz coś dla braciszka... lub siostrzyczki (dodałam po krótkim namyśle, bo przecież ten braciszek to jeszcze niepotwierdzony)
Artur rozentuzjazmowany rzecze:
- Tak mamusiu, mas dobly pomysł, chcę mieć i blaciska i sioscyke.


Artur podczas wieczornej rozmowy z tatą stwierdza:
- Ty jesteś staly, ja jestem młody a mama jest Ewlina.


Artur wtula się we mnie mocno, obejmuje mój brzuch małymi łapkami i mówi:
- Ja kocham tą piłkę.


Podczas porannej toalety mówię do synka:
- Pamiętaj, że za kilka dni idziemy do dentystki, usiądziesz dzielnie na fotelu i otworzysz szeroko buzię.
W odpowiedzi usłyszałam tylko:
- Tak jest mój panie.
(nie pytajcie mnie, co robię temu dziecku).


 Na koniec uraczę Was Arturowymi rysunkami, które zaczynam kolekcjonować: