Rok na emigracji

 24 września minął rok odkąd wyjechałam z mojego kraju. Jeszcze trzy lata temu jakby ktoś powiedział mi, że wyjadę z Polski i będę tam szczęśliwa, kazałabym się tej osobie popukać mocno w czoło. Jestem najlepszym przykładem, żeby "nigdy nie mówić nigdy". Nigdy nie wyobrażałam sobie, że mogę zrezygnować z państwowej pracy, sprzedać moje wychuchane mieszkanie, zostawić rodziców i po prostu wyjechać za lepszym życiem. Nie chciałam nawet słyszeć, że tam gdzieś jest lepiej.

A dziś mieszkam sobie w Londynie, jeżdżę piętrusami do szkoły, gdzie wiedza przekazywana jest tylko w języku angielskim, zawożę dziecko do przedszkola, idę do optyka i łamaną angielszczyzną załatwiam sobie okulary, uśmiecham się do obcych ludzi, idę na spacer do parku z koleżanka Arabką, jem prawdziwą włoską pizzę, robię zakupy w "Prajmanim" i poznaję dziewczynę, która ma trzy matki. Czuję się tak, jakby cały świat zjechał się właśnie tutaj, żebym go mogła codziennie odkrywać. Poza tym, to właśnie tutaj mogę robić w życiu to co chcę, a nie to, co muszę. Pokochałam to miejsce i moje nowe życie.

Przyzwyczaiłam się też do moich nowych imion: Ełelina, Ewlin, Ewelena. Wiem już, że tutaj wykładzinę spotkać można nawet w pubie, wszystkie sale w moim colleg'u też są nią wyłożone. No i te dwa krany – szlag by to, nie pojmuję! Nie lubię też tutejszego grzyba, który dość często panoszy się w domach. Nauczyłam się też, żeby nie szukać pasów, jeśli chcę przejść przez ulicę... bo tutaj pasów na jezdni to ze świeczką trzeba szukać, rzadko spotykany widok. Wiem też, że Lion biały nie smakuje tak jak w Polsce. Serio, ten z polski jest lepszy, ma smaczniejszy karmel. No i nauczyłam się, że jeśli chcę upiec piękny biały biszkopt muszę lecieć po mąkę do polskiego sklepu bo ta angielska jest szara, mają odgórny zakaz sztucznego wybielania jej. Tak, ta polska jest piękna, biała bo sztucznie wybielona. Przywykłam też do kapusty kiszonej w słoiku. Ale bardzo tęsknię za polskim chlebem, takim z chrupiącą skórką.

Ale co tam dwa krany i szara mąka? Najważniejsze, że możemy spędzać ze sobą więcej czasu, ja mąż i Artur. I miło spędzać niedziele. W Polsce zawsze mieliśmy ochotę ruszyć choćby w Polsce, ale zapał kończył się, kiedy przeliczyliśmy koszty podróży. Z moim hobby było tak samo, nie tworzyłam ze względu na ograniczone fundusze. Do klubu malucha też nie mogłam iść, bo za drogo. A tutaj jest organizowanych mnóstwo fajnych zajęć dla matek z dziećmi – bezpłatnych oczywiście.

Nadal bardzo brakuje mi dobrej znajomości języka angielskiego. Wiem, że zrobiłam już postępy, pamiętam jaka byłam niekumata jak tu przyjechałam. Ale dla mnie to nadal mało. Najbardziej czuję się nieśmiała i niepewna w obecności kogoś, kto pięknie mówi w tym języku. Robię się wtedy taka malutka i wolę w ogóle się nie odzywać. Dlatego do urzędów i innych takich poważnych instytucji chodzę niechętnie. Ale jeśli chodzi o rozmowę z moimi koleżankami ze szkoły to nie mam problemu, bo wiem, że mówimy na swoim poziomie i nikt się ze mnie nie będzie śmiał. Tak naprawdę oprócz rodziny najbardziej mi tutaj brakuje dobrej znajomości języka. Albo żeby wszyscy mówili tutaj po polsku. To byłby już raj. Dlatego nie poddam się, albo zacznę mówić po angielsku tak jak po polsku albo ... nie wiem jeszcze co?

Jak to jest być rok na emigracji? To ciągle jest mało, żeby powiedzieć, że chcę zostać tutaj na zawsze. Na dzień dzisiejszy, jestem tutaj szczęśliwa i nie myślę o powrocie. Ale jak już pisałam na początku, trzeba uważać z tym słowem "nigdy" dlatego, nie powiem, że nigdy już nie wrócę do Polski. Tak to już jest z tym życiem, nigdy nie wiadomo, jaki napisze scenariusz. Kiedyś mówiłam "u nas w Łodzi", dziś mówię "u nas w Londynie" i naprawdę nie wiem, co powiem za jakiś czas. Czy to znów będzie "u nas w Łodzi?". Jedno jest pewne, przekonałam się o tym tutaj, na emigracji, że nieważne gdzie nas rzuci los, ważne, żeby być razem. Bo dom tworzymy my sami. Mając przy sobie męża i synka czuję się bezpieczna i szczęśliwa. Teraz mój dom jest tutaj, w Londynie.







I na koniec typowe przejście dla pieszych... pasów oczywiście brak.


11 komentarzy:

  1. Najważniejsze to być szczęśliwym tam, gdzie się aktualnie przebywa czy mieszka. Ja byłam wychowywana w przeświadczeniu, że skoro jestem najmłodsza z czwórki rodzeństwa, to naturalną sprawą jest fakt, że zostaję z rodzicami na mieszkaniu i szukam pracy w rodzinnej miejscowości. Los i życie bywa jednak zaskakujące i miesiąc po ślubie znalazłam się w G., bo tu studiował Mąż. Mieliśmy tu być tylko rok i wracać, jesteśmy już sześć i wg aktualnych planów zostajemy na zawsze. Gdyby te kilka lat temu ktoś mi powiedział, że tak będzie wyglądać moje życie - wyśmiałabym, bo powtarzałam, że "nigdy" nie wyjadę z rodzinnych stron, a tutaj niespodzianka. Dzisiaj nie wyobrażam sobie tam życia, nawet jadąc na zaledwie jedną noc wariuję i już myślami jestem w swoim domu. Tu jest moje miejsce, tu moje szczęście. Cieszę się, że Ty jesteś zadowolona zmianami w życiu i niech tak już zostanie na zawsze!

    OdpowiedzUsuń
  2. dobrze że jest Tobie tam tak dobrze,
    ja bym już się nie zdecydowała wyjechać po raz kolejny za granicę
    tez mnie wkurzały te dwa krany w Irlandii heh :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Chleba tego o którym piszesz nam tez od poczatku brakuje:( taki tylko w Polsce.

    Jak szukalismy domu do wynajecia, to bylo kilka z wykladzina w lazience;)


    Najwazniejsze, ze dobrze sie tutaj czujecie, ze macie czas i fundusze by spedzac milo wolne dni. Mi tez sie tutaj podoba. I chyba nawet pokusilabym sie o uzycie slwoa NIGDY;p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A no w poprzednim mieszkaniu mieliśmy wykładzinę i w łazience, nie ma to tamto. A co w tej wykładzinie żyło to już nie chcę nawet myśleć :)

      Usuń
  4. Najważniejsze to mieć przy sobie najukochańsze osoby,a Ty takie masz:). Wiadomo, że jest też tęsknota za innymi bliskimi, no ale co zrobić. Tak sobie czytam o tym Twoim języku i Cie podziwiam, że mimo tej bariery próbujesz, że starasz się i doskonalisz:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem bardzo oporna w przyswajaniu języków obcych, ot taka natura już od dziecka. Dlatego wiem, że jeśli nad tym nie popracuje samo do mnie nie przyjdzie :) Niestety.

      Usuń
  5. Ależ się cieszę!! I podziwiam za język, za odwagę... Guru Ty moje :*
    Też bym chciała już być w swoim domu... Aarschot, albo jakaś inna mieścina...

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja mieszkalam 5 i pol roku na emigracji i choc zylo nam sie tam dobrze i wygodnie i na wiele nas bylo stac, bo oboje pracowalismy, to nigdy nie nazwalam Holandii moim domem. Zawsze wiedzielismy, ze jestesmy tam na jakis czas i chcemy wrocic. Za bardzo tesknilismy za rodzina i przyjaciolmi. Po powrocie 2 lata temu kupilismy mieszkanie i dzialke(zeby sie kiedys budowac) zrobilismy remont i zmienilismy auto i jestesmy teraz szczesliwi. Mamy nadzieje, ze juz nigdy nie bedziemy musieli wyjezdzac z naszego kraju, ale tak jak piszesz nigdy nie mow nigdy;-) Jednak wole zyc skromniej bez luksusow i dalekich podrozy, ale u siebie i wsrod bliskich.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Być może za pięć lat na emigracji też dojdę do takich samych wniosków :)

      Usuń
  7. Anonimowy1/30/2015

    A co sklonilo Was do wyjazdu? Ja mieszkalam rok w uk i wlasnie wrocilismy- w 9 mies mojej ciazy :) ciesze sie ze mozemy byc u siebie, tu czujemy sie najlepiej, choc anglie wspominam z rozrzewnieniem i weekendy spedzane na zwiedzaniu Londynu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Historia naszej emigracji jest bardzo złożona - decyzja rodziła się powoli, przede wszystkim braliśmy pod uwagę naszą beznadziejną sytuację finansową. Przyjechaliśmy tutaj na 3 miesiące (mąż na trochę dłużej) i po powrocie do Polski bardzo zatęskniliśmy jednak za tym krajem. Po ośmiu miesiącach od powrotu do Polski przeprowadziliśmy się do UK - na razie myślimy, że to na stałe ;)

      Usuń