Jak się szczepi dzieci w UK?

Kiedy przeprowadziliśmy się do Londynu, Artur miał skończone dwa lata i zaliczone wszystkie szczepienia według kalendarza szczepień. Tylko bilansu dwulatka nie zrobiliśmy, bo na wizytę trzeba było czekać miesiąc.
Po przyjeździe do UK i rejestracji w pobliskiej przychodni zostaliśmy zaproszeni z Arturem na wizytę u pielęgniarki. Sympatyczna pani popatrzyła na kartę szczepień w książeczce zdrowia, policzyła coś na palcach i powiedziała, że brakuje jeszcze dwóch szczepionek - przeciw zapaleniu płuc i opon mózgowych i  na odrę, świnkę, różyczkę. I zapytała, czy Artur dobrze się dziś czuje i czy może dać mu te szczepionki? 

Trochę byłam zszokowana tym pytaniem. No bo jak to? Szczepienie bez wcześniejszego badania lekarskiego? Bez osłuchania? Wystarczy tylko moja opinia, że dziecko nie kaszle, nie ma gorączki? 
W Polsce kiedy szłam szczepić dziecko, spędzałam w przychodni pół dnia. Najpierw był szczegółowy wywiad, później badanie lekarskie, później szczepienie, później godzina obserwacji dziecka, oględziny miejsca po szczepieniu, wpis w książeczkę i w końcu szczęśliwy powrót do domu. I to wszystko działo się w trzech różnych pokojach. A tutaj wystarczy tylko święte słowo matki, że dziecko czuje się dobrze?

Dlatego byłam taka zdziwiona. Pielęgniarka widziała moje zmieszanie i powiedziała, że mogę się nie zgodzić na te szczepienia, ale wtedy będę miała problem z "wysłaniem" Artura do przedszkola czy szkoły, bo niektóre placówki przyjmują tylko zaszczepione dzieci. (O tym przekonałam się już tydzień później, kiedy zapisywałam Artura do żłobka i praktycznie pierwsze pytanie jakie padło, dotyczyło karty szczepień). 

Oczywiście, zgodziłam się... nieprzyzwyczajona do takiej szybkiej akcji, przytaknęłam tylko głową. Kłucie w jedną nogę, kłucie w drugą nogę, chwila płaczu, proszę się ubrać. A i proszę przyjść za jakieś dwa tygodnie, jak dziecko będzie czuło się dobrze, to zaszczepię go jeszcze na pneumokoki. 

No i byliśmy w zeszłym tygodniu. I Artur został zaszczepiony trzecią, ostatnią dawką na pneumokoki. Bez żadnych opłat bo tutaj ta szczepionka jest obowiązkowa i refundowana. W Polsce nie szczepiłam Artura ani na pneumokoki, ani na rota i tym podobne. Z różnych względów... finansowych niestety też. 

Artur po wszystkich szczepionkach czuł się dobrze. W nagrodę za odwagę dostał autka. W takiej sytuacji nie mógł czuć się inaczej :) Teraz kolejne szczepienia za półtora roku. Czyli trochę wcześniej niż w Polsce. Ja też czuję się spokojna. Podoba mi się takie podejście do małego pacjenta i jego matki. A właściwie nie tylko.

Jakiś miesiąc temu zostałam zaproszona przez przychodnię na cytologię. Robiłam ją całkiem niedawno w Polsce, ale oni chcieli, żebym zrobiła to, jak się wyrazili, "w tym kraju". Umówiłam się, poszłam. Jakież było moje zdziwienie, kiedy kazali mi wejść do tego samego pokoju, gdzie Artur był szczepiony. Ale to nic. Moje zdziwienie sięgnęło zenitu, kiedy w pokoju zobaczyłam pielęgniarkę, tą samą, która szczepiła Artura. To nie był ginekolog i nie było tam typowego, ginekologicznego łóżka. Ale cóż z tego? Badanie zostało normalnie przeprowadzone, a ja, pierwszy raz w życiu, podczas takiego "babskiego" badania czułam się jak człowiek. Jak szanowany człowiek. Nie zostałam w żaden sposób obdarta z intymności i komfortu. Po raz pierwszy w moim trzydziestoletnim życiu, gdzie na koncie mam niezliczoną ilość badań i zabiegów ginekologicznych... tutaj na obczyźnie potraktowali mnie jak kobietę i pozwolili mi zachować swoją godność.
Chyba zaczynam przekonywać się do służby zdrowia w UK.

9 komentarzy:

  1. Witam sie :)

    A co do tematu, mam identyczne odczucia. W Polsce jest zupelnie inne podejscie, ale czy lepsze? Po wielu latach w Anglii jednak bardzo sobie cenie tutejsze :)

    OdpowiedzUsuń
  2. O kurde.... No to mi ćwieka zabiłaś, bo ja nie zamierzam szczepić ani na rota, ani na pneumo ani mmr... Czyli widzę, że i tu czekanie batalia:\ jestem zdziwiona tym jak wyglądały Wasze szczepienia w Polsce, bo u nas było tylko zajezdnię do gardła, osłuchanie i ewentualnie sprawdzenie szyjnych węzłów chłonnych. Potem kłócie i do domu. Tutaj jeszcze nie wiem nic, bo z racji tego, że hm revenue zgubiło Hanki dokumenty to młoda nie jest jeszcze zarejestrowana...konsulat był nieczynny jakiś czas i dopiero dzisiaj byliśmy złożyć wnioski...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem jak to będzie w Waszej przychodni. Ja mogłam się na te szczepienia nie zgodzić, ale tak jak pisałam, prawdopodobnie miałabym problem z przedszkolem i szkołą. Poza tym mam wrażenie, że tutaj dawki są mniejsze, dlatego jest ich więcej i odbywa się to bez badania lekarskiego. Mój Artur dostając dwie szczepionki jednego dnia w PL walczył by już z gorączka czy złym samopoczuciem, tutaj już po 5 minutach zachowywał się tak, jak gdyby nic się nie wydarzyło.

      Usuń
    2. A to całe szczepienie w Polsce to był dla mnie najgorszy koszmar. Wyprawa nie dosyć że stresująca, to jeszcze trwała pół dnia!

      Usuń
  3. Hmm u nas w przychodni na szczęście nie jest tak jak piszesz, że jest w Pl. Ja nigdy nie szłam zestresowana na szczepienie (a mieliśmy ich już trochę) nie musiałam nigdy czekać w kolejkach i marnować pół dnia, bo byliśmy umówieni na konkretną godzinę. Zawsze przed szczepieniem odbywa się krótkie badanie (i bardzo dobrze, bo wolę mieć pewność, że dziecko jest zdrowe, nie ma infekcji i nie będzie z tego powodu komplikacji) Po szczepieniach też nie było nigdy skutków ubocznych i Synek zniósł je dobrze. Minusem są tyko ceny tych szczepionek i to że część jest właśnie płatna, choć nie wszystkie oczywiście, za tą przeciw odrze i różyczce nie płaciliśmy. No cóż na pewno są plusy i minusy Służby Zdrowia tu jak i w UK. W każdej przychodni jest inaczej i zależy też na jakiego lekarza się trafi..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja niestety z naszej polskiej przychodni, gdzie szczepiliśmy Artura nie mam dobrych wspomnień. Masz rację, wszystko zależy na jakiego lekarza, czy w ogóle człowieka się trafi.

      Usuń
  4. No patrz... całkiem inaczej...

    OdpowiedzUsuń
  5. hm.. a ja się zdziwiłam, że masz tak pozytywne wrażenia z cytologii... ja mam całkiem odwrotnie, zresztą nie jestem w tym odosobniona... cóż każdy ma inne doświadczenia ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może gdybym w Polsce została potraktowana chociaż po ludzku, tak jak tutaj, nie zrobiłoby to na mnie wrażenia. Wiem, że 30 lat w Polsce ma się nijak do niecałego roku w UK, jeśli chodzi o rzetelne porównania, ale ta pierwsza cytologia sprawiła, że jestem bardziej na plus dla służby zdrowia w UK.

      Usuń