Książki na zimę i na święta

Grudzień i zima za pasem, dlatego postanowiłam tym razem pokazać Wam książki, które możecie podarować swoim pociechom na Gwiazdkę lub po prostu z okazji pierwszego Dnia Zimy.

W naszym posiadaniu jest pięć takich książek około zimowych. Dwie z nich czekają jeszcze w szafie i będą miłą niespodzianką podczas otwierania skrytek w kalendarzu adwentowym. A piątej w ogóle dzisiaj nie pokażę. Zostawiam ją na inny, specjalny dzień.



"Gąska Zuzia i pierwsza gwiazdka" Petr Horacek, wyd. Babaryba

Sympatyczna gąska Zuzia postanawia przyozdobić swoją choinkę w gwiazdkę. I to nie byle jaką, bo taką najprawdziwszą, z nieba. Wyrusza zatem na niebezpieczną wyprawę. Właściwie niebezpieczną chyba tylko dla niej, bo Artur się śmieje. Śmieje się w głos, kiedy Zuzia upada po raz kolejny i kolejny. A jak przygody dzielnej Zuzi się kończą? Zobaczcie sami.
Polecamy z czystym sumieniem. Plus dla książki za dwujęzyczność.






"Zima na ulicy Czereśniowej" Rotraut Susanne Berner, wyd. Dwie Siostry

Tak wiem, staję się nudna i monotonna, ale nic na to nie poradzę, że ulica Czereśniowa jest uniwersalna i absolutnie podbiła nasze serca! Nie będę się rozpisywać, bo przecież ta książka nie posiada żadnego tekstu. Popatrzcie sobie i nakarmcie oko szczególikami.







"Mój przyjaciel Malmi" Gerd Hahn, wyd. Sonia Draga

Przepięknie zilustrowana, magiczna opowieść o przyjaźni bałwanka i Neli. Kiedy dziewczynka lepiła bałwanka ze śniegu, ubierała go w szal i czapkę i nadawała mu imię, nie miała pojęcia że Malmi ożyje i spędzi z nim tyle wspaniałych chwil. Z tą książką nawet najzimniejsze wieczory nie będą nam straszne.







"Yeti" Eva Susso, Benjamin Chaud, wyd. Zakamarki

Książki tych autorów potrafię kupować w ciemno. Uwielbiam ich norweski klimat i ciekawy pomysł. Tej pozycji, jak i poprzedniej, Artur jeszcze nie poznał. Co nie znaczy, że ja, podła matka, podziwiałam już je kilka razy, późnym wieczorem, coby nikt nie nakrył mnie na zbrodni. Jestem zauroczona i mam pewność, że Artur też je pokocha.







Wpis powstał w ramach projektu Przygody z książką



I pamiętajcie o licytacji dla Agnieszki. Zapraszam TUTAJ

Licytacja dla Agnieszki

Ilekroć usłyszę lub przeczytam o czyjejś  ciężkiej chorobie, że gdzieś tam może zaraz zabraknąć komuś mamy, taty lub dziecka czuję przerażenie. Im więcej o tym myślę, tym mocniej przytulam mojego synka i czulej wpatruję się w męża. I jeśli tylko mogę choć minimalnie pomóc, pomagam.

Dzisiaj chciałabym zaprosić i Was do pomocy. Agnieszka walczy o życie. Swoją historię zaczyna zdaniem: Gdy zachorowałam, moja córka Ola miała 2,5 roku.  Bałam się, że jeżeli umrę, to ona nie będzie mnie pamiętać... 

Dalszą część możecie poznać TUTAJ

Wesprzyjmy Agnieszkę w tej nierównej walce.
Zapraszam Was do wzięcia udziału w licytacji, w której można kupić własnoręcznie zrobioną biżuterię z Lexie's Art.
Biżuteria jest nowa, przeznaczona specjalnie na licytację przez jej twórczynię.


Bransoletka ze sznurka skręconego w kolorze turkusowym, podwójny węzeł, elementy z metalu nieszlachetnego w kolorze antycznego brązu - nie zawierają niklu i ołowiu. Możliwość regulacji (łańcuszek).


Kolczyki haftowane na kanwie plastikowej, czarny szlifowany koralik, bigle z metalu nieszlachetnego w kolorze antycznego brązu - nie zawierają niklu i ołowiu.




Każdy z przedmiotów licytujemy osobno. 
Startujemy od 15 zł za sztukę. 
Licytacja będzie trwać tydzień, do 3 grudnia do godziny 23:59

 Osoba, która wygra licytację wpłaca pieniążki TUTAJ lub TUTAJ
Pieniążki należy wpłacić do 3 dni po zakończeniu licytacji. 

Jeśli kwota licytowanych przedmiotów jest dla kogoś zbyt wysoka, to może wpłacić choćby jedną złotówkę na konto Agnieszki TUTAJ. Każdy grosz jest na wagę złota. 

Zapraszam serdecznie do licytacji!

START!

Zapraszam też na inne trwające licytacje dla Agnieszki: TUTAJ i TUTAJ i TUTAJ.

Kalendarz Adwentowy z rolek po papierze toaletowym

Artur w tym roku jest bardzo świadomy nadchodzących świąt. Coraz częściej pyta, kiedy przyjdzie Mikołaj, na widok choinki skacze i podpytuje, czy możemy ją zabrać do domu i codziennie mówi o śmieciarce, którą chciałby dostać na gwiazdkę.
Dlatego tym razem kalendarz adwentowy jak najbardziej ma sens. Pozwoli mu cierpliwie odliczać dni do upragnionych świąt. Poza tym, wszyscy, nie tylko Artur skorzystają z dobrodziejstw kalendarza, bo zadania są iście rodzinne. To będzie bardzo miły grudzień. Już nie mogę się doczekać.

Kalendarz zrobiłam z bardzo wdzięcznego materiału, z rolek po papierze toaletowym. Mam nadzieję, że choć trochę kształtem przypomina choinkę, bo taki był zamiar.
W środku są karteczki z zadaniami bądź z symbolem upominku. Gdzieniegdzie też zostawiłam cukierki na osłodę.
Jeśli brakuje Wam pomysłu na zadania do kalendarza to koniecznie zajrzyjcie TUTAJ.








Zeszłoroczny kalendarz adwentowy z jednorazowych kubeczków, który zrobiłam dla mojej chrześnicy możecie podejrzeć TUTAJ.

Herbaciane Kalendarze Adwentowe

W tym roku nie będę oryginalna (mdłości i senność nie chcą mnie opuścić) dlatego postanowiłam powtórzyć pomysł herbacianych kalendarzy adwentowych sprzed roku.
TUTAJ mały "tutek" jak je wykonać. A poniżej trzy kalendarze, jeden dla mojej siostry, jeden dla koleżanki, która ostatnio polubiła róż i jeden dla mnie, ofkors.








A już wkrótce pokażę Wam Kalendarz Adwentowy dla Artura nad którym obecnie pracuję.

Planowane dzieci nie wychodzą

Postanowiliśmy powiększyć naszą rodzinę. Pod koniec zimy zakupiłam zapas kwasu foliowego i przystąpiliśmy do działania. Jeden miesiąc, drugi, trzeci. Nic. Przyszły wakacje, czas luzu, pobytu nad morzem, wymarzonego odpoczynku. Zacieram ręce i wiem, że musi się udać. Wakacje minęły, a dwie kreski nadal się nie pojawiły. Już zaczęłam myśleć o tych dwóch długich latach oczekiwania na nasze pierwsze dziecko. Załamana rozmyślałam o kolejnych zastrzykach i zabiegach. Powtórka z rozrywki?

I nadszedł czas stresu, szukania mieszkania, przeprowadzki. Zapomniany kwas foliowy gdzieś zapodział się w pudle. Zamiast dni płodnych liczę tylko kartony do spakowania. Nie myślę o niczym innym.

Wstaję rano do szkoły i czuję metaliczny smak w ustach. Mdli mnie na sam widok lodówki. Zaraz, zaraz... przecież to już kiedyś było!
No i jest, pozytywny test ciążowy, dwie kreski i radość.

Planowane dzieci nie wychodzą... przynajmniej nam. 



Story Sacks czyli Historie w Sakiewkach

Wiosną tego roku miałam przyjemność uczestniczyć w sześciotygodniowym kursie Family Learning dotyczącym między innymi jak tworzyć Story Sacks. Historie w Sakiewkach, które pod taką nazwą są popularne w Polsce, to bardzo bogate worki tematycznie związane z wybraną książką dla dzieci. W takiej sakiewce mogą znaleźć się, oczywiście oprócz książki, gry, układanki, maskotki lub rysunki przedstawiające bohaterów opowieści, audiobook lub DVD z bajką. Materiały można znaleźć w internecie lub po prostu w głowie.

Taka forma zabawy z dzieckiem zachęca do czytania i poznawania książek, także od strony sensorycznego poznania każdego przedmiotu i bohatera, którego przedstawia opowieść. Pokazuje dziecku, że czytanie książek może być bardzo fajną przygodą spędzoną z rodzicami.

Podczas kursów stworzyliśmy Story Sacks dotyczącej książki Handa's Surprise. Jest to bardzo przyjemna, krótka historia, dzięki której dziecko poznaje zwierzęta i owoce. Na jej podstawie można przybliżyć dziecku środowisko i zachowania danych zwierząt oraz smaki i kolory owoców.





W ramach Story Sacks Artur dotknął i posmakował wszystkich owoców, jakie wystąpiły w książce oraz ulepił je z masy solnej i samodzielnie pokolorował w odpowiednim kolorze. Niestety te ćwiczenia wykonywaliśmy wiosną i nie pomyślałam, żeby pstryknąć kilka zdjęć. Poza tym, zrobiliśmy też maskę słonia, którą Artur bawił się tak długo, że aż odmówiła posłuszeństwa.
Na stałe w naszej sakiewce oprócz książki, znajdują się wycięte i zalaminowane postaci zwierząt i napisy, które są podklejone magnesikami, coby Artur mógł bawić się nimi na lodówce oraz gra, którą można grać na kilka sposobów (chociaż Artur jest jeszcze na nią za mały). Często przy czytaniu książki wykorzystujemy też plastikowe zwierzątka, które pomagają nam odgrywać różne role i tworzyć nasze prywatne "poboczne" historie, niezapisane w książce. 





W ramach tworzenia Story Sacks byliśmy także w ZOO zobaczyć na żywo zwierzęta, które wystąpiły w książce. Przed wejściem do ZOO zrobiliśmy dla dzieci kartę z zadaniami.


Niestety nie mam talentu szyciowego dlatego wszystkie skarby trzymam w dużej, foliowej koszulce. Story Sacks powinno być zamknięte jak sama nazwa wskazuje w sakiewce, worku (który można uszyć, ha!)



Bardzo spodobała mi się taka forma odkrywania książek i często przeglądamy nasz worek. Obiecałam sobie, że nie poprzestanę na tej jednej sakiewce. W planach miałam ambitną realizację Story Sacks na postawie Elmera i Bardzo Głodnej Gąsienicy, ale jakoś czasu ciągle brak. Być może uda mi się jeszcze pokazać Wam w ramach tego projektu nowo stworzoną Historię w Sakiewce. Oby!


Wpis powstał w ramach projektu Przygody z książką






Planowanie posiłków na cały tydzień

Jestem osobą zorganizowaną. Nie boję się zaryzykować tego stwierdzenia. Bardzo często słyszałam i słyszę od innych słowa uznania, że na wszystko mam czas i potrafię wszystko ze sobą pogodzić. Wiem, że nie do końca mogę się z tym zgodzić, bo przecież jeszcze tyle wyzwań przede mną. Ale nie mogę sobie zarzucić braku organizacji i pamięci o ważnych sprawach. Na bieżąco ogarniam chałupę, mąż i dziecko nie chodzą głodni, codziennie jeżdżę do szkoły, uczę się pilnie i odrabiam lekcje. A wieczorami lub po nocach "dłubię" sobie w scrapkach. Jakoś to wszystko utrzymuję we względnym ładzie.

Dlatego postanowiłam, że podzielę się z Wami moim jednym sposobem dobrej organizacji. Będzie to rzecz o posiłkach i o tworzeniu tygodniowego menu.


  • Najważniejszym punktem jest stworzenie tabeli z dniami tygodnia. Można zrobić sobie wypaśną tabelkę na komputerze z pięknymi dodatkami, można odręcznie machnąć za pomocą linijki. Ja raz kiedyś popełniłam zwykłą tabelkę w wordzie i tylko drukuję ją według potrzeb.  
  • W każdy piątek lub sobotę rano biorę czystą tabelę, wpisuję daty i patrzę jak wygląda nasz następny tydzień, kiedy jeździmy do college i przedszkola, kiedy mamy jakąś wizytę lub odwiedziny gości.
  • Następnie robię przegląd lodówki, zamrażalnika i szafek i w tworzeniu menu staram się wykorzystać to, co mam.
  • Przeglądam moje książki kucharskie, zeszyt i internet (mam swoje ulubione strony, z których często korzystam) i myślę, na co ewentualnie mam ochotę (czasem pytam męża, co by zjadł w następnym tygodniu). Oczywiście biorę też pod uwagę możliwości jedzeniowe Artura.
  • Staram się ustalić menu tak, żeby jeden dzień był dniem bezmięsnym, jeden (lub dwa) rybnym, a reszta to raczej kurczak, czasem wołowina lub wieprzowina.
  • Kiedy wypada bardzo pracowity dzień planuję obiad na dwa dni lub wpisuję danie bezmięsne, które nie wymaga dużej obróbki czasu (jakiś makaron z warzywami lub zapiekanka z brązowym ryżem, risotto z cukinią lub po prostu makaron z pesto lub szpinakiem).
  • Jeśli mam jakiś "lżejszy" dzień w tygodniu robię danie które wymaga dłuższego posiedzenia w kuchni i zazwyczaj jest to jakaś nowość z kulinarnych stron internetowych.
  • Raz w tygodniu staram się też upiec jakieś muffiny, ciasto lub chleb bananowy nadające się też do zamrożenia. Dzięki temu połowę wypieku mrożę i odmrażam według potrzeb (na drugie śniadanie do szkoły lub na podwieczorek dla Artura)

  • Po wypełnieniu tabelki robię listę zakupów i w sobotę lub czasem też w niedzielę kupuję to co potrzebuję na cały tydzień, oprócz warzyw i owoców które według potrzeb dokupuję w tygodniu.
  • Muszę też przyznać, że często, kiedy w "Lidlowej" ofercie są produkty z różnych krajów i inspiracje Pascala i Okrasy, korzystam z tej okazji i gotuję według ich przepisów.
  • W niedzielę zazwyczaj nie planuję żadnych dań oprócz śniadania. Niedziela jest u nas zazwyczaj dniem spontanu lub wielkiego lenia.
  • Oczywiście zdarza się tak, że jakiś dzień się "przesunie" lub danie w danym dniu "wypadnie", jak to w życiu bywa, nic nie da się zaplanować na tip-top.

Na koniec zdradzę Wam jeszcze kilka trików, które często wykorzystuję w kuchni:
- drugie życie kurczaka - jest to zasada którą uwielbiam. Polega ona na tym, że jednego dnia jest pieczony kurczak lub udka, a następnego dnia wykorzystuję mięso, które zostało do risotta, sałatki lub do pasztetu bez pieczenia.
- mięso maceruję dzień wcześniej - czy to jakaś pierś w pesto,  czy pałki z kurczaka czy kurczak. Wieczorem szybko myję mięso, robię odpowiednią marynatę, wkładam do naczynia żaroodpornego, nakrywam folią i wstawiam do lodówki. Na następny dzień wystarczy tylko włożyć do piekarnika i zrobić jakąś do tego sałatę i kuskus.
- jeśli o kuskusie mowa to jest to bardzo wdzięczny dla mnie produkt. Szybki, prosty i smaczny. Często też dodatkiem do mięsa pieczonego są pieczone warzywa - obieram dzień wcześniej (jeśli wiem, że w danym dniu nie będę miała czasu) pasternak, marchew, ziemnaki i buraki, kroję na grube frytki i przechowuję w lodówce, w pojemniku do następnego dnia. Na drugi dzień wykładam na blaszkę i zapiekam w tym samym czasie co mięso. I podaję z sosem czosnkowym z jogurtu, który robi mój mąż w 2 minuty.

Szczerze mówiąc bardzo przyzwyczaiłam się do tego cotygodniowego menu i nie wyobrażam sobie  funkcjonować inaczej. Jeśli nie mam zaplanowanych posiłków czuję się kompletnie zagubiona. Polecam wypróbować ten patent, jeśli jeszcze nie prowadzicie tygodniowego menu. 






Album na trzecie urodziny

W końcu udało mi się skończyć Arturowy album z okazji trzecich urodzin. To już drugi taki na jego koncie. Fajnie jest oglądać ten sprzed roku i teraźniejszy i podziwiać jak nam synek wyrósł. Mam zamiar taką formę pamiątki tworzyć po każdych urodzinach. I myślę, że póki scrapowanie mnie kręci to ten plan jest do zrealizowania :)