Miesiąc na obczyźnie

Ponad trzydzieści dni chodzę po londyńskich chodnikach. Wydaje mi się, że jestem tutaj dłużej. Tyle się już wydarzyło. Tak dużo już zrobiłam. I to tylko w miesiąc? Owszem nadal mam ręce pełne roboty. Ciągle usuwam obcy brud z mieszkania... mój mi tak nie przeszkadza, ale poprzedniego muszę się pozbyć. Często też jeszcze robię roszady w szafkach, przenoszę, układam... tak, żeby było wygodnie, swojsko. 

Poza tym, dość opornie idą nam sprawy urzędowe związane z nowym adresem, rachunkami i samozatrudnieniem męża. Zdarza się tak, że z dnia na dzień dowiaduję się, że muszę gdzieś jechać, coś załatwić. Szczerze się przyznam, że póki nie zamkniemy tych spraw, nie będę spała spokojnie.

Przyjeżdżając tutaj, najbardziej obawiałam się, że zgubię się w tym wielkim mieście. Bo ja mam nadzwyczajne zdolności błądzenia w terenie. Potrafię stracić orientację nawet w galerii  handlowej. Ale na szczęście mam wsparcie. W jednym Urzędzie była ze mną moja siostra... później, trafiłam już sama. Do drugiego dotarłam dzięki mojemu mężowi, który narysował mi mapkę i cierpliwie pokazał na Google Street View jak wygląda budynek i otoczenie. Ale nadal wizja nieznanego terenu spędza mi sen z powiek.

Do szczęścia brakuje mi też dobrej znajomości języka. Kiedy ja się go nauczę? Staram się jak mogę. Chodzę na ESOL, czytam książki, oglądam filmy z napisami i tłukę bezustannie Profesora Henrego... ale to ciągle jest mało. Owszem rozumiem więcej niż mi się wydawało, ale z mową jest trudniej. Jestem dosłownie jak dziecko... wiem co do mnie mówią, ale nie potrafię nic powiedzieć... żadnego ładnego zdania wydukać. Nic!

A Artur? Zadomowił się już. Nie ukrywam, że na początku był rozbity. Szczał w majtki i bez przerwy ciumkał smoka. Na szczęście smoczek poszedł w zapomnienie. Niestety nadal popuszcza siku i trzeba często go wysadzać. Tak więc w sferze nocnika nastąpił regres. Ale za to w żłobku Artur świetnie daje sobie radę... panie chwalą go za wszystko. Fajnie jest usłyszeć od opiekunek takie pozytywy na temat swojego dziecka.

Czy tęsknię? Chyba za wcześnie, żeby o tym pisać. Jasne, że czasem, gdzieś tam upuszczę łzę... może z bezsilności, z nadmiaru myśli... Od tęsknoty bardziej wyczuwam poczucie winy, że zabrałam dziadkom wnuka... że nie mogą patrzeć jakie robi postępy, jak się rozwija... bo Skype nie zastąpi prawdziwych kontaktów, chociaż ułatwia tą rozłąkę.

Moje poczucie winy zagłusza fakt, że Artur najważniejsze i najbliższe osoby ma przy sobie. Mąż wraca do domu o 18:00 nie o 23:00 tak jak to było w Polsce. Każdy wieczór spędzamy razem. Niedziele i święta też są nasze. No i jest Zuzia, za którą Artur szaleje. Mam też tutaj siostrę, moja jedyną. Dlatego staram się nie myśleć o tęsknocie, poczuciu winy i o krzywdzie, jeśli taką w ogóle komuś wyrządziłam, wyjeżdżając z Polski.
 
Ogólnie, jest mi dobrze. Byłam już tutaj wcześniej i wiedziałam, na co się decyduję. Co prawda były to tylko cztery miesiące, ale wystarczyły, żeby pokochać to klimatyczne miejsce i zapragnąć tutaj zamieszkać.





36 komentarzy:

  1. Anonimowy10/30/2013

    Że jak, to już miesiąc?! a mam wrażenie, że dopiero pojechaliście! Podziwiam Cię, że dajesz radę poruszać się po mieście. Ja, jak przyjechałam z małego miasta do dużego Poznania, przez pierwszy miesiąc nie wypuszczałam się dalej niż poza osiedle na którym wtedy mieszkaliśmy :)

    Pozdrawiam cieplutko!

    www.swiat-wg-anuli.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja bym się nie wypuszczała nigdzie, ale niestety okoliczności mnie zmusiły. Zresztą, kiedyś musiał być ten pierwszy raz Teraz czuję się już odrobinę odważniejsza :)

      Usuń
  2. Ja kocham to miasto:) choć nigdy tam nie miaszkałam, tylko byłam parę razy:) Najważniejsze, ze wszystko idzie do porzodu, będę trzymać kciuki, żeby w jak najlepszą stronę:)
    pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. A ja to Was podziwiam! Za to, że idziecie pod wiatr, że nie wybieracie najprostszych rozwiązań, za to, że zamiast siedzieć w Polsce i narzekać na ustrój wzięliście sprawy w swoje ręce. Podziwiam Was za odwagę żeby tak dużo zaryzykować, aby zmienić swoje życie na lepsze, aby żyć godnie i przede wszystkim mieć czas dla siebie. Jeśli będzie ciężko to pamiętaj, że to tylko chwilowa kłoda na drodze do spełnienia, do szczęścia. Cały czas trzymam za Was kciuki i życzę jak najlepiej! Pozdrowienia z Wrocławia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za dużo krzepiących słów :)

      Usuń
  4. Trzymam kciuki za was! Bedzie dobrze! :) Ogladaj angielska telewizje z napisami ile sie da no i rozmawiaj, rozmawiaj, nawet z bledami, az w koncu poczujesz sie pewnie :) Mi tesknota zaczela mijac, gdy uswiadomilam sobie, ze tak naprawde kazdy ma swoje zycie i za mna wcale az tak bardzo nie tesknia (na poczatku moze tak, ale pozniej kazdy zaakceptowal nowa sytuacje). W koncu sa tez tanie linie lotnicze ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja właśnie już zauważyłam podczas poprzedniego pobytu, że tak naprawdę każdy ma swoje życie i kiedy wróciliśmy 9 grudnia nikt nie miał czasu, żeby się z nami spotkać... wszyscy odłożyli spotkanie na święta. Oczywiście nie mam do nikogo żalu, rozumiem to i oczekuję, ze inni też zrozumieją moją sytuację... ale niestety w mojej rodzinie różnie z tym bywa :/

      Usuń
    2. Mam podobnie z rodzina. Wystarczy mi, ze dzwonimy co niedziele, czasem na skypa, zeby dowiedziec sie co slychac. Rodzenstwo to juz wogole pisze jak cos potrzebuje, wiec juz jakis czas temu pozbylam sie sentymentow. Moze to smutne, ale niestety prawdziwe...

      Usuń
  5. No proszę cię, po miesiącu chciałabyś mówić jak Angol? I tak widzę tutaj dużo samozaparcia. Przypuszczam, że najłatwiej nauczyć się mimochodem, zmuszona sytuacją w pracy, nas ulicy, w przychodni, urzędzie. Gdyby tylko wszędzie Polakom nie wciskali tłumaczy...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie to jest moja wada, wszystko chcę na już i teraz i to w dodatku z wisienką na czubku.
      A co do tłumaczy, to różnie bywa... chciałabym, żeby wcisnęli mi go w Counsilu, ale niestety musiałam produkować się po angielsku.

      Usuń
  6. Świetnie sobie radzisz :-)
    A nauką jezyka sie nie martw. Załapiesz. Rzecz a naturalną jest najpierw rozumienie, potem mówienie. Będzie dobrze :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Z nauką języka cierpliwości, jeśli dużo ćwiczysz i przede wszystkim słuchasz angielskiego to szybko się nauczysz. I mów, dużo gadaj w tym języku, nawet sama do siebie- takie ćwiczenie dużo pomaga i oswaja cię z obcym językiem. Dasz radę. Już sobie świetnie radzisz z tego co piszesz :) Fajnie, że jesteś zadowolona i nie żałujecie decyzji o wyjeździe. Ważne, ze jesteście razem i ze macie tam kogoś bliskiego, z rodziny. To dużo daje :) Powodzenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, przyznaję, mam tutaj siostrę i jest mi łatwiej :)

      Usuń
    2. Anonimowy5/05/2014

      Wyjechałam sam i było wspaniale (miałam dużo znajomych - nawet z pracy chociaż bardzo słabo znam angielski, ale to bardzo otwarty kraj )później pojawił się facet i dziecko i dopiero wtedy poczułam się w UK źle. Facet do pracy a ja siedziałam sama w domu. Chodziłam na kurs ale tylko jeden i ten czas wspominam najlepiej, bo były to spotkania z ludźmi i to bardzo różnymi i ciekawymi. Wiec na prawdę ciesz się że masz tam rodzinę. Bo kraj fajny i ludzie też tylko zwykle bardzo zabiegani.

      Usuń
  8. Trzymam kciuki za Was! Zobaczysz nim się obejrzysz twój angielski ulegnie ogromnej poprawie,mi na początku brakowało pewności siebie i włączała się blokada językowa mimo iż wiedziałam co powiedzieć:) ale z Twoim samozaparciem na pewno szybko załapiesz.

    OdpowiedzUsuń
  9. Podziwiam, nie wiem czy potrafiłabym się odnależć w mieście z innym językiem;) Mimo, że jestem otwarta na wszelkie zmiany, to ograniczona językowo i tak samo jak Ty rozumiem, ale nie potrafię odpowiedzieć ;))
    Dobrze, że jest siostra i jest rodzinnie z tatusiem. Trzymam kciuki, żeby każdy dzień był coraz lepszy ;)

    OdpowiedzUsuń
  10. No pacz, już miesiąc? Ale minęło, co? Bo to fajne miasto jest :D

    OdpowiedzUsuń
  11. Londyn:D
    Najgorsze co możesz zrobić to poczucie winy, że komuś wyjazdem sprawiłaś przykrość. To najlepszy sposób na to, żeby siebie unieszczęśliwić. Skype nie zastępuje kontaktów i racją jest, że dziadkowie tracą wiele na kontaktach z wnukami, ale wyszłam z złożenia, że wolę, żeby Młoda miała cudowny kontakt z dziadkami - nawet jeśli rzadki, aniżeli częsty i byle jaki, tak jak ja miałam w dzieciństwie. Poza tym będąc tu będzie mnie stać by kiedyś wesprzeć finansowo rodziców, będąc w Polsce byłoby to niemożliwe. Owszem byłabym na miejscu i patrzyła jak głodują, bo takie będą mieli emerytury - głodowe.

    Co do ogarniania czyjegoś syfu - mam podobnie...Choć u nas już pod tym względem jest ok:) Sprawy urzędowe załatwia sie zupełnie inaczej niż w Polsce i o wiele dłużej. No ale cóż - coś za coś. Nam się udało załatwic rejestracje do NHS, czekamy na dokumenty i na decyzję w sprawie benefitów. to ostatnie może nawet trwać do 27 tygodni. Ale jest ok - dajemy radę za jedną pensję, więc nie narzekam:)

    A jak sie ogarniecie to pomyślimy nad jakimś spotkaniem, co?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, właśnie najbardziej do mnie przemawia fakt, że będę mogła kiedyś wesprzeć finansowo rodziców czy w ogóle rodzinę w potrzebie.
      A jeśli chodzi o spotkanie to ja jestem jak najbardziej na tak :)

      Usuń
  12. tak to jest, że czasem przychodzą dziwne myśli do głowy, mam tak samo. Ale najważniejsze, że jesteśmy razem. Gdziekolwiek byśmy się nie podziali - mamy siebie. Życzę Wam powodzenia!
    ps. nawet się nie zorientujesz kiedy zaczniesz wszystko rozumieć i mówić bez obaw! korzystaj z każdej okazji - w sklepie, na spacerze, gdziekolwiek. Najważniejsze, żeby się przełamać. Ja do dziś mówię polskim czeskim, ale jakoś trzeba sobie radzić ;) pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  13. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  14. Podziwiam Cię, że dajesz radę, że tak ogarniasz wszystko. I Artura jak się pięknie zadomowił. Jemu pewnie szybciej uda się ogarnąć zapoznanie z ludźmi, terenem, językiem - jak to dziecku... Trzymam kciuki nadal bardzo mocno!

    OdpowiedzUsuń
  15. dacie radę, języka szybko się nauczysz, a Artur, wiadomo, to duże przeżycie, ale powoli się przestawi

    OdpowiedzUsuń
  16. Trzymam kciuki za kolejne miesiące - i jestem jakoś tak o Was spokojna :)))

    OdpowiedzUsuń
  17. Szybko sie zadomowicie, najważniejsze,że Arturowi sie podoba i ma mamę i tatę na miejscu, zazdroszczę Londynu, magiczne miejsce:)

    OdpowiedzUsuń
  18. Anonimowy11/02/2013

    Wow jak ten czas leci. Ja mimo , że jestem w uk prawie 3 lata. To jak spotykam się ze znajomymi to po swojemu , ale sprawnie rozmawiam. Ale urzędy mnie paraliżuje. Dukam jakbym co dopiero przyjechała :-). Trzymam dalej kciuki
    Asia

    OdpowiedzUsuń
  19. przyzwyczaisz się, Londyn to magiczne miasto, ja dawno temu pojechalam do Anglii mając certyfikat z angielskiego i przez pierwszy miesiąc nie mogłam wydusić z siebie słowa.. a potem śmigałam bez problemu... więc to tylko kwestia czasu:)) powodzenia!!

    OdpowiedzUsuń
  20. Ja na początku mojej irlandzkiej przygody czułam się tu bardzo wyobcowana, akcent mnie powalił + to o czym piszesz, czyli o niemożności składania zdań. Ale wszystko z czasem przyszło :) A Ty radzisz sobie super i działasz ostro, więc rezultaty powinny przyjść już wkrótce. Powodzenia! Obyś niedługo poczuła się tu...prawie jak w domu.

    OdpowiedzUsuń
  21. ja mieszkam koło Londynu, więc może kiedyś zrobimy jakies spotkanie mam w uk?:))

    good luck z angielski:) będzie dobrze

    OdpowiedzUsuń
  22. Trzymam kciuki za naukę angielskiego:) To i tak komfortowa sytuacja, jak tam jesteś:) Głowa do góry. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  23. Ale Ci zazdroszczę , ja bym chciała pojechać do Londynu a najbardziej do Bradford ;-))):P

    Ja tylko byłam 2x za granicą w Paryżu i tyle;p
    ale mam zamiar jeszcze coś zwiedzić w życiu ;p

    Pozdrawiam

    http://mama-julii.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń