Słodkie babeczki na Dzień Dziecka i Arturowe prezenty



Babeczki są wilgotne, słodkie i przyjemnie rozpływają się w ustach. Na pewno przypadną do gustu każdemu dziecku. Przepis znalazłam oczywiście na blogu Moje Wypieki. Po moich niewielkich modyfikacjach przedstawia się następująco:

Składniki (na ponad 12 babeczek):
  • 125 g masła
  • 150 g cukru pudru
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 3 dojrzałe banany
  • 4 łyżki kwaśnej śmietany
  • 2 jaja
  • 1 łyżeczka sody 
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 300 g mąki pszennej
  • 50 g żurawiny (w pierwotnym przepisie są wiśnie, ale wiśnie u mnie bardzo szybko znikają więc tylko żurawina się została)
  • 50 g białej czekolady
Banany rozgnieść widelcem. Żurawinę i białą czekoladę posiekać. W dużej misce wymieszać dokładnie mąkę z proszkiem do pieczenia i sodą.
W garnku rozpuścić masło. Zdjąć z ognia (chwilę przestudzić), dodać cukier puder, ekstrakt z wanilii, rozgniecione banany, śmietanę, jaja i wymieszać. Masę przelać do miski z mąką, dodać żurawinę i czekoladę i wszystko razem jeszcze raz wymieszać.

Ciasto na babeczki wylać do foremek na muffinki, piec w piekarniku nagrzanym do 180 st około 20 minut - do jasnozłotego koloru.

Nasze wyszły pyszne... przy tylu łapkach do pomocy nie mogło być inaczej!



Arturowe prezenty czekają grzecznie w szafie. Do jutra. Już nie mogę się doczekać... uwielbiam dawać prezenty!





* Wspaniałomyślny organizer do malowania i pojemnik w liski wyszły spod rąk Hally. Koniecznie zajrzyjcie do niej na bloga!

Oto jest Londyn - po raz drugi

Po raz kolejny wyruszyłam na podbój Londynu z książką Miroslava Saska w ręku. I ponownie jestem pod wrażeniem książki... i samego miasta.


A co tym razem zwiedziliśmy?
Pomnik zwany Temple Bar Memorial za którym zaczyna się dzielnica City of London. Jest ona sercem miasta. W starożytności cały Londyn mieścił się tylko w obrębie właśnie tej dzielnicy. 



Najważniejszy budynek w Anglii - Bank of London. Inaczej zwany "strażnikiem brytyjskiego funta". Budynek zajmuje powierzchnię 12 000 metrów kwadratowych i posiada ogromne skarbce, leżące głęboko pod ziemią.


W książce ilustracja przedstawia także Royal Exchange, czyli Giełdę Królewską. Niestety nie udało mi się tego uchwycić na jednej fotce.



Katedra Świętego Pawła, która zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Jest trzecią pod względem wielkości, największą katedrą na świecie (zaraz po Bazylice Świętego Piotra w Watykanie i katedrze w Lourdes). Znajduje się w niej grobowiec admirała Nelsona i innych sławnych osób z historii Anglii. Poza tym, to właśnie tutaj odbył się "ślub stulecia" - Karola i Diany.




Monument - pomnik upamiętniający wielki pożar w Londynie, który w 1666 roku zniszczył większą część miasta. Ma 62 metry wysokości, jest najwyższą kamienną kolumną na świecie i posiada balkon widokowy, z którego można podziwiać panoramę Londynu.




Kolejny piękny obiekt, który warto zobaczyć na własne oczy - Tower Bridge. Jeden z najsłynniejszych mostów zwodzonych na świecie.




Tower of London, oficjalnie zwana Pałacem i Twierdzą Jej Królewskiej Mości. Przez wieki budowla służyła jako forteca, pałac królewski i więzienie, z którego nie było ucieczki (podobno). Symbolem Tower of London są kruki, które do dziś mają zapewnioną opiekę i wyżywienie (budżet państwa zapewnia im nawet stawkę żywieniową). Wszystko to przez legendę, która głosi, że jak długo w Tower of London będą mieszkać kruki, tak długo istnieć będzie brytyjskie imperium.



Na koniec porównanie biletów na transport w Londynie... jak wyglądały 50 lat temu i jak wyglądają teraz:




I jeszcze na koniec, stary Piętrus, który jeszcze jeździ po Londynie. 


I coś dla miłośniczek (-ków) balerinek:


Pierwsza część wpisu Oto jest Londyn TUTAJ

* informacje zaczerpnęłam z książki Miroslava Saska "Oto jest Londyn", Wikipedii oraz z dotychczasowego pobytu w Londynie.

Spy Day - 5

Ten spajdej będzie zupełnie inny. Owszem będzie szczegółowa relacja dnia, ale pod kątem kulinarnym. Coś w stylu - co zeżarłam godzina po godzinie?  Są dwie przyczyny tego przewrotnego spajdeja, ale nie będę zanudzać. Indżoj!

Śniadanie, około 9:00 - szparagi zapieczone z jajkiem i posypane parmezanem - średnio to wygląda, bo zapomniałam wyjąć z piekarnika na czas.


II śniadanie - nektarynka, posypana musli, polana jogurtem greckim tłustym (tylko taki lubię) i posypana ciemnym kakao.


Jako, że to był akurat dzień kursu ESOL, który zaczyna się o 13:00, na wynos wzięłam (i zjadłam) babeczki serowe z brokułami i pomidorki.


Po powrocie mam chwilę słabości... no i te ciastka tak pięknie się do mnie uśmiechały.


Około 18:00 jem późny obiad z mężem - chińszczyzna domowej roboty.


No i około 20:00-21:00 dopada mnie głód. Kiedyś zajadałam się Pringlesami albo jakimiś czekoladkami. Ale przecież wakacje tuż, tuż... trzeba jakoś zmieścić się w kostium kąpielowy, najlepiej ten sprzed roku :) Dlatego zapycham się pistacjami, nerkowcami albo warzywami z humusem. Nie wiem, czy to zdrowo, ale śpi mi się wybornie :)




A że dzisiaj jest wyjątkowy dzień,
 wszystkim mamom życzę, 
aby ich dzieci były zawsze szczęśliwe i zdrowe!

Pierwsza wizyta w bibliotece

Jakiś czas temu myślałam nad zapisaniem Artura do biblioteki. Mieszkamy chwilowo na bardzo małym metrażu i nie jestem w stanie pomieścić wszystkich książek, które nam się podobają i chcielibyśmy spędzić z nimi choć kilka wieczorów. Dlatego w końcu wybraliśmy się do biblioteki. Tam to dopiero są zbiory! Wszystkie książki mogą być nasze na trzy tygodnie, z możliwością przedłużenia.




Bardzo pozytywnie odbieram pierwszą wizytę w bibliotece. Szczerze mówiąc, odwlekałam ten wypad z obawy, że językowo nie podołam, ale nie było tak źle. Artur dostał swoją osobistą kartę członkowską, dwie piękne książeczki na dobry start i torbę na ramię, z którą będziemy chodzić do biblioteki. No i co mnie bardzo zdziwiło, możemy korzystać nie tylko z tej jednej biblioteki, gdzie wyrabialiśmy kartę, ale ze wszystkich, które mieszczą się w danym okręgu, a jest ich aż dziesięć.



Ogólnie możemy wypożyczyć po 15 książek na głowę! Pan się mocno zdziwił, kiedy podeszłam do niego tylko z czterema sztukami. Nie no sorry, wielbłądem to ja nie jestem, a bibliotekę mam tak blisko, że mogę tam chodzić co parę dni i wymieniać książki. Poza tym, w tym oddziale nie ma polskich książek, wiec postanowiłam zostawić sobie miejsce na karcie, coby pojechać do dalszej biblioteki i wyposażyć się w książeczki po polsku.

No i jest jeszcze jeden powód, dlaczego wzięłam tylko 4 książki, a nie na przykład 6. W sali dla dzieci, gdzie są regały z książkami, są także stoliczki i mnóstwo poduch rozłożonych na podłodze, coby sobie przycupnąć i się zrelaksować z dziecięciem przy książce. I wszystko odbyłoby się tak, jak nakazuje reguła biblioteki, gdyby nie to, że w owej sali, dwóch chłopców (polskich) rzucało się tymi poduszkami, zagłuszając piękną ciszę biblioteki. Oczywiście Artur nie mógł sobie darować takiej zabawy i dołączył do "demolki". Wzięłam go "na bok", wytłumaczyłam po co się przychodzi do biblioteki, zainteresowałam książeczkami i Artur usiadł przy mnie 2 sekundy po czym znów dołączył do kolegów, tym razem do biegania pomiędzy regałami. Dlatego wybrałam na szybko 4 książki, wzięłam Artura za rękę i przeczuwając zbliżającą się zagładę, po prostu stamtąd uciekłam. Wrócę za kilka dni na pewno... mam nadzieję, że nasze wizyty i wizyty chłopców już nigdy się nie zsynchronizują.
A oto książki, z którymi pospiesznie ewakuowałam się z biblioteki. Najciekawsza okazała się ta o urodzinach Spota, która ma otwierane okienka.

Muszę się też przyznać, że na przyspieszoną wizytę w bibliotece miała wpływ moja obecność na kursie Family Learning. Bo w tym semestrze, oprócz kursów ESOL, rzuciłam się też na darmowy, sześciotygodniowy kurs organizowany w Children's Centre. Ogólnie kurs ten ma za zadanie zintegrować rodzinę, umocnić relacje i przede wszystkim pokazać rodzicom jak uczyć dziecko przez zabawę. No i certyfikat dostanę, który jest mile widziany w mojej późniejszej karierze, jaką zamierzam tutaj rozpocząć - czyli pracę z dziećmi.

Chodzę tam z Arturem w każdy poniedziałek, na pięć godzin. Opieka nad maluchem i lunch też są wliczone w darmowy pakiet. Dwa zajęcia już za mną. Po każdym kursie wychodzę obładowana w świetnie pomoce dydaktyczne. Jak dotąd, jestem bardzo zadowolona. Obawiałam się czy to na pewno dobry pomysł iść na taki kurs z moją lichą znajomością angielskiego, ale jak na razie podążam za myślą naszej trenerki. Połowa rodziców uczęszczających na kurs to też obcokrajowcy, gdzie angielski jest ich drugim językiem, więc nie jestem sama. Przez kilka kolejnych zajęć będziemy robić Story Sacs, czyli Historie w Sakiewkach. Zawsze chciałam zgłębić temat tych "bogatych" woreczków. Będziemy pracować na książce pt "Handa's surprise", którą dostałam na pierwszych zajęciach.





No to tego... jakby nie paczeć, ukulturalniamy się!


Uwielbiam!

Kiedy nad ranem kładzie swoje rozgrzane łapki na mojej twarzy, niczym łagodzący kompres na bolące miejsce. Pyta "Mamusiu juś?" I ładuje się pod kołderkę, podkurcza nóżki, składa rączki i mówi "Ja dzidzuś". Uwielbiam!

Kiedy idziemy na spacer, jego mała, pulchna rączka w mojej ręce. Rozgląda się badawczo po całym świecie. Tu robaczek, tam wielkie auto, kwiatuszek, biedronka i chmurka. Patrzę jego oczami i poznaję rzeczywistość na nowo. Uwielbiam!

Kiedy zasiadamy do czytania książeczek. Przynosi swój ulubiony kocyk, w autka oczywista oczywistość. I przykrywa nas. Z wielką uwagą wpatruje się w każdy szczegół ilustracji. Słucha, wtóruje, czasem się zaśmieje. Uwielbiam!

Kiedy się śmieje zaraża radością wszystkich w promieniu 20 metrów, a nawet i kilometrów. W życiu się tyle nie śmiałam co teraz, odkąd jest On. Biorę tą roześmianą buzię w ręce, całuję rumiane poliki, spłaszczony nosek i czółko. Uwielbiam!

Kiedy maluje farbami wymachując pędzelkiem, rozkazuje mi wycisnąć z tubki określony kolor. Skupia się nieziemsko, ściągając górną wargę w dziubek. Czasem też, przed zrobieniem kolejnej czarnej plamy, zamyśli się głęboko na chwilę. Uwielbiam!

Kiedy płacze przybiega do mnie, wtula się mocno w moją pierś, prosi o pocałowanie bolących miejsc. Pocieszam, zagaduję, całuję i chowam w ramionach. Uwielbiam!

Kiedy kładzie się spać, aż podskakuje na myśl, że zaraz go szczelnie opatulę kołderką i podam rękę do miętoszenia. I zaciska mocno oczy, głośno wydobywając z siebie "haaa-psi, haaa-psi". I zasypia dwie chwile po tych wygłupach. Jego buzia robi się spokojna, żaden grymas już nie zdradza minionego dnia. Całuję go delikatnie w czółko, głęboko wdychając słodki zapach jego włosków. Uwielbiam!

Kiedy mówi, mówi, mówi. Głosik ma nadal jak Setsuko z filmu "Grobowiec świetlików". I tak nieumiejętnie składa zdania, myli "jeszcze" z "już", "teraz" z "potem". Każdy jego nowy wyraz chcę zapamiętać na zawsze. Mimikę twarzy, ruch warg i te małe, białe ząbki, jak perełki, które pojawiają się podczas wypowiadania niektórych wyrazów. Uwielbiam!

Kiedy bawi się sam, leży na macie imitującej ulicę i rozmawia ze sobą. Mówi do swoich autek i ludzików. Pokrzykuje. O Bożym świecie zapomina. Potrafię rozróżnić kiedy jedzie autem, a kiedy jedzie motorem. Bo to przecież inny odgłos paszczowy jest. Uwielbiam!

Kiedy obejmuje mnie swoimi rączkami. Ściska z całych sił, wykrzykując "Ja tulam mame, mocio!". Odgarnia włosy z mojej twarzy, by uważnie mi się przyjrzeć. I mówi wtedy "Ja mamy i taty".

Tak synku, jesteś nasz na zawsze!

Migawki Tygodnia

 Będzie risotto ze szpinakiem i suszonymi pomidorami

Mój imieninowy prezent

Pizza, kopytka i lody... mniam

Kurczak tandoori - według tradycyjnego przepisu, który zdobyłam od niedawno poznanej Hinduski - soczysty, ale baaardzo ostry

Domek

Śniadanko Artura

Artur zapatrzony w Tamizę

Tak Artur "dopakował" torbę według własnych potrzeb

Język na brodzie i wiatr we włosach... znaczy się przejażdżka na automacie

Nadal biegam... jeszcze mi się nie znudziło. A to widok parku w niedzielny poranek

Na koniec absolutny hicior! Ten pojazd jeździ najnormalniej w świecie po ulicach Londynu!