Dlaczego biorę udział w konkursach i candy?

Odpowiedź jest banalnie prosta - bo lubię wygrywać. Wiadomo, że nie wygrywam każdego konkursu, czy rozdania, ale zdarza mi się od czasu do czasu coś tam "przytulić".  I dziś się chwalę, com wygrała w ostatnim czasie.

W konkursie organizowanym na blogu Projekt Londyn 2014 wygrałam książkę "Dom i Ty. Mieć wreszcie więcej czasu" i serum liftingujący biust.
To już wiecie jakim cudem znajduje czas na robienie pudełek podczas przeprowadzki - przeczytałam książkę :)



W konkursie organizowanym na blogu Hexowe Życie wygrałam grę "Akademia Umysłu - Wiosna", która poleciała już do mojej chrześnicy.



W candy, które zorganizowała Joanna z bloga Nasza Przygoda wygrałam piękną, nietuzinkową muchę dla mojego małego mężczyzny. Joanna tworzy prawdziwe cuda. Kiedy tylko ogarnę się z przeprowadzką, pokażę Wam, jak Arturo prezentuje się w muszce :)



Oprócz muchy, w przesyłce znalazłam także książeczkę i przesłodką pacynkę na palec. Artur był zachwycony.


W konkursie organizowanym na blogu Klocek i Kredka wygrałam nagrodę pocieszenia, książkę  "Pomelo śni" ... czuję się bardzo pocieszona bo książeczka jest rewelacyjna :)



W konkursie "Na talerzu" organizowanym przez markę DUKA wygrałam takie cudeńko do zapiekania. Foremkę prezentuję specjalnie na ręku, żebyście zobaczyli jaka jest maciupka... wygląda uroczo, ale niestety nadaje się tylko do przygotowania przystawki lub obiadku dla Artura... lub obiadu dla rodziny krasnoludków.



Wszystkim bardzo dziękuję za organizowanie konkursów i rozdań. Kiedyś i ja się odwdzięczę i coś dla Was zorganizuję :) Obiecuję!


P.S. To jest ostatni wpis w tym tygodniu, ostatni wpis przed przeprowadzką, ostatni wpis z tego mieszkania. Wydarzenia nabrały takiego tempa, że nie mam czasu nawet głębiej nad tym wszystkim pomyśleć... albo specjalnie wypieram te smutne myśli. I tylko wieczorem zbiera mi się na sentymenty. Żal mi tego mieszkania, będę za nim tęsknić... ale zmiany są dobre i konieczne.... i tego będę się trzymać.


Coś z niczego

Przeprowadzka ciągle trwa. Musimy opuścić mieszkanie do końca tego miesiąca... czyli zostało nam  już tylko pięć dni! Przy małym dziecku strasznie opornie idzie pakowanie kartonów. Artur ciągle albo je zamyka, albo przemieszcza, jeśli są wystarczająco lekkie, albo po prostu pakuje w nie rzeczy, które nie powinny się tam znaleźć. Ostatnio wrzucił do kartonu swój bidon z piciem... a nóż widelec ja bym zapomniała go zabrać? A tak, dziecko dba o swoje interesy i potrzeby :)

Podczas całej tej szopki związanej z przeprowadzką, znalazłam kilka pudełek, jedno po bucikach Artura i dwa po próbkach  kremów Vichy. Postanowiłam zrobić z nich pożytek.

Pudełko po malutkich butach było fajne i zgrabne. Dlatego postanowiłam je wykorzystać. Artur posiada puzzle i grę memo z odzysku, które nie mają opakowania. Obkleiłam pudełeczko kolorowym papierem prezentowym i voila, domek na gry już jest!







Zapewne wiele z Was słyszało o testowaniu kremów Vichy. Można było wtenczas odebrać z apteki pudełeczko z próbkami. Ja zdobyłam dwa takie pudełka, jedno dla mnie, a drugie dla mojej mamy. Teraz żałuję, że nie mam ich więcej... powstałaby wtedy fajna komódka na kredki lub inne skarby dla Artura. Musiałam obejść się smakiem i stworzyłam tylko dwu - szufladkowe pudełko.








Artur z tego pudełka ucieszył się najbardziej. Wysuwa sobie szufladki, wyjmuje i wkłada kredki.

Ja też miałam radość z tworzenia. I jakąś odskocznię od przeprowadzki, bo pudełka powstawały miedzy pakowaniem jednego kartonu, a drugiego. No musiałam jakoś się zresetować.


2 w 1

Od roku, 26 maja świętuję podwójnie, z okazji Dnia Matki i moich imienin. Ale ciasto zrobiłam jedno :) Pogoda za oknem jest taka jesienna, że zachciało mi się szarlotki. Proszę, częstujcie się.


Jest to szarlotka sypana, która jest bardzo prosta i szybka w wykonaniu... i co najważniejsze, nieziemsko pyszna. Przepis mam STĄD. Delikatnie go zmodyfikowałam.

Składniki:
  • szklanka mąki
  • szklanka kaszy manny
  • pół szklanki cukru
  • torebka cukru waniliowego
  • czubata łyżeczka proszku do pieczenia
  • łyżeczka cynamonu (opcjonalnie)
  • 2 kg jabłek (przed obraniem)
  • 200 g masła zimnego
  • trochę masła i bułki tartej do wysmarowania tortownicy
Tortownicę o średnicy około 24 cm wysmarować masłem i obsypać bułką tartą. Jabłka obrać, usunąć gniazda nasienne i zetrzeć na tarce na dużych oczkach (to jest robota dla robota:) Wszystkie sypkie składniki dobrze wymieszać ze sobą w jednej misce. 

Na dno tortownicy wsypać połowę sypkich składników i równomiernie rozprowadzić. Następnie wyłożyć jabłka. Na warstwę jabłkową wyłożyć drugą część sypkich składników. Kolejną i ostatnią warstwą jest masło, które kroimy na cienkie plasterki i układamy po całości tortownicy, przykrywając całą sypką warstwę. Ważne jest, żeby nie dociskać warstw do siebie, należy ją w miarę możliwości usypać, wtedy będzie krucha i delikatna.

Tak przygotowane ciasto włożyć do nagrzanego piekarnika i piec w 180 st około godzinę. 

Ten zapach, który roznosi się po domu podczas pieczenia szarlotki, sprawia, że czuję się jakbym znów była małą dziewczynką,  spokojną i bezpieczną pod skrzydłami mamusi.

Kochane Mamy, życzę Wam dużo radości.


Na koniec jeszcze kawałeczek :)



Co słychać u Artura?

Awansował do spożywania posiłków przy "dorosłym" stole. Powiedział stanowcze nie małym stolikom i krzesełkom.



Ma parcie na wszelkie pojazdy. Podczas spaceru potrafi zatrzymać się przy każdym aucie... im większe tym lepiej. Często siedzi grzecznie w wózku i obserwuje auta, a po powrocie do domu łapie za swoje samochodziki i po całym mieszkaniu rozchodzi się charakterystyczny odgłos "brrrrrm".

Potrafi też naśladować węża i kotka. I mówi "si" na gorące rzeczy. Potrafi też pokazać jak robi lew, wymachując jedną ręką i parskając... na ostatnim spacerze chciał w ten sposób wystraszyć psa.

Oprócz tego, że potrafi być lwem, jest też rannym ptaszkiem... nie da pospać! Wstaje o 5:30 - 6:00! I to nieprawda, że im później pójdzie spać, tym później wstanie... u Artura skutek jest odwrotny.

4 czerwca idziemy na ostatnie już szczepienie Hexą. I mamy spokój. Szczepionkę przeciw Odrze, Różyczce i Śwince przeżył bezobjawowo - żadnej gorączki czy rozdrażnienia.

Nadal moczy pieluszki i majteczki.

Uwielbia chodzić na spacery bez trzymania za rękę. Zdecydowanie jest długodystansowcem... nigdy się nie męczy!



Potrafi zdjąć buty i rozpiętą kurtkę/bluzę lub założyć jakąś część garderoby... spodnie na ręce, majteczki na głowę, ale czy to ważne?

Nadal ciumka smoka.

Jest bardzo grzeczny i cierpliwy podczas obcinania paznokci... ale jeśli chodzi o zmianę pieluchy to przemilczę ten temat... ile to trzeba się za nim nabiegać i namawiać na tą czynność - koszmar! Odpieluchowywanie zawiesiłam na czas przeprowadzki - od czerwca znów zaczynamy.

Oto On!









Co kupić na Dzień Dziecka?

Ciągle poszukuję prezentu na Dzień Dziecka dla Artura. Utonęłam w sieci i natknęłam się na wiele interesujących propozycji. Może podsunę Wam gotowe rozwiązanie? Oto moje znaleziska. Proszsz ;)

Autko - marzenie każdego chłopca (i nie tylko :)




Klocki jeżyki - choruję na nie od dawna, ale cena skutecznie mnie odstrasza ;)





Tablica - nieco inna, ale też fajna




Dla małego kucharza - Warzywa


Coś dla miłośników motoryzacji - czyli dla Artura :)











Plecak ze smyczką dla uciekiniera



Domki i zwierzątka - piramidka



Papierowe miasto




Ręcznie malowana zastawa dla dzieci - prawdziwe dzieło sztuki



Bento Box - na wiosenne i letnie wycieczki



Pozostając w temacie zastawy - coś dla miłośników Elmera



A to zabawka - model domku, który kupię na pewno... ale za parę lat, bo Artur jest jeszcze za mały



Wybór jest ogromny. A lista książek do kupienia też nieustannie się wydłuża i czeka na realizację. Gdybym miała gruby portfel kupiłabym wszystko! Niestety muszę wybrać jedną konkretną rzecz. Ale mam też dla Artura coś bezcennego - czas, swój czas, który spędzę z nim na wygłupach, zabawach i spacerach :)


A teraz jeszcze zabawki, na widok których doznałam szoku... nie miałam pojęcia, że coś takiego istnieje.






* Klikając na obrazek zostaniecie przeniesieni do źródła.

Serduszko na Dzień Matki

Pokażę Wam jak w prosty sposób zrobić fajną, nietypowa laurkę na Dzień Matki. Wystarczy papierowy talerzyk, nożyczki i kredki lub farby. Dla jednostek bardziej ambitnych polecam papier kolorowy, plastelinę lub bibułę do ozdobienia serca. 





Oczywiście Artur miał swoją koncepcję i pomalował sobie też dłoń :)


* Od razu przyznam, że to nie jest mój pomysł. Kiedyś, gdzieś wyszukałam w sieci... linka niestety nie posiadam bo było to dość dawno.

Kotlety raz(y) dwa

Dzisiaj będzie bardzo kulinarnie. Zapodam przepis na małe kotleciki dla dzieci z mięsa mielonego, w sam raz do zabrania na długie spacery, wycieczki czy pikniki. Są zdrowe, bo piecze się je w piekarniku.

Dukaty dla dzieci.

Składniki na około 7-8 sztuk: 
nadmiar proponuję zamrozić
  • 100 g mielonego mięsa z indyka lub kurczaka (może być też cielęcina)
  • pół marchwi, startej na tarce na dużych oczkach
  • 2 płaskie łyżki otrębów żytnich lub owsianych (opcjonalnie może być też bułka tarta)
  • kawałek startego selera (około 2 łyżki)
  • około 4 cm pora drobno posiekanego 
  • majeranek lub tymianek
  • żółtko
  • 2 łyżki startego, żółtego sera
  • opcjonalnie, dla starszych dzieci, trochę soli
  • 2 łyżki oliwy.
Zagrzać oliwę i zeszklić na niej marchew, seler i por. Zostawić do wystygnięcia. Następnie wszystkie składniki mieszamy ze sobą i przekładamy do silikonowych foremek na muffiny (1/2 wysokości) lub ręcznie formujemy małe dukaty i układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Pieczemy w 200 st, około 30 minut.


W wersji jeszcze na surowo

W wersji już gotowej

W wersji na wynos

A żeby było bardziej kulinarnie, tak jak obiecałam, podam Wam przepis na kotlety dla dorosłych, z pieczarkami. Robię je zawsze równorzędnie z tymi dla Artura. Składniki są podobne... i sposób pieczenia też. Dlatego warto upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu.

Kotlety dla dorosłych.

Składniki:

  • 0,5 kg mięsa mielonego z kurczaka lub indyka
  • 300 g pieczarek
  • 3 łyżki oliwy
  • 1 marchewka
  • 1 por
  • 1 cebula
  • 3/4 szklanki startego żółtego sera o obniżonej zawartości tłuszczu
  • 3/4 szklanki otrębów pszennych lub żytnich (mogą być też inne, ale warto pamiętać, że otręby pszenne i żytnie mają najwięcej błonnika)
  • 1 jajko
  • przyprawy: sól, czarny pieprz, majeranek. 

Otręby zalać gorącą wodą, tylko tyle, aby woda "ledwo pokryła" otręby. Pieczarki i marchew zetrzeć na tarce o grubych oczkach. Cebulę i pora pokroić w drobną kostkę. Wszystkie warzywa poddusić na oliwie. Mięso wymieszać z jajkiem, otrębami i ostudzonymi warzywami oraz żółtym serem. Doprawić do smaku przyprawami.

Uformować kotlety o grubości około 2 cm i ułożyć je na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia lub w natłuszczonym naczyniu żaroodpornym. Zapiekać około 30 minut w 200 stopniach.

I teraz, żeby było jeszcze bardziej kulinarnie :D zapraszam Was na mojego kulinarnego bloga, który od niedawna prowadzę z moją siostrą (żeby przejść do naszego kuchennego królestwa klinknij na obrazek :)