Angielskie żłobki pod lupą

Mam za sobą kolejny semestr kursów języka angielskiego dla obcokrajowców. Tym samym, Artur ma za sobą pobyt w trzech żłobkach prowadzonych przez placówki, które organizują dany ESOL. Na początku bardzo martwiłam się o tą różnorodność którą funduję synkowi. W końcu, codziennie spędzał dwie godziny w innym miejscu, z innymi opiekunkami i praktycznie z innymi dziećmi. I chociaż co tydzień, odbywał pielgrzymkę po tych trzech żłobkach, myślałam, że będzie mu bardzo trudno przyzwyczaić się do tych miejsc.

Okazało się, że Artur już od początku bardzo dobrze rozpoznawał każdy żłobek. I albo już od samej placówkowej bramy potrafił marudzić i chlipać, albo iść w podskokach z uśmiechem na twarzy. Bo jak się okazało, wszystko zależało od miejscówki i opiekunek, a nie od rozłąki z matką.

Pierwszy żłobek, ten do którego chodzimy w poniedziałki, Artur zaakceptował od razu bez żadnych przedłużających się pożegnań ze mną. Myślę, że w większości zadecydował o tym fakt, że pracuje tam polska opiekunka, którą Artur w pełni rozumie i może z nią porozmawiać. Owszem, jeśli chodzi o inne opiekunki to też chętnie się z nimi bawi i je wita, ale największą rolę odgrywa pani, która mówi w jego języku. Mimo, że dostałam sygnał od opiekunek, że Artur zaczyna już sporo rozumieć w języku angielskim. Ten żłobek ma też bardzo dużą salę z mnóstwem zabawek i placem zabaw, na który często dzieci wychodzą. Dlatego Artur chodzi najchętniej do tego żłobka. Czasem wręcz piszczy jak zbliżamy się do budynku.

Drugi żłobek niestety nie ma już polskiej opiekunki i od czasu do czasu Artur płacze, kiedy wychodzę. Widzę, że brakuje kogoś, kto by go "zagadał". Bo czasem, samo pokazanie ciekawej zabawki i mówienie w jakimś dziwnym języku nie wystarcza. Ale ten żłobek ma bardzo duży plus - jest wielki i "wypaśnie" (chciałabym napisać zajebiście, ale chyba nie wypada) wyposażony. Znajduje się basenik z kulkami, miejsce z zabawkami, piaskownica, stojący basenik z wodą (nie wiem jak to się nazywa, ale dosłownie tak to wygląda) i całe mnóstwo stolików z różnymi masami plastycznymi, puzzlami, klockami i innymi duperelami od którego dostaję oczopląsu. No i na zewnątrz świetny plac zabaw. To zdecydowanie rekompensuje Arturowi brak polskiej opiekunki. Zazwyczaj po zajęciach w tym żłobku Artur wychodzi mokry od szyi po pas (to zapewne wina tej wielkiej miednicy z wodą na stojaku). I kiedy po niego przychodzę wita mnie słowami "Mamo, sio!" (o jak ja się cieszę, że tam jednak nie ma polskiej opiekunki i nikt nie wie, co też to dziecko do mnie mówi).

Trzeci żłobek wypada najgorzej. I to na widok jego budynku Artur zaczyna już popłakiwać. I najgorsze jest to, że akurat właśnie tam chodzimy dwa razy w tygodniu, po dwie godziny. Dla mnie dobrze, bo placówka organizuje dużą ilość godzin nauki angielskiego...ale dla Artura gorzej. To właściwie nie jest nawet pokój, w którym przebywałyby dzieci z opiekunkami. Jest to po prostu duża sala, w której wszyscy urzędują (opiekunki, dzieci, kucharki, które gotują w kuchni obok obiad, wolontariusze i organizatorzy). W kącie ustawiony jest stolik dla dzieci, kilka zabawek, konik na biegunach i zjeżdżalnia. Miejsce mało atrakcyjne. No i nie ma placu zabaw na zewnątrz. Ale najgorsze dla Artura jest to, że widzi tam ciągle nowe twarze. Owszem, dużo już osób poznaje, wita się z nimi, ale takie "przetwieranie" się obcych bardzo go niepokoi. Artur zawsze rozpacza, kiedy wychodzę. Ale zawsze kiedy wracam, witam go uśmiechniętego, zabawionego z dziećmi i opiekunką. Dlatego nie rezygnuję z tego miejsca, bo wiem, że ta rozpacz jest tylko chwilowa.

Tak sobie myślę, że Artur jest przygotowany na żłobek, na rozłąkę ze mną, na zabawę z dziećmi... wszystko tylko zależy od opiekunek i atrakcyjności miejsca. Gdybym miała ten komfort i mogła przebierać w tych żłobkach to oczywiście wybrałabym te, gdzie Artur czuje się najbardziej komfortowo. Ale niestety, nie ma tak dobrze.
Za dwa tygodnie, zaraz po świętach, znów zaczynamy maraton po żłobkach i Esolach. Mam taką cichą nadzieję, że Artur z dnia na dzień polubi wszystkie te miejsca jednakowo, a ja będę mogła ze spokojem iść na zajęcia i chłonąć jak gąbka obce mi słówka.


4 komentarze:

  1. Fajnie, że Artur potrafi się dostosować, napewno możesz być dzięki temu spokojniejsza :)

    OdpowiedzUsuń
  2. To dobrze, że Artur polubił żłobek i daje radę. Jestem ciekawa jak mój Junior we wrześniu w przedszkolu sobie poradzi..

    OdpowiedzUsuń
  3. Fajna możliwość skorzystania ze żłobków na godziny. Dobrze, że Artur się dostosowuje tak elastycznie i że niechec jest tylko chwilowa.

    OdpowiedzUsuń
  4. Mądry chłopak, fajnie, że sobie tak radzi w różnych miejscach i sytuacjach. To zaprocentuje w przyszłości :)

    OdpowiedzUsuń