Kursy dla obcokrajowców w natarciu

W poprzednim semestrze uczęszczałam na kurs tylko raz w tygodniu, w jednym z pobliskich Children's Centre. Jak pisałam wcześniej ukończyłam ten kurs i awansowałam na wyższy poziom. Niestety 15 stycznia okazało się, że w tamtejszym miejscu nie utworzono wyższego poziomu i wysłano mnie do innego Children's Centre. Chodzę tam w czwartki od 13:00 do 15:00. Oczywiście Artur przebywa w tym czasie w żłobku. 

Za namową mojego pierwszego nauczyciela i jednej koleżanki z kursów, postanowiłam zapisać się jeszcze na inne kursy, w innych ośrodkach. Z racji tego, że nie pracuję, mogę maksymalnie wypełnić sobie grafik darmowymi kursami dla obcokrajowców.  Oczywiście moja zachłanność, żądza wiedzy i determinacja, aby szybko nauczyć się języka angielskiego nie pozwoliła mi spocząć na jednym, ba! dwóch kursach. 

Moim pierwszym celem był typowy Community Centre, do którego popędziłam w poniedziałek. Niestety efektem dwudziestominutowego spaceru były tylko spalone kalorie. Jak się okazało, miejsca były, a i owszem... i bardzo chętnie by mnie przyjęli, ale nie mają w tym semestrze żłobka, bo w tamtym roku była wynajęta opiekunka, ale nie było dzieci. Więc w tym roku stwierdzili, że z niego zrezygnują. Wielka szkoda. Bo kurs trwał aż trzy godziny tygodniowo, nie tak jak wszędzie, dwie (moja pazerność nie ma granic). No i blisko miałam. 

Nic to, w czwartek na kursie, na który chodzę od początku, popytałam dziewczyn, gdzie jeszcze chodzą się douczać. Dostałam dwa nowe adresy, jeden na piątek, drugi na poniedziałek.

W piątek pognałam do Children's Centre przy pobliskim kościele. Niestety na piątkowy kurs miejsc brak. Ale za to w czwartki od 10:00 do 12:00 mają niedobór. Szybko przekalkulowałam sobie w głowie, czy zdążę z jednego kursu na drugi na 13:00. Bez "zaglądania" do domu, zdążę. Tylko szkoda mi trochę Artura, który będzie tak z jednego żłobka do drugiego "przerzucany". Ale pani powiedziała mi, że być może za dwa-trzy tygodnie będę mogła przenieść się na piątkowy kurs, bo ludzie często po kilku lekcjach rezygnują i później robią się pustki. No uległam. Jak mogłam się nie zapisać? Tym bardziej, że już w poniedziałek poniosłam jedną porażkę. 

Po wypełnieniu wszelkich papierów, pani była bardzo zatroskana faktem, że przyszłam po wiedzę i jej nie otrzymałam. Zapytała więc, czy chcę dziś mieć lekcję indywidualną z ich wolontariuszką, która później okazała się też siostrą służącą w tamtejszym kościele. Zgodziłam się. Moją chwilową nauczycielką okazała się przemiła starsza Angielka z krwi i kości, z typowymi dla Pani Doubtfire przesłodkimi zwrotami. Kiedy usłyszała, że jestem Polką, klasnęła cichutko dwa razy w dłonie. Powiedziała, że cieszy się, że jesteśmy w Unii. Ceni sobie Polaków za ich pracowitość, zaradność i dumę. Nie wiem czy z grzeczności tak miło mówiła, czy też nie, ale w końcu siostry nie powinny kłamać :) Uczyłam się i gawędziłam z nią dwie godziny. Artur w tym czasie bawił się oczywiście w żłobku. Na koniec dostaliśmy po talerzu ciepłej i dosyć ostrej zupy. No i siostra Eleonora, bo tak miała na imię moja Pani Doubtfire, zaprosiła mnie na za tydzień, na 11:00 znów na indywidualną lekcję. Żyć, nie umierać. Do domu wracałam unosząc się 10 centymetrów nad ziemią.

W poniedziałek, rozentuzjonowana piątkowymi wydarzeniami, poszłam sprawdzić jeszcze jeden adres. Po rozmowie z nauczycielką okazało się, że to jest przedostatnia lekcja tego kursu i nie ma sensu, żebym teraz dołączała do grupy. Poinformowała mnie, że w marcu rusza nowy kurs i żebym zadzwoniła w celu rejestracji. Kiedy już usłyszałam zewsząd wszelkie uprzejmości typu "bye, bye" "take care" "see you" "thank you" i zaczęłam kierować się do wyjścia, nauczycielka podeszła znów do mnie i powiedziała, że skoro już przyszłam to mogę zostać na tą lekcję i zobaczyć jak "to wszystko wygląda". Nie śmiałam odmówić!

Na początku lekcji przedstawiałam się wszystkim, jak mam na imię i skąd pochodzę, według polecenia nauczycielki. No i jak powiedziałam, że jestem z Polski, pani aż zaświeciły się oczy. Jej babcia jest Polką. I wiecie co? Pod koniec kursu nauczycielka powiedziała, że mogę przyjść też na następne zajęcia i dała mi papiery do zarejestrowania się.

Tym oto sposobem chodzę na trzy kursy w tygodniu, po dwie godziny. Dodatkowo indywidualne lekcje (nie wiem, czy będą jeszcze następne po tym piątku) z siostrą Eleonorą. Jest szansa, że ogarnę ten język. 
Mój mąż twierdzi, że i tak jestem nieźle zorientowana w tym angielskim, skoro chodzę po tych wszystkich Children's Centre i się dogaduję. No właśnie, to jest dobre określenie, ja się dogaduję, a nie rozmawiam.

Ale, ale! Będę poliglotką. Nie ma to tamto!

13 komentarzy:

  1. To, ze się dogadujesz to duży sukces... i ogarniesz ten język, nawet sama nie zauważysz kiedy ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Super, że udało Ci się załapać aż na trzy kursy. Szybko się nauczysz mówić komunikatywnie i rozumieć wszystko jak będziesz się tam uczyła. Moja przyjaciółka też tak się szkoliła i dzisiaj mówi perfekcyjnie, zdała nawet taką ich maturę, nie wiem jak to się dokładnie nazywa:) I skończyła później kurs masażu opłacony przez tamtejszy urząd pracy, po angielsku. Tobie też się uda, widać, że jesteś zdeterminowana i chętna do nauki a to najważniejsze.

    OdpowiedzUsuń
  3. podziwiam i zazdroszczę :) ja mam prawie 6 lat przerwy w niemieckim i angielskim i z przykrością stwierdzam, że nic nie pamiętam :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, ta przerwa w nauce to jest najgorsze zło. Gdybym wyjechała zaraz po studiach to byłoby zupełnie inaczej.

      Usuń
  4. Anonimowy2/11/2014

    Super że się udało, a najbardziej cieszy to, że dziecko jest gdzie zostawić, na czas nauki. A w tych żłobkach, oni tam mówią do dzieciaczków po polsku czy angielsku? Artur chyba zadowolony? :)

    www.swiat-wg-anuli.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Opiekunki mówią do dzieci po angielsku, tak jak i nauczyciele na kursach :) Ale w jednym żłóbku pracuje wolontariuszka Polka, ale nie wiem, czy mówi cały czas do niego po polsku, bo tam są też inne obcojęzyczne dzieci więc pewnie jest jej ciężko to pogodzić.
      Artur ogólnie jest zadowolony, ale jest żłobek w których niechętnie zostaje. Wszystko to kwestia opiekunek - ale to temat na osobny post :)

      Usuń
  5. Trzymam mocno kciuki!! I zazdroszczę jak nie wiem!! ZNowu ;P

    OdpowiedzUsuń
  6. Anonimowy2/11/2014

    Witam, a czy za te żłobki są pobierane opłaty?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, żłobki jak i kursy są darmowe, organizowane z pieniędzy rządowych.

      Usuń
  7. Świetnie, że się to tak wszystko poukładało. A Ty zanim się obrócisz, będzie doskonale władać tym językiem ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Wow to już full-time kurs

    OdpowiedzUsuń
  9. Ale fajnie! Rozumiem Cię, też uwielbiam się uczyć! A swoją drogą to fajne mają tam podejście do udzielania wiedzy. Pozazdrościć!

    OdpowiedzUsuń