Ostatnie wspomnienie lata - piknik

Jednym z moich postanowień na ten rok było piknikowanie z rodziną. I prawie mi się to udało bo kilka razy ucztowaliśmy na kocyku. O jednym pisałam nawet tutaj.
Bardzo lubię taką formę relaksu. Dzieci hasają po trawie, ja siedzę, podziwiam zieleń parku i piję kawkę. Czego więcej mi do szczęścia potrzeba? No może jakiegoś super środka, który spiera z dziecięcych spodni plamy po trawie i ziemi.

Poniżej ostatnie nasze pikniki. Jeden ze specjalnie przygotowanym prowiantem z babeczkami w roli głównej, na które przepis znajdziecie na końcu wpisu.









A tutaj pełen spontan można by rzec. Zaparzona na szybko kawa w termosie i ciastka wszelkiej maści z Lidla.





Piknikowe biżu biżu.



Babeczki ze szpinakiem i suszonymi pomidorami


Zainspirowała mnie Kasia swoimi babeczkami, ale ja nie byłabym sobą, gdybym nie zmodyfikowała przepisu.

Składniki:
  • 300 g szpinaku mrożonego (może być też świeży)
  • 300 g mąki pszennej
  • 50 g otrębów owsianych
  • 5 suszonych pomidorów
  • 3 jaja
  • 3 łyżki startego, żółtego sera
  • małą cebula lub biała część pora
  • 2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia
  • 60 ml oleju rzepakowego
  • 300 ml jogurtu naturalnego
  • szczypta soli
Szpinak rozmrozić, wycisnąć z niego wodę, poszatkować. Pomidory pokroić w kostkę.
Cebulkę (lub por) pokroić drobno i zeszklić na niewielkiej ilości oliwy. Dodać szpinak i chwilę jeszcze posmażyć.
Do jednej miski wsypujemy wszystkie sypkie produkty (mąka, otręby, proszek do pieczenia, pomidory, ser żółty, sól), do drugiej płynne (jogurt, olej, jaja, szpinak z cebulką). Dobrze mieszamy zawartość obu misek. Następnie łączymy produkty sypkie z mokrymi, krótko i niedbale mieszając.

Ciasto przekładamy do muffinkowych foremek i pieczemy około 25 min w 180 st.
I tak jak Kasia powiedziała, najlepiej smakują z sosem czosnkowym.

Dzienniczek wydarzeń - pamiątka z wakacji

Jadąc na wakacje do Polski obiecałam sobie, że zrobię mnóstwo pamiątkowych zdjęć, aby zrobić Arturowi dzienniczek wydarzeń. Pierwszy raz o takim dzienniczku przeczytałam TUTAJ i TUTAJ

Zdaję sobie sprawę z tego, że Artur ma ograniczone możliwości przyswajania języka polskiego, ponieważ w żłobku mówią do niego po angielsku, a w autobusie czy na ulicy słyszy nie tylko język angielski, ale i arabski, francuski, japoński i kilka jeszcze innych, które można usłyszeć na londyńskich chodnikach. Dlatego ostatnio dość intensywnie drążę temat wspierania rozwoju mowy u dziecka dwujęzycznego. Stąd między innymi ten dzienniczek wydarzeń. 

Słyszałam o takich rodzinach, gdzie oboje rodzice są Polakami, a do dziecka mówią tylko po angielsku. Znam też polskie dziecko, które nie umie w ogóle czytać po polsku. Ludzie na emigracji wybierają różne rozwiązania, nie będę się nad tym rozwodzić. Wiem jedno, chcę, żeby Artur umiał ładnie mówić po polsku... a później czytać. Angielskiego nauczy się w szkole, od nauczycieli, kolegów i tutejszych ludzi. A od kogo nauczy się języka polskiego, jak nie od nas, rodziców?

Poza tym, tworząc ten dzienniczek chciałam, żeby Artur oglądając go, pamiętał swoich dziadków, kuzynów i ogólnie całą rodzinę. Oczywiście nie wszystkich udało mi się odwiedzić, ale przy następnej wizycie postaram się nadrobić straty i wtedy mam w planach zrobić dzienniczek rodzinny, taki na zasadzie drzewa genealogicznego. Dzięki takim zdjęciom Artur nawet odwiedzając rodzinę raz na pół roku wie na przykład, kto to jest Maja i ciocia Gosia. 

Album z wakacji zrobiłam z kopert. Patent podejrzałam na tym filmiku.

Poniżej moja krótka instrukcja obrazkowa:



Mój album powstał z siedmiu kopert, dzięki czemu posiada pięć środkowych stron, okładki i dwie  "kieszonki" w których ukryłam kolorowe strony z biletami, krótkimi opisami wydarzeń i zdjęciami. Oczywiście takich kieszonek można zrobić więcej, według własnych upodobań.




Poniżej widać jedną z kieszonek, do której wsuwa się stronę ze zdjęciami i małą karteczką opisującą wydarzenia.








I tutaj znów strona z "kieszonką" i ukrytymi w niej skarbami.





Być może ten dzienniczek trochę odbiega od prawidłowego dzienniczka wydarzeń, ale najważniejsza dla mnie była reakcja Artura podczas oglądania tej pamiątki. Jego buzia była uśmiechnięta od ucha do ucha, ożywiły się wszystkie wspomnienia i cały czas powtarzał "chcę być golaś", "chcę iść do piachu", "zlobiś mi plazie?"
A na koniec rzekł "Chajna to była siąska".

No pewnie, że fajna :)

Jaki będzie ten wrzesień?

Ze strachem patrzę w kartki kalendarza i odliczam ostatnie dni sierpnia. Chciałabym pobyć jak najdłużej tu i teraz i nie myśleć, o tym, co czeka mnie we wrześniu. Tak, bo tradycyjnie już, od kilku lat, wrzesień u mnie jest szalonym miesiącem, który niesie ze sobą jakieś zmiany. A wraz z nimi niepokój, obawy, podekscytowanie, nieprzespane noce, radość i inne mieszane uczucia.

W tym wrześniu akurat mam trzy daty, które wzbudzają we mnie duże emocje.

1 września - trzecie urodziny Artura. To zdecydowanie będzie radosny dzień, pełen refleksji, uśmiechów i przytulańców. W tym roku po raz pierwszy postanowiłam zrobić tematyczne przyjęcie urodzinowe. Będą auta i wozy strażackie. W każdej wolnej chwili wycinam proporczyki, ozdabiam buteleczki i robię pompony. Uwielbiam takie zajęcia. W tym roku jest inaczej, bo Artur bardzo świadomie oczekuje Tego dnia. Ja też nie mogę się już doczekać.

2 września mam spotkanie rekrutacyjne w Collegu w sprawie kursu języka angielskiego. I o ile bardzo cieszę się, że w ogóle dostałam się do tej szkoły i nie będę musiała się już tułać po różnych ESOL'ach, o tyle czuję wielki stres na myśl o tym, czy ja  sobie tam poradzę? Jak to w ogóle będzie? I czy na pewno jest miejsce w żłobku dla Artura? Bo ogólnie składałam podanie o miejsce na kursy dzienne, 15 godzin w tygodniu ze żłobkiem dla synka, ale jak oni to rozważyli to nie mam pojęcia. Zaprosili mnie po prostu na wypełnienie papierów, test oceniający poziom mojego angielskiego, rozmowę z nauczycielem i inne papierkowe sprawy. Ale nie napisali dokładnie, jak takie kursy są zorganizowane. Zapewne dowiem się wszystkiego na miejscu (jeśli w ogóle coś zrozumiem ;)
Boję się niesamowicie.

I po tym stresującym dniu, który mam nadzieję skończy się dla mnie szczęśliwie, nastąpi poszukiwanie mieszkania. Bo 24 września kończy nam się umowa wynajmu naszego studia, w którym na razie się gnieździmy i jakoś dajemy radę, ale chcielibyśmy poszukać trochę większej o jeden pokój przestrzeni. Wstępnie już zaczęliśmy się rozglądać, ale za tydzień wzmożemy nasze poszukiwania o 200%. Mam nadzieję, że z pozytywnym skutkiem.
A jeśli już znajdziemy jakieś nowe gniazdko przyjdzie intensywny czas przeprowadzki, meblowania i zagnieżdżania się. Czy ja już mówiłam, że nie cierpię przeprowadzek? Tak, mówiłam, rok temu. I za jakieś dwa-trzy lata znów o tym napiszę. Bo przyszedł mi do łba taki pomysł, żeby jeszcze z parę razy się przemieścić z całym dobytkiem.

Wrześniu przybywaj! Oprócz tego, że już nie śpię po nocach i obgryzam paznokcie to w ogóle się ciebie nie boję. Nie boję się ciebie!




Zielony

Nic nie przychodziło mi do głowy oprócz pikniku na zielonej trawce. Ale przypomniało mi się, że jest taka zabawa w szukanie przedmiotów w domu w okreslonym kolorze. U nas oczywiście był to kolor zielony, zgodnie z tematem projektu Kreatywne Wakacje z Dzieciakami. Po odnalezieniu zielonych rzeczy można zacząć szukać żółtego, czerwonego lub innego z palety kolorów.
Zapraszam do zabawy.
Nam udało się wyłowić takie zielone skarby:



Wpis powstał w ramach projektu:

http://www.naszaprzygodadiy.pl/



Narysuj mi mamo!

Nie potrafię rysować. Niestety nie zostałam obdarzona takim talentem. Wycinać, wyklejać, tworzyć różne prace plastyczne to ja uwielbiam i mam do tego cierpliwość i jakiś tam dryg, ale żeby narysować choć jedno fajne autko, czy zwierzątko? Nie umiem.

Wiem, że dzieci uwielbiają, kiedy im się rysuje. Pamiętam jak pracowałam jeszcze w domu dziecka i przychodziła do nas wolontariuszka-plastyczka, siadała na stoliku z blokiem rysunkowym i ołówkiem, a wokół niej zaciekawione dzieci, wpatrujące się w ruch jej ręki, wędrujący ołówek i rysunek, który powstawał.

Artur też miał całkiem niedawno etap "narysuj mi mamo/tato", Najczęściej prosił o auto, albo ciuchcię, albo auto z przyczepą. Później szybko kolorował i po paru sekundach przychodził po jeszcze... i jeszcze. Cóż miałam począć? Na szybko gryzmoliłam twór przypominający pojazd i odprawiałam syna do kolorowania.

Aż pewnego dnia natknęłam się w Lidlu na taką książkę:


Pokazane jest w niej jak krok po kroku narysować auto, ciuchcię, rakietę, zamek i co tam jeszcze dziecięca dusza zapragnie. Muszę przyznać, że bardzo jestem zadowolona z tego zakupu. W końcu spędzam z synem bardzo miło czas na rysowaniu i kolorowaniu.

I kto by pomyślał, że jeszcze w tym wieku nuczę się rysować? Ale w końcu, czego nie robi się dla swojego dziecka :)
Jeśli zobaczycie gdzieś podobną książkę zachęcam do zakupu. Książka jest bardzo uniwersalna i jeśli nawet Wy nie macie problemu z rysowaniem, przyda się Waszym dzieciom.










Gadu Gadu

Artur myje ręce. Ja po raz kolejny mówię wierszyk "Myju myju" z nadzieją, że On kiedyś załapie na pamięć choć kilka słów. Wiersz kończy się: "za to w domu mnie kochają i czyścioszkiem nazywają"... na co Artur z pełną powagą rzecze:
- Amen


Czytamy książkę. Po dialogu "Cześć stary" Artur się oburza i mówi:
- Nie jetem staly.
Na to Zuzia również gotowa się wykłócać swoich młodych lat mówi:
- Ja też jestem młoda.
Ja oczywiście też musiałam coś rzec, skoro mowa była o młodości:
- Ja też jestem młoda.
Na te słowa Zuzia przewróciła oczami i stwierdziła:
- No tak nie do końca. Jesteś trochę taka zmiksowana.


Artur pyta wychodzącego tatę do sklepu:
- Tato kupiś mi atko?
- Autko to teraz dostaniesz dopiero na swoje urodziny - szybko odrzekłam
- No zaltujeś mamo! - Usłyszałam w odzewie


- Chodź ty mój kawalerze - mówię i sadzam go w wózku
- Nie jestem taleziem... Jestem Atul -  mówi mój kawaler


- Synku chodź zjeść owsiankę - wołam bawiącego się Artura.
- Ja cie nie lozumiem mamo  - mówi i bawi się dalej.
Typowy facet... już od najmłodszych lat nie potrafi zrozumieć kobiety.


O 4 nad ranem wślizguje się do naszego łóżka, łapie mnie mocno za szyję i w półśnie mówi:
- Mamusiu jetem dumny z ciebie.
Oo... ciekawe cóż mu się takiego śniło?  




Okrągłe - Kreatywne Wakacje z Dzieciakami

Połóżcie na stoliku kolorowe kółka wycięte z papieru, papilotki do muffinek, guziki, pomponiki bądź inne okrągłe przedmioty i zaproście dzieci do zrobienia swoich przyjaznych stworków. Pamiętajcie, żeby nadać im też imiona. Zapraszam do twórczej zabawy.








Przedstawiam Wam nasze stworki:

Eva Qwenn

Rosi The Princess

Ziefał


I na koniec coś niestworkowego, ale na pewno inspirującego przy wykonywaniu kartek lub laurek.



Wpis powstał w ramach projektu

http://www.naszaprzygodadiy.pl/2014/07/kreatywne-wakacje-z-dzieciakami.html