Wesołych Świąt!

Kochani!
Niech pogoda nie popsuje Waszych humorów,
niech w Waszych sercach zagości wiosna, 
a w domach szczęście i spokój.
Niech jajko smakuje jak nigdy,
a zając będzie słodki i hojny.
I niech dzień Zmartwychwstania Pańskiego
będzie początkiem lepszego jutra.



O kurczaki!

Artur czuje się już bardzo dobrze. Nadrabia ostatnie dni głodówki i ciągle je. Dziś na obiad wciągnął dwa talerze krupniku... po czym zaraz na deser zjadł jajo-niespodziankę i pół! czekolady (tak, wiem, wiem, dzieci nie powinny jeść słodyczy :)

Wirus dopadł też nas, ja zdychałam całą wczorajszą noc i dzień, mąż dzisiaj źle się czuje, moja mama musiała iść do lekarza po zwolnienie bo nie dała rady iść do pracy. Straszny szpitalny, zmutowany wirus nas dopadł. Najważniejsze, że Artur już z tego wyszedł. Nawet nie chce mi się myśleć, ile bidulek się nacierpiał... jelitówka zaraz po operacji, na dodatek z poprzecinanym brzuszkiem. Eh, dobrze, że to wszystko już za nim.

Pomimo choroby staramy się przywołać świąteczny nastrój. W internecie aż roi się od wielkanocnych inspiracji. Niektóre niestety nie nadają się do wykonania przez półtoraroczniaka i czekają na późniejsze czasy. A tym czasem zrobiliśmy coś prostszego. Kurczaki z papierowych talerzyków. Artur pomalował je żółtą farbą, a ja wycięłam oczęta i dzioby z kolorowego papieru. Jeden kurczak ma skrzydła z odrysowanych rączek Artura.







Zrobiło się u nas bardzo świątecznie :)









P.S. Moja książeczka, o której pisałam TUTAJ została nagrodzona. Jestem przeszczęśliwa. Takie cudeńka* zdobyłam:









*Klikając na obrazki, możecie bliżej przyjrzeć się tym produktom.

Kartki z życzeniami

Uniknęliśmy powrotu do  szpitala. Dziś śmiało już mogę stwierdzić, że Artur pokonał ohydne wirusy. Jest jeszcze osłabiony, dużo śpi, ale ma też apetyt i ochotę na zabawę.
  
 Powoli wracamy "do żywych" i zaczynamy przygotowania do świąt. Chociaż kartki, którymi chwalę się na zdjęciach poniżej, wykonaliśmy już kilka dni przed zabiegiem. Dostałam cynk, że doszły do adresatów, więc mogą ujrzeć światło dzienne... a raczej wirtualne.

Pisanki i kurczak to nic innego jak stempelki z ziemniaków. Inspiracja stąd.





Najbardziej atrakcyjna część zajęć plastycznych... spijanie wody z pędzelka.



Oto nasze wspólnie wykonane kartki świąteczne.



A oto najpiękniejsze dzieło. Spójrzcie cóż za inwencja... i ta mistrzowska kreska! Nie śmiem nawet skalać jej napisem "Wesołych Świąt!" :) Oczywiście tej kartki nigdzie nie wyślemy, będzie u nas stała na honorowym miejscu... toż to pierwsza kartka, którą Arturo samodzielnie wykonał.



I jeszcze imieninowe i urodzinowe kartki dla cioci i babci, które w marcu obchodzą swoje święto.



Wnętrostwo i przepuklina pachwinowa u dzieci

Artur miał zabieg na jednostronne niezstąpienie jądra i usunięcie wodniaka, a jak się później okazało, także na przepuklinę pachwinową. Lekarz ustalił, że jąderko Artura zatrzymało się w obrębie kanału pachwinowego z powodu przepukliny, która była dość duża i nie pozwoliła jąderkowi zstąpić.

Podane niżej wiadomości oparte są tylko i wyłącznie na moim doświadczeniu i informacjach, które uzyskałam od lekarza i pielęgniarek.  Osoby zainteresowane, których dzieci też cierpią na podobną przypadłość proszę o dystans... jak wiadomo, różni są lekarze i różne są zwyczaje w szpitalach.


Przygotowanie do zabiegu

Przede wszystkim, warunkiem koniecznym, żeby zabieg się odbył, jest całkowicie zdrowe dziecko. Absolutnie nie ma mowy o żadnym nawet katarze czy stanie podgorączkowym. Przed zabiegiem maluszek ma być na czczo, czyli pozostać sześć godzin bez jedzenia i picia. Artur i inne dzieci przygotowywane do zabiegu dostawały kroplówkę z glukozą i "nawadniaczami".


Zabieg

W przypadku Artura zabieg się przedłużył do dwóch godzin, ponieważ w trakcie operacji okazało się, że jest przepuklina. Wstępnie informowano nas, że zabieg na niezstąpione jądro trwa około godziny. 

Rodzice mogą towarzyszyć dziecku tylko w drodze na blok operacyjny i z powrotem na salę. Po wybudzeniu, kiedy byliśmy już w swoim boksie, mogłam wziąć w ramiona swojego synka, utulić go i wyciszyć. Dwie-trzy godziny po zabiegu Artur spał. Jednak od czasu do czasu wybudzał się z płaczem. Miał ochrypły głos i widać, że miał problem z przełknięciem śliny. To zapewne efekt po intubacji. Wtedy moczyłam smoczek w wodzie i podawałam go Arturowi. Zauważyłam, że przynosiło mu to ulgę i zasypiał ponownie. Warto też do szpitala spakować kocyk... mój syn po wybudzeniu potrzebował dodatkowego nakrycia bo cały trząsł się z zimna.


Ból po zabiegu

Artur przez pierwszą dobę po zabiegu przyjmował środki przeciwbólowe. Wieczorem, po zabiegu dostał kroplówkę z pyralginą. Później był to już zwykły syrop przeciwbólowy typu Ibum czy Nurofen. Podawałam go średnio co 4 godziny. Po Arturze widać było, kiedy cierpi. Myślę, że każde dziecko na pewno o tym zakomunikuje. Gdyby nie grypa żołądkowa, która zaatakowała mojego syna i skutecznie go osłabiła, na trzeci dzień po zabiegu naprawdę nie pamiętałby już o żadnym bólu czy ranach.


Dieta

4 godziny po zabiegu dziecko może dostać coś do picia. Poić należy małymi porcjami co 10-15 minut. Najlepiej, żeby to była woda lub słaba herbatka. Jeśli przez półtorej do dwóch godzin od podania płynów nie występują wymioty można podać dziecku stały posiłek. Artur zjadł chlebek z masełkiem, bo nie chciał kaszki. Ogólnie można podać wszystko, co jest lekkostrawne. Niewskazane są surowe owoce i warzywa. Warto do szpitalnej torby spakować kaszkę dla dziecka, biszkopty lub jakąś bułeczkę. W naszym przypadku było tak, że Artur po zabiegu mógł zjeść dopiero po 20:00... a szpitalna kolacja była o 18:00.


Pielęgnacja

Zaleca się, aby dziecko zaraz po zabiegu leżało. Może siadać tylko, jeśli będzie miało podparte plecki. Na drugi dzień, jeśli dziecko wyraża taką chęć (Artur chciał wręcz biegać) dziecko może już samodzielnie się poruszać. Nie powinno jednak "szaleć", forsować się, ani dźwigać.

W przypadku zabiegu na niezstąpione jądro, rany pooperacyjne są dwie, jedna na brzuszku, druga na worku mosznowym. Szwy są rozpuszczalne. Obydwie rany należy przemywać octeniseptem i zaklejać opatrunkiem, który zmienia się w razie potrzeby, czyli kiedy się zamoczy lub zabrudzi. My Arturowi zmieniamy opatrunek na brzuszku raz dziennie, ten na mosznie praktycznie przy każdej zmianie pieluszki. Po zabiegu nie należy podawać posiłków, które rozluźniają stolec, gdyż wtedy łatwiej utrzymać rany w czystości. Niestety w przypadku Artura było to trudne z powodu biegunki.

Przez siedem dni po zabiegu dziecko nie powinno się kąpać,  aby nie rozmoczyć ran pooperacyjnych. Wskazany jest szybki prysznic.

Wizyta kontrolna odbywa się tydzień po zabiegu... my znów odstajemy od tych zaleceń, gdyż są święta Wielkanocne i wizyta odbędzie się 4 kwietnia.




Domowe sposoby na...

... grypę żołądkową (jelitówkę, wirusowe zatrucie pokarmowe, jak zwał, tak zwał)
  • napar z korzenia kobylaka - łyżeczkę ziół zaparzyć w szklance wody pod przykryciem. Jeśli dziecko wypije chociaż połowę takiej szklanki dziennie to będzie cud - napar ma gorzki posmak, który skutecznie odstrasza dzieci;
  • ugotowany i rozdrobniony banan z ryżem;
  • marchwianka - u nas odniosła skutek odwrotny;
  • odgazowana coca-cola - mojej koleżance poleciła tą metodę pani doktor, ale zaznaczyła, że poleca ten sposób nie jako lekarz tylko jako matka, która chwyta się brzytwy. Ja oczywiście właśnie taką matką jestem i podałam kilka łyków coli Arturowi. Czy zadziałała? Nie wiem. Ilość wymiotów rzeczywiście się zmniejszyła, ale nie jestem w stanie stwierdzić czy to po coca-coli, czy po probiotykach tudzież innych środkach?;
  • kleik ziemniaczany - zetrzeć na tarce dużego ziemniaka, zalać dwiema szklankami wody i gotować do uzyskania kleistej papki;
  • domowy, prawdziwy rosołek - podobno najlepszy elektrolit pod słońcem;
  • trzy razy dziennie zapodać na język szczyptę soli, poza tym cały dzień pić wodę małymi łyczkami co 10-15 minut;
  • kisiel z jagodami.

Dwóch ostatnich pozycji jeszcze nie próbowałam. Mam nadzieję, że już nie będę musiała.
Dziś jest odrobinę lepiej. Artur dużo śpi. Nadal mało je. Mocno trzymam się najważniejszej zasady... nawadniam organizm synka.

Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej o grypie żołądkowej, zapraszam do lektury  TUTAJ

Najgorsze za nami

Chyba uda nam się uniknąć szpitala. Chociaż jak widzę synka takiego wymęczonego i osłabionego to mam wyrzuty sumienia, że nie zrobiłam wszystkiego co powinnam. Wczoraj miałam już taki kryzys, że zaczęłam pakować ponownie torbę do szpitala. Artur chyba wyczuł sprawę i od razu się ożywił... nastąpiła nagła poprawa. Nawet zjadł kilka łyżek kleiku i nie zwrócił. Wcześniej każdy pochłonięty łyk wody czy pożywienia wracał na zewnątrz ze zdwojoną siłą.

W nocy niestety Artur dostał gorączkę, ale skutecznie zbijam ją Nurofenem w czopkach. Poza tym dzisiaj widzę znaczną poprawę. W liczbach wygląda to tak, że wymiotów było sztuk jeden, a wodnistych kup sztuk pięć. Myślę, że te liczby zwiastują poprawę, bo wczoraj liczba i wymiotów i kup była dwa, a nawet trzy razy większa.

Problem jest z jedzeniem. I oczywiście z przyjmowaniem wszelkich leków. Pani doktor poleciła nam:



Enterol rozpuszczam w małej ilości wody i daję Arturowi na raz... więc tutaj jakoś udaje mi się go oszukać. Ale Floridral to elektrolity z probiotykami, które trzeba rozpuścić w 200 ml wody... i wypić dwie takie porcje, co graniczy z cudem, bo to jest ohydne. Słodko-słona woda z dziwnym posmakiem płynu do mycia naczyń. Masakra. Stwierdziłam, że skupię się po prostu na nawadnianiu organizmu wodą, bo to Artur pije najchętniej. Tak więc biegam z niekapkiem i co chwilę wlewam w niego kilka łyczków płynu. 

Jeśli chodzi o jedzenie to marchwianka zadziałała na Artura odwrotnie niż powinna... tylko kleik, kisiel i biszkopty go ratują. 

Najgorszy jest fakt, że Artur ma dwa cięcia po zabiegu, jedno na brzuszku, drugie na mosznie. Od lekarza dostałam wskazówki dotyczące jak dbać o rany... jedną z nich jest zabezpieczanie ran od kału. Tylko jak to zrobić, kiedy dziecko ma biegunkę? Nie da się, no nie da... jedyne co mogę zrobić, to od razu, z prędkością światła go przewinąć.

Co jeszcze robię? Zapisuję godzinę oraz ilość wymiotów i kup... cobym się nie pogubiła i miała orientację. I bardzo grubo smaruje pupę Sudocremem, na zaś. Bo nie wyobrażam sobie, że miałabym teraz jeszcze walczyć z odparzeniami.

I modlę się o poprawę...  


A miało być tak pięknie

Artur wczoraj był okazem zdrowia. Ładnie jadł. Po powrocie do domu odzyskał od razu radość i wigor. Niestety rano zaczął wymiotować. Cokolwiek wypije czy zje, od razu zwraca. Byliśmy u lekarza. Na szczęście nie jest to żadne powikłanie pooperacyjne, ale jakiś parszywy wirus przywieziony ze szpitala. Z dwojga złego lepsza jelitówka. 

Pani doktor przepisała elektrolity i probiotyki do picia i kazała non-stop nawadniać organizm. Jeśli Artur będzie coraz bardziej apatyczny mamy jechać prosto do szpitala. Przecież wczoraj z niego wyszliśmy :( Nie chcę tam wracać... Artur tym bardziej.

A kysz wstrętny wirusie, a kysz.

Nie ma jak w domu...

Dzisiaj około 12:00 Artur został wypisany ze szpitala. Zabieg odbył się we wtorek zamiast w poniedziałek. Doszło do jakiegoś nieporozumienia w tej kwestii. Podczas przyjęcia, kiedy oznajmiliśmy, że syn ma mieć dzisiaj zabieg, pielęgniarki były bardzo zdziwione i stwierdziły, że "u nich" zabieg nigdy nie odbywa się w tym samym dniu, co przyjęcie pacjenta. Problem w tym, że dzień wcześniej dzwoniłam na oddział upewnić się, czy na pewno jesteśmy zapisani na zbieg i czy syn ma być na czczo. Pielęgniarka potwierdziła, że jak najbardziej. W wyniku tego, przez ostatnie dwa dni głodziłam Artura. Nie mamy winnych tego zamieszania, ponieważ nie wiem z kim rozmawiałam przez telefon. Mój błąd. Trudno.

Oprócz tego jednego nieporozumienia pobyt w szpitalu pozostawił bardzo pozytywne wrażenia... jeśli w ogóle takowe można mieć po pobycie w takim miejscu. Personel był sympatyczny i pomocny i co najważniejsze, bardzo miły dla swoich małych pacjentów. Kiedy tylko prosiłam o środek przeciwbólowy dla Artura od razu panie pielęgniarki biegły ze strzykawką czy kroplówką... żeby maluszek nie cierpiał. Lekarz prowadzący otoczył Artura solidną opieką... był bardzo zainteresowany i przejęty tym, jak Artur się czuje przed i po zabiegu. Oczywiście zaraz po operacji przyszedł poinformować nas o jej przebiegu. W dniu wypisu był obecny przy zmianie opatrunku, wytłumaczył jak dbać o rany pooperacyjne i o samego pacjenta.*

Myślałam, że będę musiała stoczyć tam ciężki bój o prawa mojego chorego dziecka, ale jednak nic takiego nie miało miejsca... mogłam spokojnie opiekować się moim synkiem, mając porządne wsparcie personelu medycznego.

Dostałam leżankę obok łóżeczka Artura, oczywiście odpłatnie. Do dyspozycji rodziców było też pomieszczenie socjalne z czajnikiem elektrycznym, mikrofalą i lodówką. I oczywiście prysznic z WC. Brzmi cudownie, ale wyglądało to już dużo gorzej. Ale najważniejsze było dla mnie to, że mogłam być cały czas przy Arturze.

W poniedziałek miał założony wenflon, pobraną krew i był zbadany przez anestezjologa. Podczas zakładania "motylka" niestety nie mogliśmy być przy nim, ale zniósł to bardzo dzielnie. Owszem płakał, ale krótko. Mam bardzo dzielnego i cierpliwego synka. Później pozostało nam po prostu jakoś spędzić nadprogramowy dzień w szpitalu... Artur nie próżnował... poznał dużo kolegów i koleżanek, pobiegał sobie po dużym korytarzu i zjadł szpitalny wikt. Kiedy przyszedł wieczór, a mąż musiał już iść do domu, Artur był rozżalony. Bardzo długo płakał. Wziął swoje buty i stanął przy drzwiach boksu... i machał nam (boks dzieliłam z inną mamą i dzieciątkiem) łapką na do widzenia. Nie mógł pogodzić się z tym, że zostajemy tam na noc. W odwiedziny owszem, pojeść, pobawić się z dziećmi, pozabierać im zabawki, ale żeby spać?

Oczywiście padł ze zmęczenia na moich rękach, ale obudził się już o 3 w nocy z płaczem. Pielęgniarka przyszła sprawdzić, czy z maluszkiem wszystko w porządku. Wtedy poinformowała mnie, że mogę go ostatni raz nakarmić i napoić przed zabiegiem. Bardzo mnie ten fakt ucieszył, bo wizja głodującego Artura od 19:00 do 13:00 napawała mnie strachem. Artur zjadł porządną porcję kaszki mleczno-ryżowej. Tylko po to, by o 7:00 rano wstać, pokazać na miseczkę i powiedzieć "am-am". I wtedy zaczęło się znów marudzenie. Do 10:00 non-stop nosiłam i tuliłam Artura, pokazywałam różne rzeczy i nie pozwalałam myśleć o głodzie i pragnieniu.

O 11:00 przyszedł do nas lekarz, zapytać czy Artur bardzo narzeka z powodu głodu. Powiedziałam, że tak. Dostał wtedy środek uspokajający, kroplówkę z glukozą i zasnął na trzy, długie godziny... aż do zabiegu. W drodze na blok operacyjny był bardzo spokojny, wręcz zszokowany. Wieziony był na dużym łóżku, wyglądał na nim jak taki malutki kłębuszek, zakryty po czubek głowy swoim kocykiem z imieniem i metryczką. Pani pielęgniarka pchając łóżko pytała, czy naprawdę mierzył 46 cm. Wszystko działo się w biegu. Panie tak szybko jechały tym łóżkiem... tak jak na filmach dosłownie... przed drzwiami pomachanie łapką na do widzenia, uśmiech rodziców dodający otuchy i wielkie czekanie na dobre wieści od lekarza.

Zabieg trochę się przedłużył (okazało się, że oprócz niezstąpionego jądra i wodniaka, była też przepuklina pachwinowa), moja cierpliwość została wystawiona na próbę... w głowie rodziły się same czarne scenariusze. Po ponad dwóch godzinach mogliśmy po niego jechać... znów tym samym dużym łóżkiem, znów biegiem, z jego kocykiem i piżamką. Płakał... był rozżalony i cierpiący. Było mu zimno. Mogłam wziąć go na ręce, utulić... mocno uczepił się mojej szyi... nigdy tak kurczowo się we mnie nie wtulał... jak takie wystraszone zwierzątko. Po dłuższej chwili uspokoił się. Otuliłam go dwoma kocykami. Zasnął. Całowaliśmy jego rączki, wpatrywaliśmy się w bladziuteńką twarzyczkę, zwilżaliśmy suche usteczka... czuwaliśmy.

Wtedy odzyskałam spokój i poczułam ulgę. To co najgorsze było za nami.

Artur pięknie przespał noc. Nadal jest na środkach przeciwbólowych. Potrzebuje dużo snu. Ale na szaleństwa ma już siłę... chciałby już biegać, skakać na tacie udając, że jeździ na koniku i czołgać się po podłodze, ale ma szlaban na takie wyczyny.

Za jakiś czas zapomnimy o wszystkim... mam wrażenie, że Artur już zapomniał, jak tylko przekroczył próg mieszkania.

Dziś więcej już nic nie napiszę... padam na pysk. Jutro, jeśli mój chorowitek pozwoli, napiszę post specjalny, od już doświadczonej mamy dla zainteresowanych tematem wnętrostwa i przepukliny pachwinowej.



*Wbrew przysłowiu "Dobrych uczynków nikt nie pamięta, złych nikt nie zapomni" - historia miała miejsce w Instytucie Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi.

Na osłodę...

Dziękuję wszystkim za rady pod poprzednim postem. Mam już kompletną listę, zaraz biorę się za pakowanie torby do szpitala. Boję się... bardzo. Czuję w gardle mój ściśnięty żołądek. Patrzę na mojego roześmianego synka i chce mi się ryczeć. Dałabym się tysiąc razy pokroić, żeby tylko nie musiał cierpieć. On jest taki nieświadomy, bawi się beztrosko, radośnie gada po swojemu, biega po mieszkaniu... nie wie, co go czeka. 

Postaram się, żeby Artur nie odczuł strachu, ani stresu... muszę być dzielna. Mam nadzieję, że natrafimy na sympatyczny personel, który ma doświadczenie w pracy z dziećmi... który ma powołanie. Mam nadzieję, że nikt z personelu medycznego nie wyprowadzi mnie z równowagi i nie będę musiała zachować się jak rozwścieczona lwica, która broni swoje młode.

Na koniec podam wam namiary na absolutnie przepyszne placuszki według Nieglli. Coby osłodzić wam czas oczekiwania na kolejny wpis. No i oczywiście, żebyście mieli mnóstwo siły, aby trzymać za nas mocno kciuki.

Przepis na placuszki TUTAJ KLIK


U nas prezentują się tak:




Karta EKUZ dla dziecka i co zabrać do szpitala?

Wizyta Artura na pogotowiu w listopadzie, podczas pobytu w Anglii, pozostawiła po sobie niezałatwione sprawy. Dostałam pismo z NFZ, że pomocy udzielono mojemu synowi, ale jako dokument ubezpieczeniowy wskazano Europejską Kartę Ubezpieczenia Zdrowotnego wydaną dla mnie. 

No tak, to fakt. Nie wyrabiałam Arturowi karty EKUZ ponieważ "pani w okienku" nie udzieliła mi takich informacji. Wiedziała, że jadę z dzieckiem za granicę, ale kazała wypełnić tylko jeden wniosek o kartę dla mnie. A ja, zwykły laik, wywnioskowałam, że dziecko będzie ubezpieczone na mnie i nie drążyłam tematu. 

Na szczęście sprawę można wyjaśnić listownie poprzez wypełnienie przesłanych przez NFZ dokumentów. Mam nadzieję, że ta historia nie będzie za nami chodziła jak cień... i dzisiejsze wysłanie sprostowania zakończy to nieporozumienie.

W związku z tym, że zbliżają się wakacje, pamiętajcie że wybierając się do krajów Unii Europejskiej, musicie wyrobić kartę EKUZ dla wszystkich członków rodziny z osobna, łącznie z dziećmi. "Pani w okienku" niekoniecznie poinformuje was o tym fakcie.

Pozostając w tematyce lekarskiej, mam prośbę do doświadczonych mam. W poniedziałek Artur idzie do szpitala ze względu na wnętrostwo. Będzie tam 2 dni (mam przynajmniej taką nadzieję, że na drugi dzień po operacji zostanie wypisany). Zapisując Artura na zabieg, pani poinformowała mnie, żeby spakować synkowi piżamkę, paputki i  dokumenty (kolejna małomówna, którą trzeba było ciągnąć za język). 

Oprócz piżamki (wezmę dwie), paputków i potrzebnych dokumentów spakuję jeszcze:
- pieluszki jednorazowe;
- chusteczki nawilżane;
- niekapek i miseczka z łyżeczką;
- woda do picia i biszkopty (być może jakąś kaszkę?)
- ręcznik i mydełko;
- kocyk;
- książeczki i misio;

Macie jakieś propozycje co jeszcze zabrać?
Dla siebie na pewno wezmę wodę do picia... i nie mam pojęcia co więcej... mam w głowie jedną, czarną dziurę... jestem spanikowana. Na dodatek dopiero przy przyjęciu dowiem się, czy będą wolne pokoje i czy będę mogła jeden wykupić? Być może dostanę tylko krzesło. Męczy mnie ta niewiedza :( Będę wdzięczna za wszelkie rady.

Książeczka dla synka

Ostatnio zauważyłam, że Artur uwielbia książeczki z tekstem wierszowanym... a już najbardziej tą, gdzie zapisane jest jego imię, czyli "Auto Artura". Postanowiłam, że napiszę dla niego książeczkę. Wiem, Mickiewiczem nie jestem i nigdy nie będę... ale rymy dla dzieci są takie proste, że stwierdziłam, co mi szkodzi? Artur i tak będzie zachwycony.

Początkowo miałam w planach opisanie w książeczce schematu dnia Artura i jego ewentualnych upodobań. Powstały już nawet dwa krótkie wierszyki w tym kierunku. Ale konkurs u Hafij zmienił moje zamiary. Pomyślałam, że skoro i tak dopiero zaczęłam, to mogę trochę zmienić temat książeczki i opisać naszą wiosenną przygodę. Ponieważ lubię brać udział w różnych konkursach stwierdziłam, że upiekę dwie pieczenie na jednym ogniu... zrobię książeczkę dla Artura, a przy okazji zgłoszę ją do konkursu. Napisane wcześniej wierszyki nie zmarnują się... na drugie urodziny Artur dostanie ode mnie kolejną książeczkę (być może wtedy wspólnie ją zilustrujemy).

Książeczka jest dosłownie ośmiostronicowa, wydrukowałam ją na kartkach z bloku technicznego. Jest zbindowana. Ilustracje to w większości wycinanki z papieru kolorowego lub z różnych gazetek. Kilka rzeczy własnoręcznie nabazgroliłam.

Artur był zachwycony. Szczególnie spodobała mu się trawka, którą zrobiłam starą metodą, czyli pocięłam pasek kolorowego papieru. 

Poniżej przedstawiam zafascynowanego Artura i stronice książki. Bądźcie proszę wyrozumiali. Książka i tak została już oceniona przez najważniejszego krytyka :D




















Małymi kroczkami do przodu

Artur zaczyna sygnalizować potrzebę siusiania. Przybiega do nas i pokazuje na pieluszkę. Niestety jeszcze dużo przed nami bo posadzony na nocniku rzadko kiedy robi siku. Bywa też tak, że załatwia swoją potrzebę w trakcie zdejmowania pieluszki. Ale jak tylko zrobi się cieplej, jak tylko Artur dojdzie do siebie po zabiegu to zabiorę się porządnie za to nocnikowanie i puszczę Artura w samych majteczkach... niech poczuje mokro... i majtki to już tylko jedna rzecz do zdjęcia... nie to, co pielucha i spodnie.

Pojawił się też problem z rozmiarem nocnika. Nie wiedziałam, że to ma jakieś znaczenie, ale jednak! Okazało się, że nocnik, który Artur odziedziczył po Zuzi nie jest odpowiedni, ponieważ siku i tak  zawsze ląduje poza nim... taki jest rozprysk, że tak powiem. No więc od dwóch dni próbuję rozwiązać zagadkę związaną z rozmiarem nocnika. Odwiedziłam kilka sklepów i odkryłam, że rzeczywiście posiadamy bardzo mały nocnik... na dodatek z bardzo niską osłonką... taki chyba typowo dziewczyński :) 
No ale znalazłam już odpowiedni, z którego żadne siku się nie wydostanie. Dokładnie taki:




Teraz pozostaje mi jeszcze zakupić sto par majteczek i możemy zaczynać przygodę!

A my? Powolutku, małymi krokami realizujemy plan wyjazdu. Na razie tylko w głowie, bo w praktyce wszystko stoi i czeka na czas "po zabiegu". Jednym zrealizowanym punktem, który nas ucieszył,jest sprzedaż auta. Do niedawna też, cieszyliśmy się, że mamy chętną osobę do wynajmu naszego mieszkania, ale ona chciałaby zamieszkać już od maja... a mamy prawie połowę marca, a mąż nadal w Polsce. W skutek tego, że wszystko się przedłużyło, niestety wynajem tej osobie odpada. To była znajoma, sprawdzona osoba, która miałam nadzieję, że zadbałaby o nasze mieszkanko. Wiem, że ciężko będzie nam znaleźć chętnych, bo płacimy bardzo wysoki czynsz. Poza tym, boję się, że mieszkanie zastanę zdewastowane.

Postanowiliśmy więc, wystawić mieszkanie do sprzedaży. I kupić kawalerkę z mniejszymi opłatami... na pewno będzie więcej chętnych. Poza tym, nie będzie nam szkoda innego mieszkania tak, jak naszego, kochanego, odpicowanego ;) A mieszkanie kupić musimy, coby nie płacić 19% od wzbogacenia naszemu kochanemu państwu. Poza tym, na wszelką wszelkość chcemy coś tutaj mieć. Przynajmniej przez pierwsze dwa lata. Jeśli okaże się, że emigracja nie jest dla nas, będziemy mieli gdzie wrócić. A pieniądze nawet zostawione na koncie mogą stracić na wartości. 

Mam tylko nadzieję, że uda nam się ta zamiana mieszkań. Pogodziłam się już z tym, że muszę zostawić moje mieszkanko... właściwie od stycznia, kiedy to zobaczyłam rachunki po podwyżce, już tak bardzo nie pałam do niego miłością. I nawet, gdybyśmy nie wyjeżdżali, to i tak musielibyśmy znaleźć tańsze lokum. A poza tym pragnienie wyjazdu ciągle jest takie samo... razem z mężem tęsknimy za Anglią... często o niej rozmawiamy, wspominamy... I nie chodzi o rzeczy materialne... tam odzyskaliśmy wolność i spokój. Nie wiem jak to działa, ale tak właśnie jest. A może w poprzednim życiu tam mieszkaliśmy i dlatego tak nas tam ciągnie? :)

Powolutku też szykuję torbę dla Artura do szpitala. Odkładam już wyprane piżamki i kocyk, robię listę potrzebnych rzeczy do kupienia i... wieczorem po cichutku płaczę w poduszkę. Mój malutki, kochany synek... tak się boję.


Choć pomaluj... moją piżamkę.

Zostałam zainspirowana przez Ambiguity i Srokę. Ba! nawet zamówiłam te same farbki co Ambiguity :) W głowie mam jeszcze dużo pomysłów, ale na razie spłodziłam dwie rzeczy... a właściwie trzy.

Często dostaję ubranka po synku mojej koleżanki i zazwyczaj piżamki, które tam znajduję nie są do kompletu... lub są sprane. Postanowiłam je "odnowić" i zrobić z nich zestaw do spania. Bardzo podobają mi się piżamki NEXT... te z gwiazdkami, dlatego wykorzystałam ten motyw.






A tak wygląda gotowa już piżamka na modelu:







Ozdobiłam też bodziaka. Jedyny bez żadnych aplikacji, jaki dostałam w pobliskim sklepie. Niestety duży, więc obstawiam, że będzie na około 2 lata.




Muszę przyznać, że zabawa jest przednia. Wąsy też zamieszkają w Arturowej szafie, tylko muszę zakupić koszulki i bodziaki. 
Zastanawiam się też, czy w przypadku napisów nie łatwiej byłoby zastosować transfer termiczny. Czytałam o nim u Żanety. Ale na dzień dzisiejszy mam jeszcze cały zapas farb do tkanin, więc na razie będę tworzyć metodą gąbka, ziemniak i pędzelek :)

Kiedy Artur będzie większy na pewno powtórzę tą czynność. Wyobrażacie sobie zaciesz dziecka, które samo może zaprojektować swoją piżamkę lub koszulkę? 


Dopisane 24 marca 2013

Piżamka po dwóch praniach w 60 st wygląda tak samo... wszystkie gwiazdki są na swoim miejscu :)



Wyzwanie fotograficzne - Para

Dziś już ostatni dzień wyzwania fotograficznego u Uli. Bardzo wszystkim dziękuję za odwiedziny i liczne komentarze. Mogę w pełni zadeklarować, że w kwietniu też będę uczestniczyć w tej akcji.

Tematem na dzisiaj jest Para

Para według mnie może wyglądać tak:



lub tak:


lub tak:




Zarażona wczorajszym cytowaniem, pozwolę sobie przytoczyć jeszcze jedną myśl... 

"W świecie nie istnieje cień, który byłby bardziej cieniem od innych."