Uwaga! Zdradzam płeć mojego dziecka.

Wiadomo, że najważniejsze dla rodziców nienarodzonego dziecka jest stan jego zdrowia i to, czy prawidłowo się rozwija. Ale nie będę ukrywać, że zaraz po tych dwóch jakże ważnych sprawach byłam bardzo ciekawa czy Artur będzie miał tego upragnionego brata? I mimo że było mi wszystko jedno, czy to będzie chłopiec czy dziewczynka, chciałam już wiedzieć w jakim kolorze kupować ubranka i ewentualnie inne potrzebne pierdółki. Więc kiedy pani doktor zapytała, czy chcemy znać płeć, ekscytacja sięgnęła zenitu... no jasne, że chcieliśmy. Po czym pani doktor pojeździła kamerką po brzuchu, popukała, potrzymała nas jeszcze chwilę w niepewności i ... powiedziała niepewnie, że to chyba chłopiec.

Tak więc płeć mojego dziecka nie została zidentyfikowana w 100%. Będzie chyba chłopiec, albo chyba dziewczynka.

Intuicja podpowiada mi, już od całkiem dawna, że będę miała drugiego syna. Dowodem moich przeczuć jest śpiworek w ciuchcie, który kupiłam już baardzo dawno temu - mąż mi świadkiem, że tak było. Śpiworek był na mega przecenie i nie mogłam go nie kupić. I pieluszki też drapnęłam z działu chłopięcego. Sa sa sa sa sa!


Zaraz po USG pojechałam na zakupy, niedzidziusiowe, bynajmniej! Ale musiałam zahaczyć o dział dziecięcy i chociaż zorientować się, co też oni tam oferują? No i kupiłam pajacyk w liski. Nie mogłam przejść obojętnie. Oczywiście zerknęłam też na komplety dziewczęce, ale żaden różowy pajacyk w muffinki czy kwiatuszki nie wzruszył mnie tak, jak ten w liski i jeżyki.


Kilka dni później weszłam tylko przy okazji do second hand'u i wyczaiłam również chłopięce ciuszki. A jeśli okaże się, że intuicja mnie zmyliła i urodzi się dziewczyna to nie ma przebacz, też będzie chodziła w kurtce w koparki. O!


Kartka dla Babci

Niedługo przyjeżdża do nas moja mama. Dlatego postanowiłam dla niej zrobić z Arturem laurkę. Jest też oczywiście drugi powód - Dzień Babci.


Do wykonania laurki wykorzystałam:
  • kolorowy karton, złożony na pół
  • papilotki od muffinek
  • nożyczki
  • farby w sztyfcie (można użyć mazaków lub zwykłych farb)
  • zdjęcie dziecka 
Z papilotek robimy kwiatuszek. Można użyć nawet trzech lub czterech kolorów papilotek, żeby kwiatuszek był  bardziej okazalszy. Klejem smarujemy tylko środek papilotek, coby uzyskać efekt 3D. W środku kwiatka naklejamy zdjęcie dziecka (klejeniem zajmował się Artur). Dorysowujemy łodygę i ewentualnie piszemy dedykację. A w środku oczywiście życzenia.




Chłopiec czy dziewczynka?

Mówię do męża, że chyba to jednak będzie dziewczynka bo tak długo nie męczyły mnie mdłości kiedy byłam w ciąży z synem.
Podczas tej rozmowy Artur nadstawia uszy, słucha, po czym wstaje i z pretensjami pyta:
- Cinka? Jaka cinka? Ja ciał blata!

Podczas naszej zabawy Artur mówi:
- Będę z blatem glał w piłkę.
Ja delikatnie jak tylko potrafię mówię, że być może będzie to dziewczynka, siostrzyczka.
Na to Artur z lekkim zmarszczeniem brwi rzecze:
- Nie sądzę.

Tak więc moi drodzy presję czuję jak nigdy. I chociaż na początku było mi wszystko jedno czy to będzie chłopiec czy dziewczynka, to z dnia na dzień coraz bardziej zgadzam się z Arturem. Drugi synek to jednak dobre rozwiązanie. Codziennie znajduję coraz więcej "przeciw" dla posiadania córki.

Dziewczynka wydaje mi się bardziej skomplikowana. Chłopcu kupuje się tylko spodnie, koszulkę, bluzkę, sweterek, koszulę od święta i krótkie spodenki latem. Żadne tam spódniczki, sukienki, tuniczki, leginsy, botki, japonki, kardigany czy bolerka. I wszystko prawie w różowym kolorze. Oczywiście moje doświadczenie opieram tylko na wizycie w sklepie, gdzie 3/4 działu dziecięcego to różowawo-czerwony odcień dziewczęcej odzieży, a 1/4 to ubranka dla chłopca. I mimo, że to tylko 1/4 to i tak potrafię tam spędzić sporo czasu. A co to dopiero będzie, jak przyjdzie mi ubrać córkę?

Poza tym, higiena dziewczynki też jest bardziej skomplikowana. Te długie włoski, tysiące spineczek, wsuwek, gumeczek i szczotek.  Do tego odpowiedni szampon i odżywka dla łatwego rozczesywania. No i wstawanie 10 minut wcześniej każdego dnia przed szkołą czy przedszkolem, coby ujarzmić włosy w jakąś fryzurkę. No i na pewno przyniesie wszy. W długich włoskach takie zwierzątka lubią pomieszkiwać. I jak tu teraz wyplenić tą zarazę? Siedzieć wieczory całe i iskać?

A kto później będzie mi podbierał kosmetyki i drogie perfumy od mojego męża? I te lakiery, tusze i puder? Nagle wszystko zacznie mi się kończyć w trybie natychmiastowym. No przecież, że to nie będzie sprawka syna.
Nie wspomnę już o higienie intymnej dziewczynki. Słyszeliście o synechii? Nie? To poczytajcie. Już wolę wnętrostwo u mojego synka. Siusiak jest zdecydowanie mniej skomplikowany.

I gdzie ja teraz pomieszczę jeszcze dziewczęce zabawki, skoro na wszystkich metrach kwadratowych naszego mieszkania królują auta, śmieciarki i ciuchcie? Ach jeden domek dla lalek jest! No to może jednak ta dziewczynka?
No ale za 15 lat stanie przede mną taka panna w pasku na biodrach, który niby będzie spódniczką i powie, że idzie do koleżanki, chociaż ja już dziś wiem, że ta koleżanka będzie miała na imię Piotr lub jakoś tak inaczej, Szymon dajmy na to. I puścić, nie puścić? Strach pomyśleć. Konflikt z córką murowany.
Kiedyś słyszałam, że jak się ma syna to pilnuje się jednego ptaszka, a jak ma się córkę, to trzeba pilnować całe stado ptaszków. No coś w tym jest, niewątpliwie.


I tak sobie myślę i wynajduję, czasem i absurdalne powody dla których nie chcę mieć dziewczynki.  Ale i tak wiem, że mimo wszystko, będę ją kochać nad życie.

Widelcowe kwiatki dla Babci i Dziadka

Do stworzenia widelcowych kwiatków potrzebujemy:
  • widelec (ja użyłam dziecięcych)
  • biały karton (lub jasne odcienie kolorowego)
  • farby
  • paleta na farby (u mnie talerzyk)
Nie będę się długo rozpisywać jak wykonać takie kwiatki. Wylewamy farbę na płaski pojemnik, maczamy w nim widelec i odbijamy na kartonie. Bardzo prosta i przyjemna zabawa dla dziecka.
Następnie  dorysowujemy łodygi, ewentualnie listki i kwiatuszki gotowe. Nie tylko na Dzień Babci i Dziadka.










Ciąża w Anglii

Za trzy tygodnie minie połowa mojej ciąży, a ja oprócz tego, że pochwaliłam się dwiema kreskami na teście, nie napisałam nic. I bynajmniej to milczenie nie było zamierzone. Tak po prostu wyszło. Początki były fatalne, musiałam ogarnąć szkołę, przedszkole i w między czasie powisieć nad klozetem. Prrr... Wróć! Wisiałam nad klozetem, a gdzieś tam w między czasie ogarniałam dom, dziecko i moją szkołę. A później były święta. I przyszedł czas, żeby co nieco nadrobić.

Kiedy byłam w 7 tygodniu ciąży poszłam do przychodni zapisać się na wizytę do lekarza ogólnego. Tak, bo tutaj w UK przygodę z prowadzeniem ciąży zaczyna się od wizyty u lekarza tak zwanego rodzinnego. Pani w okienku powiedziała mi, że umówi mnie na wizytę za jakieś dwa tygodnie, bo teraz jest jeszcze za wcześnie. Nie zdziwiło mnie już to, bo słyszałam, że tak naprawdę tutaj ciążę traktuje się poważnie dopiero od 12 tygodnia.

Wizyta u lekarza ogólnego rozpoczęła się czterema pytaniami; czy chcę mieć to dziecko, czy jestem szczęśliwa, czy mój partner chce mieć to dziecko i czy je planowaliśmy? Przy drugim pytaniu wymiękłam i zaczęłam zastanawiać się, czy koleś nie robi sobie ze mnie jaj. Moja mina chyba była jednoznaczna bo przeprosił mnie i powiedział, że musi zadać mi te pytania.
Później było już z górki, waga, ciśnienie krwi, krótka charakterystyka pierwszego porodu (gdzie, kiedy, jak?), wybór szpitala, w którym chcę rodzić i na koniec pan doktor za pomocą kalkulatora internetowego powiedział mi datę porodu mojego dziecka.
Po tym jakże bogatym w nowe informacje spotkaniu kazał czekać na telefon ze szpitala, który sobie wybrałam.

Już na drugi dzień zadzwoniła do mnie pani i zaprosiła mnie na wizytę w następnym tygodniu, czyli wtedy w 10 t.c. Poprosiłam też o tłumacza, bo wiedziałam już od koleżanek, że ta wizyta będzie dotyczyła bardzo szczegółowej historii moich chorób, mojej rodziny i oczywiście pierwszego porodu. A że jak wiecie jestem na poziomie Entry 3 i potrafię tylko dogadać się u lekarza ogólnego i pogadać z sąsiadką o dupie Maryni, potrzebowałam wsparcia, które bez problemu dostałam. W szpitalu okazało się, że jest to młody mężczyzna niewiele starszy ode mnie, na dodatek świeżo upieczony tata, który jest przypisany jako tłumacz do moich wszystkich wizyt w szpitalu.
Na tej wizycie rzeczywiście przepytali mnie ze wszystkich chorób począwszy od moich dziadków na dzieciach kończąc. No i sprawa pierwszej ciąży. Zatrucie ciążowe, cesarka, miednicowe położenie dziecka... położna łapała się za głowę. Umówiła mi trzy kolejne wizyty w odstępach czasowych jednego miesiąca i na cztery USG podczas całego trwania ciąży. Na koniec zapytała się grzecznie czy pielęgniarka może mi zmierzyć ciśnienie i pobrać krew na badania. Nie przywykłam do takich uprzejmości. W Polsce nikt się mnie nie pytał o takie rzeczy. Mus to mus.

Kolejna wizyta w szpitalu odbyła się w 12 t.c. Najpierw miałam USG, gdzie podziwiałam moje machające do mnie łapką drugie dziecko, a później widziałam się z położną, która już na korytarzu mnie poznała, zapytała jak się czuję i zaczęła mnie bardzo przepraszać i wyjaśniać, że będą jeszcze potrzebować małą próbkę mojej krwi bo muszą ustalić grupę krwi. Po takiej lawinie uprzejmości nie śmiałam odmówić i grzecznie poszłam do zabiegowego.
Położna zaprosiła mnie też do swojego pokoju, zmierzyła ciśnienie i opowiedziała, jak będzie przebiegać opieka podczas porodu w moim przypadku - monitorki przypięte do mnie i do dziecka przez cały czas porodu i takie tam. Pod koniec zapytała się mnie "jak chcę rodzić?". Od razu skojarzyłam sobie te plakaty, co to na drzwiach polskich porodówek wiszą "Rodzić po ludzku". Kompletnie nie przygotowana na takie pytanie palnęłam, że w wodzie. A co! Jak szaleć to szaleć! Położna powiedziała, że z racji tychże monitorków i całego osprzętu przyczepionego do mnie chyba nie będę mogła urodzić w wodzie, ale skonsultuje to z lekarzami i około 30 tygodnia ciąży wrócimy do tematu i sporządzimy cały plan porodu. Plan porodu? Szto eto?!
Na odchodne dostałam zeszyt wielkości A4, w którym wszystko jest zapisane. Dosłownie. Nie jakieś tam małe pitu-pitu jak w Polsce. Gest wręczenia tegoż zeszytu oznaczał, że oficjalnie zostałam uznana za kobietę ciężarną.

Wczoraj byłam na wizycie u położnej, już nie w szpitalu, tylko w mojej przychodni i pani tylko zmierzyła moje ciśnienie i zbadała mocz. Zapytała czy mam jakieś pytania, obawy i tym podobne. Po czym pożegnała mnie słowami "do zobaczenia za 10 tygodni". No tak, bo kolejne trzy wizyty w między czasie mam w szpitalu.
A za dwa tygodnie mam USG połówkowe i prawdopodobnie poznam płeć mojego dziecka.

Tak mniej więcej wygląda opieka podczas ciąży w Londynie. Podoba Wam się? A dodam jeszcze tylko, że jestem w 18 tygodniu ciąży i ani razu nie miałam badania ginekologicznego. Nie pytajcie się, co o tym myślę. Nie wiem czy to dobrze, czy źle. Mnie się tam podoba. Podchodzę do tego wszystkiego bardziej na luzie. Bez zbędnych stresów. Odnoszę wrażenie, że mimo wszystko oni trzymają rękę na pulsie. Wierzę, że nic złego się nie stanie. Będzie poród naturalny, o czasie. I będę karmić piersią. Wooosaaahhh. Wooosaaahhh.


Moja druga latorośl w 12 tygodniu ciąży




Przepiśniki razy dwa

Z początkiem nowego roku poczułam straszny głód scrapkowy. Musiałam coś powycinać i pokleić bo inaczej bym oszalała. Poniżej efekty mojego "wyżycia się".
Przepiśniki zrobiłam dla nikogo. Leżą i czekają, a nóż komuś się spodobają.