Poświątecznych kilka słów

Święta minęły szybciej niż własnoręczne zrobienie 200 pierogów. Przynajmniej tak mi się wydaje. Bo w kuchni spędziłam cztery dni (nie tylko na lepieniu), a świąt było raptem dwa dni plus wigilijny wieczór. Ależ przecież nie narzekam. Nadal uwielbiam te święta, razem z tym całym przygotowywaniem.

To już drugie święta za nami spędzone na emigracji. Zaczynam się powoli przyzwyczajać do tej kapusty w słoiku, którą zakupuję w supermarkecie na polskiej półce i do przysyłanych darów w paczce z Polski, w której znajduje się nierafinowany olej rzepakowy, miód ze wsi i opłatek.

Z jednej strony cieszę się, że spędzam święta tutaj. Po swojemu. Na spokojnie. W gronie najbliższej rodziny. W Polsce wiecznie byliśmy rozrywani. Chcieliśmy odwiedzić wszystkich i wszyscy chcieli żebyśmy do nich przyjechali, ale tym samym w ciągu jednego dnia odwiedzaliśmy dwa-trzy domy. Nawet Wigilie mieliśmy trzy. Nie lubiłam tych "objazdowych" Wigilii. W tej pogoni zawsze gubiłam ten urok i spokój świąt.
Z drugiej jednak strony tęsknię za rodziną, za maminymi pierogami i za tym polskim, świątecznym klimatem.

Zdaję sobie sprawę, że obecność mojej najbliższej rodziny i rodziny mojej siostry sprawiają, że święta są nadal świętami. Wesołymi, radosnymi i pysznymi. No i w końcu spokojnymi i magicznymi.









3 komentarze:

  1. Swieta na emigracji sa bardzo specyficzne...
    W mojej prawie 10 letniej karierze emigranta przezylam 7 Wigilii na angielskiej ziemii i z czasem czlowiek sie juz przyzwyczaja do takiego stanu rzeczy.
    Przyznam szzcerze, ze odkad mamy naszego Mikolaja tesknta za najblizszymi jest troche mniejsza w te szczegolne dni... ale jest...
    PS Szczesciara z Ciebie, ze masz blisko siostre! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja tez zazdroszcze siostry tutaj!!!

      Usuń
  2. W Polsce zawsze mieliśmy dylemat, gdzie spędzić Święta. W Święta obowiązkowo Skype z jednymi i drugimi dziadkami i czas spędzony w gronie przyjaciół. Jest dobrze:)

    OdpowiedzUsuń