Niewdzięczni ludzie czy zbyt wdzięczna ja?

Na początku tygodnia w moim colleg'u odbyło się spotkanie wszystkich uczniów z nauczycielami i menedżerem. Coś na kształt naszej polskiej inauguracji roku akademickiego, tylko mniej oficjalnie. Ale był mikrofon, krzesełka dla przybyłych, duża sala i mnóstwo ludzi.
Wszystkich zebranych przywitał menedżer szkoły, który swoją przemowę zaczął od pochwalenia nas, że jesteśmy wspaniali bo przyszliśmy tutaj po wiedzę. Zaczął pięknie gestykulować, zaciskać kciuki, otwierać szeroko ramiona jakby chciał nas wszystkich przytulić i całym sobą wyrażał radość, że może nas tu wszystkich widzieć. Opowiedział nam historię o swoich rodzicach, którzy pochodzą z Jamajki i przyjechali do Anglii nie znając tutejszego języka. Ale chcąc mieć dobrą pracę i zapewnić byt jemu i jego bratu poszli także do szkoły by się uczyć. Stwierdził, że dlatego bardzo dobrze nas rozumie i będzie nas wspierał.

Po tym jakże pięknym i budującym przemówieniu menedżer wyświetlił filmik z krótką, ale też motywująca mową jakiegoś "najwyższego" rangą przedstawiciela colleg'u (naprawdę, nie pamiętam dokładnej nazwy tej rangi, ale takowa padła, z tym że moja pamięć zawiodła).
Po tych wszystkich słowach czułam się wyjątkowo doceniona i "połechtana".

Ale nagle niektórzy zgromadzeni uczniowie zaczęli podnosić ręce na znak, że chcą zabrać głos. Wstała najpierw jedna dziewczyna i zapytała się dość pretensjonalnym tonem, dlaczego ten "najwyższy" osobiście nie przyjechał, tylko nagrał filmik. Menedżer ze stoickim spokojem usprawiedliwił nieobecność swojego szefa. Pojawili się inni z między innymi takimi pytaniami: - Skoro my jesteśmy tacy wspaniali to dlaczego Wy nie jesteście? - Dlaczego bar z ciepłymi posiłkami jest nieczynny? - Dlaczego w bibliotece jest tak mało książek? - Dlaczego drzwi wejściowe do szkoły są cały czas popsute? - Dlaczego w klasie brakuje krzeseł? - Dlaczego grupy liczą aż 20 osób?
Menedżer próbował opanować sytuację odpowiadając na niektóre pytania. W końcu powiedział, że to nie jest czas i miejsce, żeby poruszać takie sprawy. Na sali zrobiło się niesamowite zamieszanie. Jedna dziewczyna wstała, podeszła do menedżera i wręcz wykrzyczała mu w twarz, że ona traci swój cenny czas, żeby usłyszeć jakiś bulszit o rodzinie i pięknych celach. Powiedziała, że właśnie zamiast tego pustego gadania, chętnie posłuchałaby, kiedy komfort w szkole się poprawi. Po czym odwróciła się na pięcie i wyszła.
Menedżer podniósł ręce na znak poddania się i też wyszedł. Większość uczniów zaczęła gwizdać i szurać krzesłami. A ja stałam jak wryta i nie wiedziałam o co kaman?A jeszcze bardziej kopara mi opadła, kiedy po powrocie do sali nauczycielka pochwaliła zachowanie uczniów i powiedziała, że trzeba bronić swoich praw. 

W Polsce płaciłam niemałe pieniądze za studia podyplomowe, a i studia dzienne nie były tak zupełnie darmowe. I często brakowało krzeseł, sale były zimne i nie posiadały takiego sprzętu jaki posiada ten colleg'e, za ksero sama musiałam sobie płacić, zbiór książek był bardzo okrojony - większość pozycji była dostępna tylko do wglądu na miejscu w bibliotece, było pełno "okienek" miedzy zajęciami bo albo były odwołane, albo inaczej nie udało się ułożyć grafiku, nie mówiąc już nic o liczebności ludzi na zajęciach. Ale nikt z tego powodu nie psuł rozpoczęcia roku akademickiego, nikt nie chodził do rektora, nikt nie śmiał tego zrobić, nikt się nie odważył. A tutaj ludzie wysoko podnoszą poprzeczkę swoim oczekiwaniom. Wymagają, buntują się, odważnie i bez strachu mówią, co im się nie podoba.

I wiecie co? Dzisiaj bar z ciepłymi posiłkami był już otwarty, krzesła są dostawione do każdego stolika, a drzwi są naprawione. Nie sprawdzałam stanu książek w bibliotece, ale zapewne i to zmieni się na lepsze.

Czuję jak bańka, w której unosiłam się nad ziemią zaczyna wypełniać się wątpliwościami. Czy ci ludzie są niewdzięczni i zbyt wymagający? Czy może szkoła rzeczywiście była winna, skoro szybko naprawiła te błędy? Czy to może ja jestem taka naiwna i dałam się złapać na ten bulszit o wspieraniu nas? Czy może nie powinnam być wdzięczna za sfinansowanie colleg'u, dofinansowanie 70% do Arturowego przedszkola, 30% do Oysterki i 5 funtów na kserówki? Może nie powinnam się tak jarać całym dobrem, które tu spotkałam, bo to jest przecież mało? Może nie powinnam pozwolić, żeby te "ochłapy" przysłoniły mi prawdziwą rzeczywistość? 
Nie wiem.

Gadu-Gadu

Podczas kąpieli mąż chlapnął Arturowi wodą w oczy. Natychmiast sięgnął po ręcznik i wytarł mu buzię. Na co Artur wesoło rzekł:
- Dzięki ojcze.

Przeszukuję oferty mieszkań i przeglądam ze znudzeniem zdjęcia. Artur zaciekawiony pyta:
- To będzie mój pokój?
- Może tak.
Artur posmutniał i powiedział:
- Nie chę mieć kakiego pokoju.
- A jaki chcesz mieć?
- Lóziowy.

Bawimy się w sklep. Mówię do Artura-sprzedawcy:
- Poproszę to auto. Ile płacę?
- Dwa funtów.
Nie ma to tamto, waluta została opanowana.

- Artur zjesz ze mną grejpfruta? - wołam z kuchni
Artur szybko przybiega w celu złożenia wyjaśnień.
- Nie kuję mamo, nie lubię takich ołoców.
- A jakie owoce lubisz? - dopytuję
- No banany i kulki ciekladowe.




Dlaczego nie zabiłam jeszcze męża, czyli siódma rocznica naszego ślubu

Kiedy zmywa naczynia to zawsze zostawia farfocle w kratce zlewu. I nigdy nie wyciera blatu. Zmywanie kończy po prostu na pozmywaniu. Nie potrafi znaleźć nigdy rzeczy o którą poproszę. Lodówka to dla niego kopalnia bez dna - nic nie może w niej znaleźć. Nie mówiąc już o mojej torbie, którą nadal dzielę, chcąc nie chcąc, z synkiem. Żeby nie było, ja zawsze znajduję w niej wszystko. On potrzebuje tysiąca moich wskazówek i mapy. Nie kupuje mi kwiatów. To znaczy przy wielkiej okazji, kiedy na przykład mi się oświadczył lub kiedy urodziłam Artura to i owszem, ale przy mniejszych okazjach lub bez okazji nie. I nie zasypuje mnie też codziennie komplementami. Kiedy wykonuje jedną rzecz to nie potrafi już zrobić w tej samej chwili drugiej. Nie wymagam już rzeczy trzecich i czwartych, które ja wykonuję. Nie potrafi przyznać mi racji, chociaż widzę po jego minie, że ją miałam. Nie czyta książek. Nie ogląda ze mną komedii romantycznych. Nie posiada też umiejętności składania ubrań i chowania ich do szafy. W wyniku czego krzesło to zazwyczaj jest jego szafa. I nie gotuje. No chyba że wodę na herbatę lub kawę.

Codziennie znalazłoby się jeszcze kilka powodów dla których mogłabym zabić mojego męża, bo nie ukrywam, czasem mnie krew zalewa jak widzę, co się dzieje. Ale przecież, ktoś kiedyś powiedział, że "kocha się nie dla zalet, ale pomimo wad". Poza tym, ogromnie Go potrzebuje. Nawet ten tydzień wakacji w Polsce bez Niego uzmysłowił mi, jak bardzo czuję się źle bez mojego męża. Brakowało mi jego spokoju i pewności siebie. No i czynności organizacyjne podróży, którymi mąż zawsze się zajmuje musiałam przejąć ja. Nie potrafiłam się odnaleźć, czułam się tak jakbym zgubiła jakąś część siebie.

Potrzebuję Go też po to, żeby mu opowiedzieć wieczorem, co fajnego powiedział lub zrobił Artur w ciągu dnia. I żeby mi doładował telefon, internet czy Oysterkę. Zaplanował i zabrał na wycieczkę. Spakował walizkę na wakacje. I żeby mieć z kim obejrzeć serial - bo co do seriali to nasze gusta są bardzo zgodne. I żeby mieć z kim konkurować w grze. Ale kiedy utknę na jakiejś planszy to daje mi swoją cobym mogla sobie pograć na dalszych poziomach.
I jest tak cholernie odpowiedzialny, że nigdy się na nim nie zawiodłam. Jest moją ostoją spokoju. Czuję się przy nim bardzo bezpiecznie. I pomaga mi we wszystkim na tyle, na ile jego męska natura mu pozwala. Ale najważniejsze z tego wszystkiego jest to, że wspiera mnie i popycha (czasem wręcz daje kopniaka) w drodze do realizacji swoich marzeń i pasji.

Kilka dni temu zapytałam męża:
- Niedługo mamy rocznicę ślubu, pamiętasz?
- Tak.
- A wiesz którą?
- Kolejną.

I jak Go nie kochać?





A jednak...

... nie będziemy mieszkać pod mostem. Ta wizja ostatnio najbardziej mnie przerażała, bo nawet już obecny agent dzwonił do mnie dwa razy z pytaniem czy na pewno damy radę wyprowadzić się za tydzień skoro nic jeszcze nie mamy? No i daliśmy radę. W piątek wieczorem podpisaliśmy umowę przedwstępną na dwa pokoje plus living... co ja zrobię z tą przestrzenią? Przez ponad rok gnieździliśmy się w jednym pokoju, że już zapomniałam jak to jest mieć takie salony. Ale to na szczęście należy do plusów tego lokum. I to, że przystanek autobusowy mam pod domem. I że mieszkanie jest odnowione. I mamy ogród, co prawda na spółkę z innymi mieszkańcami budynku, ale grilla można zrobić i pranie wywiesić... jak ja tęsknię za zapachem prania, które schnie na słońcu. A minusy? Też są, oczywiście. Nie można mieć przecież wszystkiego. Ale nie będę dzisiaj pisać o złych stronach naszego nowego gniazdka. Mam zbyt dobry humor.


Wieczorem, kiedy przekroczyliśmy próg nowego mieszkania w celu obejrzenia go, Artur od razu zaczął biegać w kółko po największym pokoju wykrzykując:
- Ale fajne mieskanko! Ale fajne mieskanko!
Następnego dnia rano obudził się bardzo zmartwiony i rzekł:
- Ale to nowe mieskanko nie ma moich autów, ślomotów i siąsiek.
Chyba czas na dłuższą rozmowę o przeprowadzkach.


Odezwę się niebawem, o ile nie przygniotą mnie pudła i multum obowiązków związanych ze zmianą adresu.

Oto jest Londyn - Mała Wenecja i klimatyczne Camden Town

W dwa ostatnie weekendy sierpnia udało mi się pozwiedzać trochę Londyn, tak więc mam w zanadrzu jeszcze kilka wpisów dotyczących Londynu i porównania go z tym samym miastem sprzed 50 lat, który opisany jest w książce M. Saska "Oto jest Londyn".

Dziś jednak pokażę Wam tylko dwa miejsca, o których nie ma nawet jednego zdania w tej książce, ale skąd wróciłam najbardziej rozentuzjazmowana.
Tak, po raz kolejny Londyn mnie zaskoczył. Czym? - zapytacie? Ano!
Little Venice, gdzie stoją łodzie, które nie tylko są kawiarenkami, restauracjami czy wytwórnią kapeluszy, ale także mieszkaniem dla wielu ludzi. Jedno ogłoszenie o kupnie takiej (nie)ruchomości udało mi się nawet uwiecznić na zdjęciu.









I Camden Town, do którego można dopłynąć łodzią z Małej Wenecji. Nie znam dokładnie historii tego "miasta" w mieście, ale jak tylko wpłynęliśmy barką do przystani od razu poczułam sympatię do tego klimatycznego miejsca. Szłam krokiem zwrotno - kręcącym się, bo moje ciało nie nadążało za oczami, które chciały wszystko zobaczyć, uszami, które chciały wszystko usłyszeć i nosem, który chciał pochłonąć wszystkie zapachy. No i ten lichy aparat, którym chciałam uwiecznić to zjawiskowe Camden. Nie dało się. Nie potrafię ani opisać klimatu tego miejsca, ani uchwycić go na zdjęciach. Tam trzeba po prostu być i poczuć to wszystko na własnej skórze. I zachwycić się w nieskończoność.




















Kiedy mama wraca do... szkoły

Tak! Już tydzień temu, podczas spotkania rekrutacyjnego w College dowiedziałam się, że zostałam przyjęta na ESOL z elementami pedagogiki, na sesję full-time. Cały proces rekrutacyjny trwał około pięciu godzin i pod koniec nie wiedziałam już w ogóle gdzie mam iść i jak mam składać zdania. Ale jakoś przebrnęłam i wróciłam do domu tak "wypompowana", że nawet nie miałam siły się cieszyć. A powodów do radości miałam dwa. Po pierwsze myślałam, że będę musiała płacić za tą naukę, ale całą przyjemność mam za darmo, ponieważ nie pracuję. Po drugie podczas rekrutacji mogłam wybrać sobie kierunek, w którym chcę podążać (biznes, turystyka, pedagogika), oczywista oczywistość wybrałam to, z czym mam do czynieniu już od czasów polskich studiów.


Niestety miałam też powód do zmartwienia. I to bardzo duży. Po tym, jak dowiedziałam się, że jest dla mnie miejsce, okazało się, że nie wiadomo czy jest takowe dla Artura w przedszkolu, gdzie przebywają dzieci studentów podczas ich zajęć. W środę wypełniłam i zawiozłam papiery i zostałam poinformowana, żebym czekała na telefon lub list. Miałam nadzieję, że do piątku sytuacja będzie już jasna. Co ja przeżywałam! Jak miałam się cieszyć z przyjęcia do colleg'u skoro nie wiedziałam, czy tak naprawdę z niego skorzystam... bo przecież nie miałam pojęcia, co zrobię z Arturem? Po sześciu! długich, nieprzespanych nocach, wczoraj, dowiedziałam się, że jest miejsce w przedszkolu. Alleluja!


Z radości poleciałam do sklepu kupić wyprawkę do szkoły. Dla siebie oczywiście. Kupiłam sobie piórnik, zeszyt i inne biurowe pierdółki. A co!? W końcu mi się należy. Poza tym, dla Artura niczego nie musiałam kupować, bo przedszkole nie ma żadnych wymagań wyprawowych, oprócz ubrań na zmianę.


No więc od dzisiaj chodzimy sobie do szkoły i przedszkola. I jest nam bardzo dobrze. Moją euforie przysłania tylko fakt, że jeszcze nie znaleźliśmy mieszkania, a 24 września kończy nam się umowa i musimy się wyprowadzić. Oby nie pod most :/





Menu na przyjęcie urodzinowe

Planując imprezę urodzinową Artura musiałam wziąć pod uwagę dwie rzeczy. Po pierwsze, mamy bardzo małe mieszkanie (to się już wkrótce zmieni, akukaracza!), a po drugie, dzieci biorących udział w świętowaniu było tylko dwoje (razem z Arturem). Dlatego musiałam przygotować szwedzki stół z zimnymi przekąskami, które można zjeść bez problemu "w powietrzu" i nie skupiać się tylko na potrawach typowych dla dzieci (czyt. cukier, cukier, cukier).


Idąc tym tropem zakupiłam w sklepie mrożone ciasto kruche i francuskie.
Z kruchego ciasta zrobiłam tartę. Zainspirowałam się przepisem Pascala na tartę z łososiem, mozzarellą i pomidorami, z tym, że zamiast świeżych pomidorów dodałam suszone i zamiast ciasta francuskiego - kruche. Spód tarty najpierw podpiekłam, a później nałożyłam dodatki i znów wszystko razem zapiekłam.



Z ciasta francuskiego zrobiłam kieszonki z niespodzianką, o których kiedyś przeczytałam TUTAJ. Zrobiłam dwa rodzaje, jedne ze szpinakiem i serem pleśniowym, a drugie z szynką parmeńską, pomidorkami, oliwkami i serkiem twarogowym o smaku pesto. Bardzo dobrze komponowały się z sosem czosnkowym.


Kolejna przekąska to hummus z warzywami. Artur ją uwielbia, choć mam wrażenie, że podczas swoich urodzin był tak wszystkim podekscytowany, że prawie niczego nie zjadł.

Przepis na hummus posiadam z książki "Children's Cookbook", którą kiedyś już się chwaliłam. Bardzo często z niej czerpię inspirację na różne posiłki.

Skład:
  • puszka ciecierzycy (odcedzić z zalewy)
  • 1 obrany ząbek czosnku
  • 1/4 łyżeczki mielonego kuminu
  • 3 łyżki oliwy
  • 2 łyżki pasty Tahini
  • sok z połowy cytryny
  • 1/3 łyżeczki soli
Wszystkie składniki zmiksować do uzyskania gładkiej konsystencji. W razie potrzeby dodać łyżkę wody. 


I przyszła kolej na cukier. Oprócz tego, że wystąpił on w postaci czekolady, cukierków, lizaków i owoców, pojawił się też w czekoladowych babeczkach z Maltersami. Przepis oczywiście znalazłam u Doroty. Tylko krem maślany, który był w oryginalnym przepisie zmieniłam na bitą śmietanę z serkiem mascarpone i czerwonym barwnikiem.


No i gwóźdź programu - tort. Też czekoladowy, z wiśniami i kremem z bitej śmietany i serkiem mascarpone. Mój przepis na tort jest niezmienny od paru dobrych imprez. Czasem zmieniam tylko poncz do nasączenia i ewentualnie owoce.  TUTAJ znajdziecie przepis.


Ach, zapomniałabym. Był jeszcze jeden posiłek, na ciepło, ale zdjęć brak. Nic nadzwyczajnego. Pieczone pałki z kurczaka, które już dzień wcześniej macerowałam w zalewie z oliwy, suszonej papryki, chilli, soli i curry. Do tego podałam makaron z warzywami. "Madalon" jest wciąż ulubionym posiłkiem Artura.



„Zatrzymaj czułe chwile” – konkurs z Cleanic Kindii

Pierwsze lata życia dziecka to okres wyjątkowej bliskości między nim a jego rodzicami, pełny niepowtarzalnych momentów radości, czułości i ciepła. 

Cleanic Kindii – marka chusteczek nawilżanych dla najmłodszych – chce utrwalić ten czas, ogłaszając wyjątkowy konkurs „Zatrzymaj czułe chwile”, w którym wybrane zostaną najpiękniejsze zdjęcia nawiązujące do tytułowego hasła. 





Warunkiem przystąpienia do konkursu jest:
  •  zakup 6 opakowań chusteczek Cleanic Kindii (należy zachować dowód zakupu), wszystkie rodzaje chusteczek biorą udział w konkursie;
  • rejestracja na stronie www.kindii.pl/konkurs (15.08 do 14.10.2014);
  • zgłoszenie samodzielnie zrobionego zdjęcia.

Codziennie Komisja spośród 20 zdjęć (z największą liczbą głosów otrzymanych od internautów) będzie wybierać to, które otrzyma Nagrodę Dnia, czyli jeden z 61 aparatów Sony a5000. A na zakończenie konkursu, z 500 najwyżej ocenionych przez internautów zdjęć, Komisja wybierze dziesięciu zwycięzców Nagród Głównych, dla których przewidziano profesjonalne sesje zdjęciowe dla dzieci.

Zapraszam do wzięcia udziału w konkursie i "zatrzymaniu czułych chwil".


Przyjęcie urodzinowe i prezenty

Rano przetarł oczy ze zdumienia, szturchnął obok śpiącego tatę i rzekł "tato obać balony!" A później przyszli goście z prezentami. I nawet kartka z wozem strażackim była, zrobiona przez chrzestną, która to twierdzi, że nie ma zdolności plastycznych. I głośna muzyka i tańce do późnego wieczora. A tort to był z autem, takim najulubieńszym, którego Jubilat dotykał i głaskał i szkoda mu było go pokroić.

I tak kolejne, trzecie już, urodziny się skończyły. Zostały tylko balony walające się gdzieniegdzie po podłodze i resztki tortu, który najlepiej smakował na drugi dzień z kawą, kiedy człowiek nie był przejedzony wszystkimi pysznościami.















I oczywiście prezenty też pozostały. Takie, którymi Artur bawi się na okrągło... bez końca. Ulubione klocki i farby w sztyfcie, wymarzona laweta na kolekcję resoraków, ukochana ciastolina z autem, szczoteczka elektryczna, bez której Artur nie wyobraża już sobie wieczornego mycia, gra, przy której nawet ja świetnie się bawię i masa plastyczna, która jest dla nas nowością, w Polsce zwana jako Coolinda, u nas można ją znaleźć pod nazwą Play Foam.









Nie mogło zabraknąć też książek. Tym razem Artur dostał "Emma chce grać jazz!" i "Snów kolorowych, placu budowy". Ta druga najbardziej przypadła miłośnikowi motoryzacji do gustu. Dzięki niej bezbłędnie już rozpoznaje spych, betoniarkę i buldożera. A wieczorem błagalnym głosem pyta: "citamy doglanoc placu budowy?"












Tutorial jak zrobić pompony z bibuły TUTAJ
Sposób na ozdobne buteleczki TUTAJ
Darmowe etykietki nie tylko na strażackie przyjecie TUTAJ