Nie ma jak w domu...

Dzisiaj około 12:00 Artur został wypisany ze szpitala. Zabieg odbył się we wtorek zamiast w poniedziałek. Doszło do jakiegoś nieporozumienia w tej kwestii. Podczas przyjęcia, kiedy oznajmiliśmy, że syn ma mieć dzisiaj zabieg, pielęgniarki były bardzo zdziwione i stwierdziły, że "u nich" zabieg nigdy nie odbywa się w tym samym dniu, co przyjęcie pacjenta. Problem w tym, że dzień wcześniej dzwoniłam na oddział upewnić się, czy na pewno jesteśmy zapisani na zbieg i czy syn ma być na czczo. Pielęgniarka potwierdziła, że jak najbardziej. W wyniku tego, przez ostatnie dwa dni głodziłam Artura. Nie mamy winnych tego zamieszania, ponieważ nie wiem z kim rozmawiałam przez telefon. Mój błąd. Trudno.

Oprócz tego jednego nieporozumienia pobyt w szpitalu pozostawił bardzo pozytywne wrażenia... jeśli w ogóle takowe można mieć po pobycie w takim miejscu. Personel był sympatyczny i pomocny i co najważniejsze, bardzo miły dla swoich małych pacjentów. Kiedy tylko prosiłam o środek przeciwbólowy dla Artura od razu panie pielęgniarki biegły ze strzykawką czy kroplówką... żeby maluszek nie cierpiał. Lekarz prowadzący otoczył Artura solidną opieką... był bardzo zainteresowany i przejęty tym, jak Artur się czuje przed i po zabiegu. Oczywiście zaraz po operacji przyszedł poinformować nas o jej przebiegu. W dniu wypisu był obecny przy zmianie opatrunku, wytłumaczył jak dbać o rany pooperacyjne i o samego pacjenta.*

Myślałam, że będę musiała stoczyć tam ciężki bój o prawa mojego chorego dziecka, ale jednak nic takiego nie miało miejsca... mogłam spokojnie opiekować się moim synkiem, mając porządne wsparcie personelu medycznego.

Dostałam leżankę obok łóżeczka Artura, oczywiście odpłatnie. Do dyspozycji rodziców było też pomieszczenie socjalne z czajnikiem elektrycznym, mikrofalą i lodówką. I oczywiście prysznic z WC. Brzmi cudownie, ale wyglądało to już dużo gorzej. Ale najważniejsze było dla mnie to, że mogłam być cały czas przy Arturze.

W poniedziałek miał założony wenflon, pobraną krew i był zbadany przez anestezjologa. Podczas zakładania "motylka" niestety nie mogliśmy być przy nim, ale zniósł to bardzo dzielnie. Owszem płakał, ale krótko. Mam bardzo dzielnego i cierpliwego synka. Później pozostało nam po prostu jakoś spędzić nadprogramowy dzień w szpitalu... Artur nie próżnował... poznał dużo kolegów i koleżanek, pobiegał sobie po dużym korytarzu i zjadł szpitalny wikt. Kiedy przyszedł wieczór, a mąż musiał już iść do domu, Artur był rozżalony. Bardzo długo płakał. Wziął swoje buty i stanął przy drzwiach boksu... i machał nam (boks dzieliłam z inną mamą i dzieciątkiem) łapką na do widzenia. Nie mógł pogodzić się z tym, że zostajemy tam na noc. W odwiedziny owszem, pojeść, pobawić się z dziećmi, pozabierać im zabawki, ale żeby spać?

Oczywiście padł ze zmęczenia na moich rękach, ale obudził się już o 3 w nocy z płaczem. Pielęgniarka przyszła sprawdzić, czy z maluszkiem wszystko w porządku. Wtedy poinformowała mnie, że mogę go ostatni raz nakarmić i napoić przed zabiegiem. Bardzo mnie ten fakt ucieszył, bo wizja głodującego Artura od 19:00 do 13:00 napawała mnie strachem. Artur zjadł porządną porcję kaszki mleczno-ryżowej. Tylko po to, by o 7:00 rano wstać, pokazać na miseczkę i powiedzieć "am-am". I wtedy zaczęło się znów marudzenie. Do 10:00 non-stop nosiłam i tuliłam Artura, pokazywałam różne rzeczy i nie pozwalałam myśleć o głodzie i pragnieniu.

O 11:00 przyszedł do nas lekarz, zapytać czy Artur bardzo narzeka z powodu głodu. Powiedziałam, że tak. Dostał wtedy środek uspokajający, kroplówkę z glukozą i zasnął na trzy, długie godziny... aż do zabiegu. W drodze na blok operacyjny był bardzo spokojny, wręcz zszokowany. Wieziony był na dużym łóżku, wyglądał na nim jak taki malutki kłębuszek, zakryty po czubek głowy swoim kocykiem z imieniem i metryczką. Pani pielęgniarka pchając łóżko pytała, czy naprawdę mierzył 46 cm. Wszystko działo się w biegu. Panie tak szybko jechały tym łóżkiem... tak jak na filmach dosłownie... przed drzwiami pomachanie łapką na do widzenia, uśmiech rodziców dodający otuchy i wielkie czekanie na dobre wieści od lekarza.

Zabieg trochę się przedłużył (okazało się, że oprócz niezstąpionego jądra i wodniaka, była też przepuklina pachwinowa), moja cierpliwość została wystawiona na próbę... w głowie rodziły się same czarne scenariusze. Po ponad dwóch godzinach mogliśmy po niego jechać... znów tym samym dużym łóżkiem, znów biegiem, z jego kocykiem i piżamką. Płakał... był rozżalony i cierpiący. Było mu zimno. Mogłam wziąć go na ręce, utulić... mocno uczepił się mojej szyi... nigdy tak kurczowo się we mnie nie wtulał... jak takie wystraszone zwierzątko. Po dłuższej chwili uspokoił się. Otuliłam go dwoma kocykami. Zasnął. Całowaliśmy jego rączki, wpatrywaliśmy się w bladziuteńką twarzyczkę, zwilżaliśmy suche usteczka... czuwaliśmy.

Wtedy odzyskałam spokój i poczułam ulgę. To co najgorsze było za nami.

Artur pięknie przespał noc. Nadal jest na środkach przeciwbólowych. Potrzebuje dużo snu. Ale na szaleństwa ma już siłę... chciałby już biegać, skakać na tacie udając, że jeździ na koniku i czołgać się po podłodze, ale ma szlaban na takie wyczyny.

Za jakiś czas zapomnimy o wszystkim... mam wrażenie, że Artur już zapomniał, jak tylko przekroczył próg mieszkania.

Dziś więcej już nic nie napiszę... padam na pysk. Jutro, jeśli mój chorowitek pozwoli, napiszę post specjalny, od już doświadczonej mamy dla zainteresowanych tematem wnętrostwa i przepukliny pachwinowej.



*Wbrew przysłowiu "Dobrych uczynków nikt nie pamięta, złych nikt nie zapomni" - historia miała miejsce w Instytucie Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi.

20 komentarzy:

  1. Dobrze, że zabieg się udał!!

    OdpowiedzUsuń
  2. ciesze sie ze juz jestescie w domu i ze Arturek zniosl te cala sytuacje dobrze - szybkiego powrotu do pelni zdrowia :*

    OdpowiedzUsuń
  3. Oczy mi się spociły jak czytałam. Dzielny mały mężczyzna. My mamy 2 kwietnia termin wycięcia trzeciego migdałka, a jajuż w nerwach cała.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie dziwię ci się. Ja też już od dawna przeżywałam ten zabieg :( Będę trzymała kciuki.

      Usuń
  4. Wspaniale! Wspaniale że już po wszystkim :) Dzielni jesteście a Artur - no pękam z dumy!

    Aaaa uffff ulżyło mi :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Uff.. kamien spadl mi z serca. Ciesze sie, ze jestescie w domku i ze wszystko jest w porzadku :-D Dobrze, ze macie to juz za soba i ze obylo sie bez urazu psychicznego :-) Odpoczywajcie sobie teraz, dobranoc :-)

    OdpowiedzUsuń
  6. Dzielny Mały Człowiek! Trzymam kciuki za szybki powrót do zdrowia!

    OdpowiedzUsuń
  7. Super, ze juz po wszystkim. Bravo Arturku:)

    OdpowiedzUsuń
  8. Dobrze, że chociaż on nie będzie tego pamiętał... Dzielny był! I Wy również!
    Na szczęście to już za Wami :)))))))))
    Całuski dla małego :))))

    OdpowiedzUsuń
  9. Dobrze, że już jesteście w domku i wszystko się udało. Dobrze, że Arturek od razu zapomniał o wszystkim. Buziaki dla Arturka :* :* :*

    OdpowiedzUsuń
  10. super, że zabieg się udał:)

    OdpowiedzUsuń
  11. to fantastycznie, że wszystko tak pozytywnie się skończyło:) Dużo zdrówka!

    OdpowiedzUsuń
  12. Brawa dla dzielnego synka, ale musze przyznac, ze mialam lzy w oczach, gdy czytalam relacje...

    OdpowiedzUsuń
  13. ufff dobrze że wszytko poszło dobrze!!

    OdpowiedzUsuń
  14. To super, że nie było tak źle. Ponoć pierwsze wspomnienia mamy w wieku około 3lat, więc Artur zapomni :* buziak dla dzielnego chłopaka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też myślę, że nie będzie tego pamiętał :)

      Usuń
  15. Cudownie, że to już za Wami! A posta napisz, ja baaardzo chętnie poczytam. Wnętrostwo mojemu Synkowi samo minęło ale przepuklina jest nadal. Całuję!

    OdpowiedzUsuń
  16. Czytałam z duszą na ramieniu; cieszę się, że Artur i Wy macie to już za sobą! Dzielny chłopczyk!

    OdpowiedzUsuń
  17. Przeczytałam chyba na jednym wdechu - no może dwóch - Trzyma kciuki za powrót do formy :)

    OdpowiedzUsuń
  18. Jak dobrze, że macie już to za sobą. Zazdroszczę! My dostaliśmy skierowanie już do chirurga, aż się boję zadzwonić i umówić. Wciąż liczę na cud, że jednak jajeczko zejdzie :(
    Opisz proszę jak wygląda opieka po operacji.
    Całuski dla Was :**

    OdpowiedzUsuń