Pół roku na emigracji

24 marca minęło równe sześć miesięcy od przeprowadzki do Londynu. W dużym stopniu odzyskałam spokój psychiczny. Wszystkie obawy i lęki, które wcześniej wyrastały do rangi olbrzymich problemów, teraz są malutkie i niewarte wspominania. Sprawy urzędowe i mieszkaniowe udało nam się jakoś ogarnąć. I chociaż wiem, że jeszcze takich sytuacji będzie wiele to podchodzę do nich z większym dystansem i pewnością. 

Jeśli chodzi o moje obawy związane z orientacją na całkiem nowym terenie, też zostały ujarzmione. Niestety nie mogę jeszcze powiedzieć, że mapę Londynu mam w małym palcu, ale kiedy ktoś rzuca nazwę jakiejś pobliskiej dzielnicy, wiem gdzie to jest i jak, mniej więcej, tam trafić.

Nadal, bardzo dużą barierą jest język. Owszem, jest lepiej. Jestem bardziej pewna siebie w kontaktach z obcokrajowcami. Dużo więcej rozumiem niż na początku. Potrafię z tego ich szybkiego bełkotu wyłapać słowa i zrozumieć o co chodzi. Bez żadnych podchodów już i nieśmiałości kupuję warzywa w zieleniaku, gdzie niezbędny jest "kontakt językowy" ze sprzedawcą. I w innych sklepach, czy to z odzieżą, czy obuwiem podchodzę do pracowników i nie boję się pytać... tak jak kiedyś. Ale, nadal mam duży problem z mówieniem... mam nadzieję, że niedługo się odblokuję. Robię co mogę, żeby poprawić tą swoją sytuację. Tak jak wcześniej pisałam, chodzę na darmowe kursy dla obcokrajowców. Od września mam zamiar iść też do płatnej szkoły, skąd mam nadzieję, jeszcze więcej umiejętności wyniosę... no i jakiś papier będzie.

Zawarłam też dużo nowych, ciekawych znajomości, nie tylko z rodakami. Nie odczuwam samotności w tym wielkim mieście. Absolutnie się nie nudzę... wręcz przeciwnie, nadal brakuje mi czasu na wszystko. Mam dużo pomysłów na siebie, na życie... londyńska mgła nie przyćmiła świeżości mojego umysłu.

Codziennie spotykam się z dużą dawką sympatii, uśmiechów i życzliwości. Owszem zdarzają się "czarne owce" jak to w każdym społeczeństwie bywa, ale i tak bardziej pozytywnie odbieram tutejszych ludzi. I być może to pierwsze zachłyśnięcie Londynem minęło... lukier zmieszał się z szarą codziennością, ale czar nie prysnął, a moja miłość do tego miejsca nadal trwa.








Wyspa gier

                                                                                                   *Wpis sponsorowany

W tym miesiącu mamy dla Was dwie nowe gry online.
Pierwsza z nich to gra logiczna, Pożeracz Kryształów.
 


http://www.wyspagier.pl/pozeracz-krysztalow.htm


Zbierz wszystkie kryształy ale uważaj, żeby żaden Cię nie trafił bo wtedy zginiesz! Możesz zjadać zielone bloczki i odpychać niebieskie kulki ale nie daj się trafić.
Ta gra przypomina trochę znaną Supaplex, którą być może ktoś z Was pamięta. Gra zawiera 25 różnych poziomów a celem jest zebranie wszystkich różowych kryształów. Ukończ poziomy w określonym czasie: rodzaj medalu jaki zdobędziesz zależy właśnie od szybkości z jaką przejdziesz poziom. Ukończ poziom tak szybko jak tylko potrafisz.
Oprócz zaliczania kolejnych etapów, spróbuj także odblokować wszystkie 24 osiągnięcia. Osiągnięcia są podzielone na 8 grup: zabij x potworów, zbierz x kryształów, wykop x kostek, zgiń x razy, zarób x punktów, graj x minut, ukończ x poziomów i, w końcu, wygraj x złotych medalów. Zatem możesz odblokować 3 osiągnięcia w każdej grupie.
Pierwszy poziom jest dosyć łatwo przejść: wystarczy, że zbierzesz tylko 8 diamentów. Na tym etapie nie natrafisz na żadnego łotra czy niebieskie piłki. Unikaj tylko zderzenia z diamentami. Na drugim etapie musisz zebrać 9 diamentów. Dotrzesz do miejsca z diamentami poprzez odepchnięcie kilku niebieskich kul. Na tym poziomie również nie powinno być żadnych problemów. W kolejnym poziomie, wszystkie diamenty i kilka niebieskich kul znajduje się w lejku zamkniętym przez zielone kostki. Pozbądź się tych zielonych kostek ale uważaj aby nie zostać trafionym przez diamenty lub niebieskie kulki. Spróbuj zagrać w resztę poziomów bez pomocy. Powodzenia!


Rycerz przeciw Olbrzymowi
Dawno, dawno temu olbrzym i różnego rodzaju wrogie potwory sterroryzowały górską wioskę. Mieszkańcy wsi nie wiedzieli co robić, dopóki nie pojawił się Biały Rycerz. Na własną rękę prowadził wojnę aby ocalić wioskę. W grze pod tytułem „Rycerz przeciw Olbrzymowi” sterujesz tym rycerzem. Spróbuj pokonać wszystkie potwory i olbrzyma.
Używaj klawiszy W,A,S,D aby kierować rycerzem. Naciskaj lewy klawisz aby atakować swoim mieczem i klawisz w dół aby wykonać specjalny atak. Używaj prawego klawisza aby uderzać. Jedz mięso aby pozostać zdrowym oraz pij napoje w celu zachowania dobrej kondycji. Napoje i mięso (w postaci udek kurczaków) zdobędziesz pokonując potwory. Zabijaj potwory aby zdobywać złoto. Możesz użyć złota aby ulepszać swoje umiejętności, zbroję i miecz. Udaj się do kowala (który mieszka w drewnianej szopie po lewej stronie wsi) aby wykonać te ulepszenia. Nie daj się zabić ponieważ stracisz połowę swojego złota. Pozostała połowa zostanie rozsypana w miejscu w którym zginąłeś. Naciśnij logo niebieskiego namiotu na dole ekranu aby zapisać stan gry.
Nie można od razu walczyć z olbrzymem: na początku nie jesteś gotowy do walki. Na początku spróbuj pokonać niebieskiego potwora, wtedy będziesz mógł zrobić ulepszenia i stać się silniejszym. Potem możesz przekroczyć rzekę, przez most, i podjąć walkę z mocniejszym czerwonym potworem. Na końcu, gdy jesteś już dość mocny, możesz walczyć z olbrzymem. Kiedy go pokonasz i odblokujesz wszystkie osiągnięcia, gra się skończy. Ocal wioskę i zapisz się na kartach historii jako prawdziwy bohater!




* Wpis nie jest mojego autorstwa

Co przywiozłam z Polski?

Dzisiejszy post zdecydowanie jest tym z gatunku "chwalę się". Muszę Wam pokazać, co udało mi się zakupić i upolować w polskich sklepach, szczególnie w księgarniach i antykwariatach. Najbardziej brakuje mi na obczyźnie polskich książek dla dzieci, dlatego ogromnie cieszę się ze swoich zdobyczy.


Książeczki z pięknymi ilustracjami, zakupione w Tesco, za 2,99 zł sztuka.



I inne, które od dawna widniały na mojej łiszliście.


Wiem, wiem, w moim przypadku to paradoks, kupić w Polsce książkę o Londynie.


O "Alfabecie" Wechterowicza będzie u mnie jeszcze głośno.



I Elmer wygrany u Hafij



Książki, które cieszą najbardziej to te upolowane w antykwariacie... cena od 3 do 6 zł za sztukę, niektóre są tak nowe, że jeszcze pachną farbą drukarską. Jeśli chodzi o Pana Pierdziołkę, to jest to nasza wspólna książka - Artur głównie ogląda ilustracje, ja czytam i śmieję się w głos.




Udało mi się też zakupić dwie pierwsze książeczki ze zwierzątkami z kolekcji "Przyjaciele z lasu". Te figurki nas oczarowały.



No i oczywiście nie mogłam zapomnieć o książeczkach z zadaniami. Niektóre z nich Artur dostał w prezencie od rodzinki.



Obok gier też nie przeszłam obojętnie... większość łupów pochodzi z Biedronki.



No i moje scrapki... cały zapas papierów i tekturek.



Nie mogło zabraknąć też polskiego rękodzieła.
Po pierwsze, pyszna biżuteria od Natajki


Po drugie - piękne paputki od Pani Marii



Po trzecie - klasyczna torba-listonoszka od KayaStudio


Kotlety drobiowe inaczej

Będąc przy sobocie podsyłam Wam przepis na pyszne kotleciki z piersi drobiowych. Arturowi bardzo przypadły do gustu... mam nadzieję, ze Waszym pociechom też zasmakują.

Składniki:
  • 2 pojedyncze piersi z kurczaka
  • 3 jaja
  • pół pęczka natki pietruszki
  • 2 łyżki zmielonych otrębów
  • 1  kulka mozarelli
  • 1/2 łyżeczki soli
  • pieprz, czosnek granulowany lub inne ulubione przyprawy
Piersi myjemy i kroimy w drobną kosteczkę. Solimy i doprawiamy według własnego upodobania i odstawiamy kurczaka do "przegryzienia".
Białka oddzielamy od żółtek. Z białek ubijamy sztywną pianę. Mozzarellę ścieramy na dużych oczkach tarki. Natkę myjemy i siekamy.

Do mięsa dodajemy żółtka, otręby, natkę pietruszki, ser i ubitą pianę. Mieszamy wszystko delikatnie.
Jeśli masa jest zbyt rzadka dodajemy jeszcze trochę otrębów. Niestety wszystko zależy od wielkości jaja i sera i nie jestem w stanie podać dokładnej ilości otrębów.

Kotleciki nakładamy łyżką na patelnię, tworząc tak zwane "dyski". Smażymy na niewielkiej ilości oleju z obu stron, na złoty kolor.

Takie kotleciki świetnie sprawdzają się też w domowej wersji burgerów.


Inspiracja STĄD

Dziecko w samolocie

Dzieci różnie przeżywają lot samolotem. Artur zazwyczaj dobrze znosi takie podróże. Raz tylko jedyny wymiotował, ale był wtedy przeziębiony i ogólnie czuł się okropnie. Moja siostra podaje mojej chrześnicy lek łagodzący chorobę lokomocyjną i zakleja jej pępek plasterkiem. My na szczęście (przynajmniej na razie) nie mamy takiego problemu. Rzekłabym nawet, że to ja gorzej znoszę lot od mojego synka.

Podczas startu i lądowania zatykają się nieprzyjemnie uszy z powodu szybko zmieniającego się ciśnienia. I to właśnie wtedy na pokładzie samolotu słychać najwięcej płaczu. Warto w tych dwóch momentach podać dziecku coś do picia lub żucia (niemowlętom można podać pierś lub butelkę z mlekiem/wodą, starszym pociechom np.: lizaka/cukierka/gumę).

Jeśli chodzi o prowiant to spokojnie można wnieść do samolotu jedzenie dla dziecka. Obecnie Artur jest już na tyle duży, że przygotowuję mu tylko kanapki, owoce i ewentualnie mus owocowy czy jogurt w tubce. Wcześniej były to słoiczki z obiadkiem/owocami i mleko w proszku. Czasami (wszystko zależy od strażnika) musiałam odkryć słoiczek i spróbować zawartości. Jeśli chodzi o picie to w bidonie można przewieźć tyle płynu ile pomieści dana butelka (oczywiście zdarza się tak, że musimy spróbować przy strażniku danego napoju).  Natomiast soczki o pojemności większej niż 100 ml odpadają w przedbiegach. Kiedyś straciłam trzy soczki w kartoniku ze słomką - od tamtej pory zapas picia robię już po odprawie, w sklepach wolnocłowych.

Kiedy Artur był mniejszy zawsze brałam do samolotu kocyk, bo na pokładzie temperatury bywają różne. Teraz ubieram go po prostu "na cebulkę". A jeśli zdarzy mu się drzemka przykrywam go swoją kurtką. Zdecydowanie wolę zabrać więcej zabawek czy książeczek zamiast kocyka. Warto rozejrzeć się, jeszcze na długo przed podróżą, za nowymi, ciekawymi zabawkami. Nie muszą być drogie, czasem mała "pierdółka" potrafi zaciekawić dziecko na długie minuty. Można postawić też na ulubioną, sprawdzoną zabawkę czy książkę. U nas świetnie sprawdził się znikopis (Artur wcześniej nie miał z nim do czynienia). Polecam też wszelkie książeczki z naklejkami czy zadaniami i zagadkami. Pamiętajmy jednak, żeby zabawki nie były grające... coby nie irytować innych podróżujących. Przed podróżą zadbałam także, aby nasze telefony były maksymalnie naładowane, a na karcie znalazła się jakaś nowa bajka, tak aby w chwili kryzysu wspomóc się nią.

Warto też, przed zajęciem swoich miejsc i przed startem, spakować do małej torebki lub dziecięcego plecaczka, rzeczy, które będą potrzebne "tu i teraz", czyli picie, przekąski i zabawki. Doświadczenie nauczyło mnie, że nie zawsze mamy szybki dostęp do bagażu podręcznego, który znajduje się w luku nad naszymi głowami. Dlatego, pakując się w domu, odkładam wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy w małą torebkę, którą na pokładzie trzymam na kolanach lub między siedzeniami.

Artu leciał samolotem pięć razy. Z perspektywy czasu muszę stwierdzić, że im dziecko starsze, tym łatwiej się z nim podróżuje. Odkąd synek skończył 2 latka, siedzi już na swoim fotelu i uwielbia podróżować na tej swojej "przestrzeni". Jak tylko zajmie swoje miejsce, zapina sobie pasy (z niewielką pomocą rodzica) i zadowolony czeka na start samolotu. Mam nadzieję, że tak będzie już zawsze.









Powrót i głowa pełna przemyśleń

Wczoraj, późnym wieczorem, wróciliśmy z Polski. Samolot wystartował z takimi turbulencjami, że w głowie miałam już same czarne myśli. Lot bardzo się wydłużył. Ale szczęśliwie jesteśmy już w domu. I chociaż jeszcze nie jestem do końca rozpakowana, w lodówce mam praktycznie tylko światło, a w mieszkaniu panoszy się dwutygodniowy bałagan, siedzę i piszę... coby z głowy nie uciekły przemyślenia.

W domu mojej mamy czułam się tak, jakby czas nie miał tam wstępu. Codziennie zasypiałam pod pościelą pachnącą żelazkiem. Zajadałam się kopytkami, zrazikami w sosie i pierogami. W niedzielne poranki rozbrzmiewała z radia msza święta. Babcia cichutko krzątała się po domu... jak zawsze. I ten znak krzyża robiony na chlebie przed pokrojeniem. Tęskniłam za tym.

Czas spędzony z rodziną i znajomymi był wspaniały. Jednego wieczoru zaczęłam czytać Arturowi wyliczanki Pana Pierdziołki, które upolowałam w antykwariacie. Po chwili przyszła moja babcia i usiadła obok mnie wsłuchując się z zaciekawieniem. Zaraz po tym, przyszła moja mama i usiadła z mojej drugiej strony. Czytałyśmy te wyliczanki z naszego dzieciństwa zaśmiewając się na cały dom... Wspomnienia tak piękne pachną.

Jeśli chodzi o moje miasto, to rozmyślania mam już trochę mniej radosne. Wcześniej tego nie zauważałam, nie miałam porównania, ale teraz zdecydowanie mogę powiedzieć, że Łódź to miasto starych ludzi. Gdzie są ci wszyscy młodzi? No i gdzie te dzieci? Przez cały tydzień mogłam na palcach u rąk policzyć dziecięce wózki które mijałam... młodych ludzi też jak na lekarstwo.

Poza tym, ceny produktów i kultura kierowców nadal pozostawia wiele do życzenia. Wysokości cen nie będę komentować. Szkoda moich nerwów. Ale zjawisko, gdzie przechodzę przez jezdnię na pasach z myślą "przejedzie mnie, czy nie przejedzie?" "zdążę przejść, czy nie zdążę?" mogłoby ulec zmianie. Mój mąż, jako kierowca, też potwierdza, że brakuje uprzejmości na polskich drogach.

I nadal twierdzę, że w Polsce mniej ludzi się uśmiecha. Mniej jest życzliwości, tolerancji, optymizmu i kolorów. Anglia tętni życiem. Jest tutaj mnóstwo młodych ludzi i jeszcze więcej dzieci. Starsi ludzie też są, oczywiście, ale nie są tak zasępieni i zaszczuci strachem o przyszłość. Na dzień dzisiejszy wiem jedno, emigracja była dobrą decyzją.


Znikopis z funciaka i półgodzinny spokój w samolocie



Nie ma to jak przejażdżka ciufcią!


U dziadka na działce z rówieśnikiem Guciem





Doda!


Przebieranki z kuzynką


Ostatnia noc



Drogę powrotną uprzyjemniały:





Jesteśmy na miejscu!





Powrót na ojczyzny łono

Jutro o tej porze będę już prawdopodobnie w Polsce. Będę wyciągać swoje zmęczone nogi na kanapie i pozwalać mojej mamie, żeby nad nami "skakała". Cieszę się na ten wyjazd. Byłabym hipokrytką, gdybym powiedziała, że nie tęsknię za rodziną i znajomymi. Jasne, że tęsknię. Po sześciu miesiącach emigracji każdy by zatęsknił... nawet za Biedronką.

Nie mogę się też doczekać, aż przebuszuję wszystkie antykwariaty w okolicy w poszukiwaniu książeczek dla Artura... polskich książeczek. Nowości książkowe też już zamówiłam w internetowej księgarni i tylko czekają już grzecznie na maminym stole.

I aptekę zaatakuję. Niektóre polskie leki są skuteczniejsze i tańsze, dlatego znów muszę uzupełnić apteczkę. No i mój osobisty stomatolog czeka już na mnie z otwartymi ramionami. Bo tutaj, na obczyźnie, to drogo sobie liczą za naprawę uzębienia. I do rehabilitanta się wybieram, bo kręgosłup, mimo tak młodego wieku, już nie domaga. Buntuje się skutecznie zadając mi ból nie do wytrzymania. A i do okulisty zaklepałam sobie wizytę, chociaż wiem, że moja jaskra wymaga też zarejestrowania się w tutejszej przychodni. Chociaż boję się jeszcze takiego badania... nieznajomość języka stanowi bardzo dużą przeszkodę, a tu trzeba całą historię choroby przedstawić, choć trochę znać słówka z tego zakresu medycyny. Ech, nie ominie mnie to, wiem, ale tymczasem pójdę do okulisty w Polsce.

No i najważniejsze, do Urzędu Skarbowego trzeba jechać, rozliczyć się, jak na prawego obywatela przystało. To chyba będzie ostatni raz, kiedy składam PIT w Polsce. Mam taką nadzieję. 

Czeka mnie też niezliczona ilość spotkań z rodziną i znajomymi. Nie wiem, jak ja to wszystko pogodzę. Mam nadzieję, że rozciągnę każdą dobę do granic możliwości. Nie mam pojęcia jak to zrobię. Ale wiem jedno, to będzie bardzo mile spędzony tydzień.



P.S. Jakby ktoś pytał, to jestem w Polsce :)

Paluszkami malowane

Ostatnio popełniliśmy z Arturem kartki urodzinowe. Jedną dla taty, a drugą dla babci. Artur uwielbia malować swoją dłoń i odbijać ją na papierze, ale takich kartek powstało już wiele spod naszej ręki. Dlatego tym razem postanowiłam zrobić coś nowego... malować palcem zamoczonym w farbie. Synek jeszcze nigdy nie malował paluszkiem w ten sposób. Był bardzo zachwycony tym pomysłem i od czasu do czasu popiskiwał z radości. Na pewno nie raz wrócę do tego rodzaju malowania.

Oczywiście musiałam odpowiednio nadzorować pracę i pokazywać Arturowi, gdzie ma stemplować paluszkiem, a czasem nawet kierowałam jego rączką.

Zapraszam na szczegółową relację i polecam Wam wykonać takie kartki ze swoimi maluchami, chociażby z okazji zbliżającego się Dnia Kobiet :)







Tak prezentują się nasze kartki



Warto pamiętać o ozdobieniu ich także w środku
 





Mam dwa latka, dwa i pół

Od 1 marca Artur ma już dwa i pół roku. Za równe sześć miesięcy będzie dmuchał trzy świeczki na torcie. Jejjju! Nie mogę w to uwierzyć. Już trzy!


Mój Dwuipółlatek zaskakuje nas codziennie czymś nowym. Słówkiem, gestem, miną, pomysłem. A  największe zmiany widać w mowie. Artur składa trzy, cztery wyrazy w zdania i chętnie wszystko powtarza. Na dowód owego rozgadania, przytoczę dwie sytuację.

Jedziemy autobusem. Artur zadowolony pokazuje mijające auta i budynki, z jego ust słychać ciągle  "duzie ato!" "o nomek!". Na jednym z przystanków, autobus zatrzymuje się na dłuższą chwilę, ponieważ kierowcy się zmieniają. Artur niecierpliwie spogląda na początek autobusu, wierci się, stęka, kręci i w końcu krzyczy na cały autobus:
-  Buuusiu, juuuś?

Wieczorem po kąpieli ubieram się w piżamę. Artur przygląda się z zaciekawieniem moim nagim piersiom. Chwilę oddaje się zadumie, po czym pyta:
- Maś meko?


I jeszcze nowe słówka wpadły:
  • psiko - szybko
  • miki-miki - Myszka Miki
  • pak - ptak
  • biuch - brzuch
  • jecie - jeszcze
  • doble - dobre
  • niebloble - niedobre
  • baju - bajka
  • plep - sklep 
  • pupy - zakupy
  • siokek - soczek
  • maka - Marta z bajki "Marta mówi"
  • doda - woda
  • pit - pić
  • jujo - wujo
  • buka - bułka
  • nieg - śnieg
  • moke - mokre
  • kuje - dziękuję
  • dobly - Dzień Dobry
  • misek - miś z bajki "Masza i niedźwiedź"
  • pika - piłka
  • pać - spać
  • jeś - jeść
  • kulik - królik
  • tulymi - przytulamy
  • cipci - chipsy
  • domek - Tomek z bajki "Tomek i przyjaciele"