Znów pod górkę

Wczoraj byliśmy u chirurga dziecięcego w sprawie wędrującego jąderka u Artura. Niestety pani doktor od ręki wypisała skierowanie na zabieg operacyjny nie dając nam już żadnych nadziei, że coś się zmieni. Pani doktor nas "zbyła". Zaszufladkowała nas do zabiegu i koniec. Jej zdaniem to "prosty zabieg z narkozą, latem, kiedy jest mniej infekcji i dziecko będzie trochę starsze"... na koniec dodała "napiszę już skierowanie, żebyście nie musieli kolejny raz przychodzić".

Nie zapytała nawet, czy Artur nie ma innych problemów zdrowotnych i czy ewentualnie kwalifikuje się do narkozy? Ja jestem pełna obaw... być może panikuję, ale Artur jest (według pani doktor BYŁ) wcześniakiem, jeździliśmy z nim po różnych specjalistach, ryczałam razem z nim na rehabilitacjach... nie po to, żeby teraz narażać go znów na niebezpieczny wpływ narkozy.

Poza tym, dręczy mnie nie tylko kwestia narkozy. Jądro w mosznie Artura jest... widzę je zawsze przy przewijaniu. Owszem, do pierwszego roku życia tego jąderka nie było... to widać na pierwszy rzut oka. Podczas USG jąderko także znajdowało się w mosznie, ale po chwili "uciekło" do kanału pachwinowego. Być może pod wpływem zimnego żelu i kamerki... czy jak to tam się fachowo nazywa. Rozmawiałam z koleżanką, której syn też ma wędrujące jądro, ale z racji, że jąderko przez większość czasu znajduje się w mosznie (wystarczy 50%), zabieg nie jest konieczny. Może właśnie z moim Arturem jest tak samo?

Pominę fakt, że teraz pani doktor mówiła, że jąderka schodzą do moszny do 6 miesiąca życia. Inny lekarz, u którego byliśmy wcześniej  twierdził, że do pierwszego roku życia dziecka jest czas. Słyszałam też opinie, że do 3 roku życia. Irytuje mnie ta rozbieżność informacji. Ale nie będę się już zagłębiać.

Postanowiliśmy, że pójdziemy do innego lekarza. Być może tym razem nie zostaniemy potraktowani szeregowo... uciekające jądro - zabieg, łzawiące oczko - zabieg.

Tak, tak... bo skierowanie na zabieg udrażniania kanalika łzowego też mieliśmy. Ale "przeczekaliśmy" sprawę. Oko Artura ma się świetnie... bez paskudnego zabiegu. Ostatnio byliśmy na wizycie kontrolnej u okulisty (już innego) i żadne kanaliki nie są zatkane.

I jak tu ufać lekarzom?

Artur lubi

  •  pić z "dorosłego" kubka... nie jakieś tam plastikowe pitu-pitu. Lubi nie znaczy "umi";
  • oglądać "Pani Gadżet" "Smakuj świat z Pascalem" i "Pocoyo"... na "Fakty" nawet nie spojrzy;
  • jeść krupnik i pomidorówkę;
  • rozmawiać przez telefon;
  • "pajacować" na łóżku rodziców;
  • odkurzać;
  • myć ręce i zęby... średnio w ciągu dnia wychodzi 10 myć, co doprowadzi mnie do bankructwa, bo wiadomo woda, mydło i pasta do zębów kosztuje;
  • spać do 8 rano... czasem lubi w nocy wstać na krótki seans "Pocoyo" i przegryzkę w postaci chrupek kukurydzianych;
  • jeździć na sankach;
  • spinać wszelkie klamry i zapinki... przy spodniach, huśtawce, krzesełku, wózku... uwielbia;
  • miętosić moją rękę, koniecznie tą z obrączką, kiedy zasypia.. wcześniej mnie to "rajcowało", ale zaczynam obmyślać plan, jak pozbyć się tego przyzwyczajenia;
  • pić wodę;
  • wszelkie psy i ich szczekanie;
  • "wychlapywać" całą wodę z wanny na podłogę w łazience;
  • przeglądać książeczki;
  • terroryzować rodziców;
  • serfować po necie... właściwie jeździć myszką po biurku;
  • bazgrać.









Placuszki z jabłkiem lub bananem

Mój synek uwielbia.
Może Wasze dzieci też je polubią. Zresztą, placuszki są nie tylko dla dzieci. Bez wyrzutów może jeść je  każdy. Są pełnoziarniste i mają tylko naturalny cukier pochodzący z owoców.


Składniki na ok. 20 sztuk:
- 2 jaja
- 100 g białego sera, rozgniecionego widelcem, niekoniecznie zmielonego
- starte na dużych oczkach tarki jabłko lub rozgnieciony banan. Z bananem placuszki będą słodsze, ale jeśli kupimy jabłka specjalne do smażenia, słodkie i miękkie to też będą nadawały plackom naturalną słodycz.
- pół szklanki mleka
- 4 czubate łyżki mąki pełnoziarnistej
- 3 łyżki otrębów owsianych (mogą być też żytnie)
- cynamon do smaku lub wanilia


Wszystkie składniki łączymy. Odstawiamy na 10 minut, coby otręby napęczniały. Masa powinna być gęsta, nie spływająca z łyżki. Zawsze można gęstość wyregulować poprzez dolanie mleka :)Pieczemy placuszki na wolnym ogniu, z obu stron na rumiano. Jeśli macie dobrą teflonową patelnię to nie trzeba używać oleju. Ja smażyłam na niewielkiej ilości oleju.

Wiem, że proces smażenia w diecie dziecka odstrasza. Ja długo z tym walczyłam,  ale kiedy zrobiłam dla siebie te placuszki i widziałam jak bardzo Artur chciałby też zjeść, nie mogłam mu odmówić. Przecież nie uchronię go przed wszystkim.
Wybór pozostawiam Wam :)
Smacznego!


Konkurs!

Obiecałam konkurs z bańkami w roli głównej, o których pisałam TUTAJ.
Tak więc, drodzy czytelnicy, moja skromna osoba oraz firma MedPlus zaprasza na konkurs.

Oto jego zasady:
  • Konkurs trwa od 25.01.2013 do 08.02.2013
  • Nagrodą konkursu jest jeden zestaw bezogniowych baniek lekarskich, który składa się z 8 sztuk baniek, niebieskiej pompki i instrukcji obsługi... wszystko nowe i szczelnie zapakowane.
  • Sponsorem nagrody jest firma MedPlus
  • Aby wziąć udział w konkursie należy umieścić poniższy banerek na swoim blogu


  
  • oraz odpowiedzieć, w komentarzu pod tym postem, na pytanie konkursowe:
 Jakie znasz domowe sposoby na wzmocnienie odporności organizmu?

  • Wygra osoba, która umieści najciekawszy moim zdaniem komentarz.
  • Wyniki ogłoszę w łikend... czyli w sobotę lub niedzielę (9 lub 10 lutego 2013r.)
  • Konkurs jest dla wszystkich pełnoletnich osób. Osoby nie posiadające bloga proszę o zamieszczenie przy odpowiedzi adresu e-mail.
  • Bańki będą wysłane na adres tylko na terenie Polski.
  • Wygrana powinna dotrzeć do laureata w przeciągu tygodnia od ogłoszenia wyników, ale jako, że nastała zima i warunki pogodowe nie sprzyjają szybkim transportom, laureat z góry proszony jest o wyrozumiałość :)

Zapraszam! 


Cudowne dziecko i o tym, jak chciałam mieć płaski brzuch

Artur podczas ubierania, złapał swoją gołą stopę i wykonując gest smyrania, powiedział "thili, thili, thili".
Dzisiaj rano, podczas porannych wygłupów w łóżku, podciągnął mi bluzkę i zrobił "pierdzioszka" w brzuch.
Codziennie mnie czymś zaskakuje!



Ostatnio zostawiłam Artura z jego babcią i poszłam na zakupy. Po powrocie zapytałam, jak było. Zachwycona babcia, która nie może się jeszcze nadziwić wnukiem od naszego powrotu, powiedziała:
- On jest już taki mądry. Wszystko wie!
Domniemam, że Artur pójdzie od razu na Oxford lub Cambridge.



Od kilku dni usiłuję wykonywać ćwiczenia na płaski brzuch. Kiedy tylko położę się na podłodze, Artur szczerząc się, podbiega do mnie, zdejmuje mi spinki z włosów i usiłuje je z powrotem założyć, gryzie mnie w nos, pokazuje bardzo dobitnie i boleśnie, gdzie mam oko, siada na mnie okrakiem i skacze, zdejmuje mi skarpety i robi "thili, thili", siada mi na głowie.
Kiedy usiłuję zrobić owe ćwiczenia na piłce, Artur kopie w nią, kładzie się na niej, wdrapuje się na moje kolana.

I tym sposobem udaje mi się wykonać góra 20 "brzuszków".
A miałam taki chytry plan, jak osiągnąć płaski brzuch. 
Przynajmniej próbowałam :-/

O Babci... bez Babci

Dziś zmarła babcia mojego męża.

Była dla mnie babcią od pięciu lat, a wydaje mi się, że od zawsze. 
Uśmiechnięta, sympatyczna, ciepła. Taką właśnie chcę ją zapamiętać.
Kiedy przyjeżdżaliśmy do niej w odwiedziny to zawsze radośnie mówiła "o, moje wnusie do mnie przyjechały" i witała się tak ciepło. Tak się chciało przyjeżdżać do niej, pogadać tak zwyczajnie, normalnie.

Niestety dopadła ją choroba... raczysko okrutne, bezlitosne... wyssało z niej tą radość życia. Każde kolejne już spotkania były przesycone podświadomym pożegnaniem. Te uściski rąk takie przedłużane... ale nie da się na zapas... nie da się.

I tylko wiara nam pozostaje... że kiedyś Tam się spotkamy... a wtedy usłyszę to jej radosne "o, moje wnusie do mnie przyjechały".


['] ['] [']

Bezogniowe bańki lekarskie

Bańki lekarskie w mojej rodzinie potrafił stawiać tylko mój dziadek. Na samą myśl o nich drżałam ze strachu... ja i moja siostra zawsze się ich bałyśmy, ponieważ, żeby je postawić trzeba było użyć ognia... obawiałam się, że dziadek mnie poparzy. Poza tym, po ich postawieniu trzeba było leżeć plackiem tydzień lub dwa... a to jest wielki wyczyn dla dziecka i kara jednocześnie. Pamiętam, że mama zawsze straszyła nas bańkami, kiedy nie zakładałyśmy czapki lub biegałyśmy boso. Super Niania była niepotrzebna.

Ale kiedy firma Med plus zaproponowała mi przetestowanie baniek lekarskich zapomniałam o strachu... bo są to bańki bezogniowe, gdzie zamiast ognia, dzięki któremu mój dziadek uzyskiwał podciśnienie, stosuje się pompkę.








Zestaw, który otrzymałam do testowania zawiera 12 sztuk baniek, niebieską pompkę i instrukcję stosowania. Przytoczę kilka suchych, ale i ważnych faktów z tejże książeczki.

Wskazania do stosowania

Bezogniowe bańki lekarskie mają szerokie zastosowanie w różnych dolegliwościach, takich jak:
  • ostre infekcje lub przewlekłe choroby dróg oddechowych (czyli wszelkie przeziębienia, zapalenie gardła, tchawicy, grypa, angina, infekcje kataralne, zapalenie oskrzeli, płuc i opłucnej, astma, przewlekły kaszel);
  • profilaktycznie – jako wzmocnienie układu odpornościowego u dzieci często zapadających na infekcje dróg oddechowych oraz u osób obłożnie chorych, długotrwale unieruchomionych;
  • zapalenie korzonków nerwowych;
  • mięśniobóle i nerwobóle;
  • rwa kulszowa;
  • zapalenie stawów;
  • moczenie nocne;
  • zespół nadwrażliwego jelita grubego;
  • brak lub bolesne menstruacje;
  • ostry i przewlekły ból w okolicy krzyżowo-lędźwiowej;
  • ból głowy, migrena.


Masaż próżniowy

Bezogniowe bańki lekarskie można wykorzystać także do wykonania masażu próżniowego, polegającego na przesuwaniu postawionej bańki po powierzchni ciała. Taki masaż wykonujemy nie tylko w przypadku leczenia chorób i bolesności mięśni czy stawów, ale także jako rozluźniający i relaksujący zabieg, oraz, w zwalczaniu cellulitu. Już czuję, jak moja skórka pomarańczowa drży ze strachu... ha!
 

Moja opinia

Najbardziej bałam się, że postawię bańkę nie tam, gdzie powinnam. Bo musicie wiedzieć, że w zależności od choroby, bańki stawia się w różnych miejscach na ciele.  Na szczęście w instrukcji znajdują się rysunki, pokazujące gdzie dokładnie postawić bańkę.




Na pierwszy odstrzał poszłam ja, a raczej mój cellulit. Kiedy postawiłam bańkę zaczęłam się zastanawiać czy to już wszystko? Bańki są naprawdę łatwe w obsłudze. Przystąpienie do zabiegu nie wymaga też czasochłonnych przygotowań. Wystarczy całkowicie zamoczyć bańki w dobrze ciepłej wodzie (40 st.) Warto też posmarować ciało oliwką lub wazeliną. Przed zrobieniem masażu jest to wręcz konieczne.

Dużym plusem jest fakt, że bańki są przezroczyste, co pozwala nam kontrolować ilość zasysanej skóry. 

Jeśli chodzi o masaż na cellulit, który sobie zafundowałam to muszę przyznać, że jest dość bolesny. Mam za sobą już dwa masaże, przede mną jeszcze osiem (zabieg wykonuje się co dwa dni), ale nie poddam się...  w końcu czego się nie robi dla urody? 

Poprosiłam męża, żeby zrobił mi za pomocą baniek masaż relaksujący. Chciałam sprawdzić, czy każdy masaż próżniowy tak boli? Ogłaszam wszem i wobec, że nie każdy. Masaż relaksujący jest naprawdę przyjemnym zabiegiem.

W ramach rewanżu postawiłam mężowi bańki na dolegliwości w odcinku lędźwiowym. Nie odczuwał bólu podczas stawiania, ale już podczas zdejmowania poczuł lekkie szczypanie. Po zabiegu ma zaczerwienienia w miejscach, gdzie znajdowały się bańki, ale jest to normalne zjawisko.

Jeśli chodzi o Artura, to na razie, odpukać, jest zdrowy, cellulitu nie posiada i nie skarży się na żadne bóle, więc postanowiłam nie stawiać mu baniek. 
Owszem, bardzo fajnym pomysłem jest zabieg uodparniający, ale po każdym postawieniu baniek zaleca się, aby dziecko pozostało w okresie jesienno-zimowym dwa dni w domu. Bańki stawia się dwa razy w tygodniu przez okres 5-6 tygodni... niestety nie moglibyśmy wtedy codziennie wychodzić na spacery. A ja wolę  uodparniać Artura poprzez codziennie spacery właśnie. 

Myślę, że bańki bardzo przydadzą nam się, kiedy wyjedziemy do UK. Podczas poprzedniego pobytu Artur bardzo chorował... teraz będę miała tajną broń na te jego choróbska!

Cieszę się, że mogłam przetestować bezogniowe bańki lekarskie. Co drugi dzień nasz pokój zamienia się w gabinet odnowy biologicznej :) Chyba przejmę rolę mojego dziadka i będę stawiać w rodzinie bańki. Mam tylko nadzieję, że moje wnuki będą miały milsze wspomnienia niż ja.

Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej o bezogniowych bańkach lekarskich, kupić je lub zadać pytanie specjaliście zapraszam na stronę Med plus


A już niedługo zorganizuję konkurs z bańkami w roli głównej.




Dzień Babci i Dziadka

Robiąc laurki dla babci i dziadka także zostałam zainspirowana... ale niestety nie podam linka, gdzie dokładnie takie cuda ujrzałam, bo zwyczajnie nie pamiętam.
Jak tylko wyjęłam farby i kolorowe kartki Artur usiadł i zaczął zdejmować skarpetę. Aż dziw bierze, ile ten mały smyk pamięta... przecież kartki z reniferami robiliśmy dobry miesiąc temu.
Moim zdaniem, te laurki nie są tak zjawiskowe, jak świąteczne kartki, ale dziadkowie na pewno rozpłyną się, kiedy zobaczą odbite malusie rączki. Specjalnie napisałam datę, coby nie uleciało z pamięci, kiedy to Artur miał takie małe łapki? :)








Oprócz tego, zamówiłam dla dziadków kalendarze na rok 2013 z fotkami Artura.


 Prezenty na tą okoliczność mamy z głowy :)

My się zimy nie boimy!

Oto dowód.

Już od samego rana Artur wygląda na zimę przez okno.


A kiedy już się ubieramy, przeskakuje z nóżki na nóżkę i cieszy się niezmiernie.






Wychodzimy codziennie. Nie straszne nam mrozy ni śniegi.
Jeszcze do wczoraj nie mieliśmy sanek i Artur chodził ze mną za rękę, ale udało nam się pożyczyć zimowy bolid od dobrej duszy. I tym sposobem Arturo zaliczył dzisiaj przejażdżkę na sankach... i oby tylko śniegu nie zabrakło, bo z saneczek możemy korzystać całą zimę.
Synek po takim spacerze śpi nawet 3 godziny :) Niestety tylko powroty są bolesne... cały blok słyszy, że Artur wraca do domu. Czarna rozpacz. I jak tylko otworzy oczka po drzemce, pokazuje palcem na okno.

Bardzo dziwi mnie fakt, że będąc na spacerze, spotykam tak mało dzieci. Są nawet dni, że tylko ja z Arturem spaceruję. I to nie jest tak, że u mnie na osiedlu nie ma dzieci... wręcz przeciwnie!... wiosną i latem, to nawet nie ma gdzie usiąść na ławce, a do huśtawek są kolejki. 
Więc gdzie są te dzieci, pytam? Zapadły w sen zimowy? Cały czas chorują? Czy to tylko ja taka zła matka jestem, że ciągnę biedną dziecinę na mróz?

Ty też możesz mieć raka - sprawdź to!

Nie wiem, czy jest to dobre hasło nawołujące do regularnego badania się pod kątem raka szyjki macicy, ale ja wczoraj zostałam poniekąd właśnie w ten sposób zachęcona przez mojego lekarza ginekologa.
Wczoraj byłam u niego na wizycie... pierwszy raz od ponad roku.
Po ostatniej kontroli "popołogowej" miałam zjawić się za miesiąc na cytologię, której nie miałam robionej bagatela z trzy lata. Miesiąc przedłużył się w rok... Wiem, że to zaniedbałam... możecie mnie zlinczować, wszystkie baty przyjmę ze skruchą.

Lekarz też nie mógł wyjść z podziwu dlaczego tak dawno mnie nie było, dlaczego tak długo zwlekałam. Zapytał, czy nie chciałabym wiedzieć, że mam raka? Myślałam, że spadnę z krzesła. Powiedział, że warto to wiedzieć, bo wcześnie wykryty rak jest wyleczalny w 100%. Ale tylko ten, w stadium bezobjawowym... czyli, ten, który już potencjalnie w nas siedzi, ale nie daje jeszcze znaku... i można go wykryć tylko poprzez badanie cytologiczne.
Codziennie dziesięć Polek dowiaduje się, że ma raka szyjki macicy... prawie połowa z nich umiera.*
Statystyki powalają.

A Wy, kochane moje, kiedy miałyście ostatni raz zrobione badanie cytologiczne?


* źródło



Versatile Blogger




od




  • podziękować nominującemu blogerowi u niego na blogu, 
  • pokazać nagrodę Versatile Blogger u siebie na blogu, 
  • ujawnić 7 faktów dotyczących samego siebie, 
  • nominować 15 blogów, które jego zdaniem na to zasługują,
  • poinformować o tym fakcie autorów nominowanych blogów.


No to jedziemy.

Najpierw kilka faktów o mnie:
- Po przeczytaniu książki "Jedz módl się kochaj", chcę jechać do Włoch.
- Zawsze chciałam mieć syna. I gdybym mogła wybrać płeć drugiego dziecka, to też raczej byłby to chłopiec... chociaż warkoczyki i spineczki kuszą :)
- Będąc przez trzy miesiące u mojej siostry, nauczyłam się od niej dużo nowych przepisów i trików kulinarnych, które intensywnie wdrażam w mojej kuchni.
- Kiedy Artur śpi, uczę się języka angielskiego z Profesorem Henrym i z książek z liceum i studiów (jedyne moje książki ze szkolnych lat, które zostawiłam... czyżbym coś przeczuwała?)
- Nienawidzę prasować... męskich koszul to już w ogóle. A mężczyzn w domu o ironio! mi przybyło.
- Po narodzinach Artura stosunki między mną a moją mamą nieco się pogorszyły .
- Naprawdę uwielbiam "siedzieć" z synkiem w domu... nie chcę wracać do pracy dopóki nie skończy 3 lat.

Nominuję:
  1. Anulę
  2. Mamę Miłosza
  3. Mamę Krzysia i Madzi
  4. Elsę
  5. Arbuzowo
  6. Mamę Zuzi
  7. Gosię
  8. Mamę Mateuszka
  9. Happy Power Mama
  10. Surrealistkę
  11. Cichą
  12. Mama Wojtusia
  13. Mamę Mai
  14. Ineska
  15. Mamę Maurycego





Wytrawne muffinki dla malucha

W tym tygodniu Artur miał spotkanie pierwszego stopnia z muffinką... wytrawną.  Często piekłam takie (pełnoziarniste, z większą ilością otrębów) kiedy byłam na diecie i chodziłam do pracy. Teraz czas, żeby muffinki powróciły, bo to świetna alternatywa na drugie śniadanie lub podwieczorek dla malucha. Właściwie to starsze dziecko też może z powodzeniem wziąć taką muffinkę do szkoły... i dorosły do pracy... a niech już będzie... te muffinki są dla każdego!

Składniki:

Suche:
  • 1,5 szkl. mąki  (użyłam pół na pół mąki pszennej i mąki pełnoziarnistej)
  • 1 łyżeczka sody
  • 0,5 łyżeczki proszku do pieczenia (jeśli maluch jest uczulony, można pominąć)
  • 3 łyżki dowolnych otrębów lub płatków owsianych
  • 0,5 łyżeczki cukru (można pominąć)
  • 0,5 łyżeczki soli (j.w.)
  • 1 średnia cebula pokrojona w drobną kosteczkę
  • 3 plasterki wędliny pokrojonej w kosteczkę
  • 1 szkl. startego żółtego sera (ok. 80 g)
  • 8 pokrojonych oliwek (można pominąć lub zamienić na suszone pomidory lub coś innego, co wasze maluchy lubią)
  • bazylia, oregano lub inne zioła do smaku
Mokre:
  • 2 jaja
  • 10 łyżek oliwy
  •  150 ml naturalnego jogurtu lub maślanki

W jednym naczyniu mieszamy dokładnie wszystkie suche składniki. W drugim wszystkie mokre. Następnie łączymy dwie masy ze sobą, mieszamy bardzo krótko i niedbale, tylko tyle, aby składniki mniej więcej połączyły się ze sobą.  Jeśli "przedobrzymy" z mieszaniem, muffinki będą twarde.

Masę wykładamy do foremek, pieczemy 20-25 minut w 180 st.

Wyszło mi 12 sztuk. Kilka od razu zjedliśmy. W końcu muffinki są dla wszystkich :)
Resztę zamroziłam na inne dni.

Fotorelacja ze spotkania z muffinką:

Nowy obiekt 



To ma być mój podwieczorek? Phiii!



Trzeba przyjrzeć się temu z bliska.



Uwaga, próbuję!



Ukhmmm... dobłe to jest!


Smacznego!

Share Week

Trwa akcja zorganizowana przez Andrzeja z jestKultura.pl
Generalnie polega ona na rekomendowaniu blogów, do których często zaglądamy i podczytujemy, które nas inspirują i intrygują... które jednym słowem, warto znać. Mamy na to tydzień... od wtorku, więc czasu coraz mniej.
Szczegóły akcji TUTAJ. Po przeczytaniu tamtejszej notki, każdy powinien czuć się zobligowany do wzięcia udziału w akcji.

Dałam się wkręcić.
Moje pięć blogów, do których warto zajrzeć. Kolejność nie świadczy o tym, że najsłabsi są na końcu. Absolutnie! Dlatego podaję w kolejności od Z do A.

W mojej kuchni - blog kulinarny, gdzie autorka krok po kroku pokazuje jak upichcić danie, przystawkę czy deser... wszystko czarne na białym... to lubię! Korzystając z tych przepisów zawsze wszystko mi się udaje.

Paluszkami - obserwuję ten blog dopiero od grudnia, ale szczerze polecam... ten blog inspiruje, pokazując różne pomysły prac plastycznych, które można wykonać z dziećmi.

Nie śpimy - młoda mama i jej trzymiesięczny potomek... krótko i humorystycznie... czytam i zrywam boki.

 Do czego przyda się chustka - piękna historia o życiu, macierzyństwie, miłości i przemijaniu ... blog można przeczytać jednym tchem... autorka pisała krótko i zwięźle, ale bardzo pięknie. Niestety przegrała walkę z nowotworem... ale jej historia trwa nadal.

Co słychać u dziewczynek - autorką jest mama dwóch córek... uwielbiam czytać dialogi między nimi... i całą ich historię.

Oprócz wyżej wymienionych jest jeszcze cała masa blogów o macierzyństwie, książeczkach i zabawkach,  które czytam nałogowo... i blogi kulinarne też uwielbiam :)

A jakie są wasze propozycje? Chętnie poczytam :)

Chyba już wiem

Tydzień mija mi na wizytach u koleżanek lub ich goszczeniu... jednym słowem bardzo sympatycznie. Tym bardziej, że mąż całymi dniami pracuje i jak wychodzi z domu o 10:00 to z powrotem jest o 22:30 :(

Oczywiście na każdym takim spotkaniu poruszany jest temat dotyczący naszych dalszych planów. Podczas rozmów o emigracji okazuje się, że dużo moich znajomych albo myślą o wyjeździe, albo marzą, albo żałują, że nie wyjechali, kiedy mieli okazję. I tak, jedna koleżanka by wyjechała, ale mąż nie chce... druga z kolei wysłałaby tylko męża na wyspy, coby zarobił na mieszkanie. Kilka osób też już wyjechało. Nie wiem, czy tylko mi się wydaje, bo ten temat mnie dotyczy, czy tak naprawdę jest, ale zaobserwowałam w swoim środowisku ponowny boom na wyjazd z Polski. Kiedyś, zaraz po naszym ślubie,był taki czas, że dużo znajomych wyjechało lub mieli taką ewentualność na uwadze... i wydaje mi się, że to zjawisko powróciło.

Nie będę się tu rozpisywać, czy warto wyemigrować, czy nie. Ciągle słyszę, że jest coraz trudniej tam się osiedlić, że nie dają już takich benefitów, że pracy coraz mniej. Nie wiem jak to będzie z nami, ale zdecydowaliśmy się w koncu na wyjazd.Cały czas się wahaliśmy. Zrobiłam nawet spis wad i zalet życia tu i tam. Wad było tyle samo, ale już zalet było więcej w rubryce pod tytułem Anglia. Jednak szala zdecydowanie przeważyła, kiedy okazało się, że mąż będzie miał tutaj pracę tylko do początku marca.

Plan jest taki, że najpierw wyjedzie mąż. Z tym, że termin wyjazdu zależny jest od decyzji chirurga co do wnętrostwa występującego u Artura. Jeśli będzie potrzebny zabieg, to mąż jeszcze przez ten trudny czas zostanie z nami. Jeśli nie, to wyjedzie na początku lutego. Praca w Anglii "niby" dla męża jest... musi jeszcze zadzwonić i się upewnić. Jak już wyjedzie to wynajmie dla nas mieszkanie, złoży podanie o benefity, może znajdzie lepszą pracę... a ja w tym czasie miedzy doglądaniem Artura i wycieraniem łez tęsknoty za mężem, spakuję nasze życie w kartony, znajdę agencję, która zajmie się wynajmem naszego mieszkania, złożę wypowiedzenie umowy w swojej pracy, załatwię jakąś firmę od przeprowadzek, opuszczę moje kochane mieszkanko, wsiądę z Arturem do samolotu i wyląduję w Londynie... w ramionach mojego męża. Ależ to brzmi pięknie! Takie poukładane życie przed nami... wszystko zaplanowane. Tylko nie wiedzieć czemu drżę... ze strachu, nie z podniecenia... Jednego dnia jestem strasznie pozytywnie nastawiona do tej emigracji, czuję taką siłę, że mogłabym wyjechać już tu i teraz... a drugiego dnia chowam głowę w piasek i dopada mnie bardzo dużo wątpliwości.

Boję się tego wszystkiego jak cholera... ale najbardziej podoba mi się koniec tej drogi... i żyli razem długo i szczęśliwie.

Sprzęt RTV i AGD w życiu Artura

Co takiego jest w tych sprzętach? Co powoduje, że Artur na ich widok piszczy, trzęsie się i chce koniecznie przy nich majsterkować? Jak to jest możliwe, że zabawki, nawet te najnowsze i najgłośniej grające nie mają takiego powodzenia u Artura, jak pralka, kuchenka, odkurzacz czy suszarka?

Ostatnio przeglądając zdjęcia nasunęła mi się taka myśl, że sprzęt RTV i AGD bardzo intensywnie towarzyszył Arturowi. Ma mnóstwo zdjęć z pralką, kuchenką, pilotami i klawiaturą.

Jeśli chodzi o suszarkę to rozumiem tą miłość, bo w czasach kolki uspokajała Artura, jej dźwięk był wręcz wybawieniem nie tylko dla niego, ale i dla nas. Później był czas, że Artur trochę się jej bał... ale teraz uwielbia, kiedy suszę sobie włosy.
Co do odkurzacza, to Artur bardzo się go boi, ale nie spuszcza go z oka, patrzy na niego, krzyczy i robi do niego podchody... być może dlatego, że nasz odkurzacz bardzo głośno pracuje. Arturo doskonale potrafi wskazać miejsce, gdzie ukrywamy ten hałaśliwy sprzęt i potrafi naśladować jego dźwięk. Kiedy odkurzacz jest wyłączony Artur potrafi bawić się nim nawet ponad godzinę!
Mieliśmy nadzieję, że Artur dostanie swój odkurzacz na gwiazdkę... niestety Mikołaj nie dał rady :( Zresztą, mam wątpliwości, czy ten zabawkowy w pełni usatysfakcjonowałby Artura.

Natomiast pralka to jest sprzęt namber łan. Wystarczy, że powiem "idziemy wstawić pranie" a Arturo już jest przy drzwiach łazienki. Pokazuje gdzie wsypać proszek i wkłada pranie do bębna (po mojej wstępnej segregacji na kolory). Podczas pracy pralki, Artur mógłby cały czas wpatrywać się w obroty bębna i świecące światełka. Pisków i odgłosów zachwytu nie ma końca. A kiedy pranie się wypierze, podstawia miskę, ja wyrzucam pranie, staję przy suszarce, a mój mały pomocnik podaje mi wyprane rzeczy. Czasem robi to tak szybko, że nie nadążam wieszać. Jest genialny!

Oto dowody miłości do pralki.








Teraz, po tym zestawieniu zdjęć odkryłam jeszcze jedną rolę, jaką pełni pralka... jest świetną miarką wzrostu :)



Jeżeli jeszcze nie wiecie komu przekazać swój 1% podatku, pomóżcie Agacie.


Zupy mleczne

Kiedy Artur skończył rok, odrzucił butelkę ze smoczkiem i skończyło się ranne i wieczorne picie mleczka. Ale mimo wszystko mleko w diecie takiego dziecka musi nadal występować. Dlatego, oprócz kaszek ryżowych na mleku modyfikowanym, serwuję Arturowi zupy mleczne.
Podaję ściągę... może komuś się przyda :)

  • Kasza manna z żółtkiem

- 150 ml mleka (u mnie kozie)
- 2 płaskie łyżki kaszki manny błyskawicznej
- żółtko jaja kurzego
- płaska łyżeczka cukru

Utrzeć żółtko z cukrem na kogel mogel.  Jeśli nie macie cierpliwości lub czasu, bo dzieć krzyczy z głodu, to chociaż wymieszajcie żółtko z cukrem tak, żeby rozetrzeć cukier. Do mleka należy dodać kaszę mannę i zagotować. Następnie dodać koge-mogel, chwilę jeszcze pogotować i voila... zupka gotowa.Artur zjada ją bez mrugnięcia oka.



  • Kasza manna z jabłkiem
- 150 ml mleka (u mnie kozie)
- 2 płaskie łyżki kaszki manny błyskawicznej
- pół jabłka startego na małych oczkach

Mleko i kaszkę zagotowujemy, pod koniec dodajemy starte jabłko i po chwili zdejmujemy z ognia.

  • Owsianka z jabłkiem
Skład jest taki sam, jak w przypadku zupy wyżej, tylko zamiast kaszy manny dodajemy dwie łyżki "z czubkiem" błyskawicznych płatków owsianych.



Ogólnie do każdej owsianki czy kaszy manny na mleku można dodać jakieś owoce, nie koniecznie jabłko. Ja często ratuję się kostkami owocowymi, o których pisałam tutaj. Polecam!

Muszę się przyznać, że produkty o nazwie "błyskawiczna" ułatwiają mi życie. W posiadaniu mam błyskawiczną kaszą mannę oraz błyskawiczne płatki owsiane, jęczmienne i ryżowe.
Płatki jęczmienne dodaję do zupek. Płatki ryżowe podaje na kolację z mlekiem lub na podwieczorek z jabłkami lub innymi owocami sezonowymi. Owsiane wiadomo, do owsianki.
Szczerze mówiąc nie wnikałam w to, czy takie błyskawiczne produkty są mniej zdrowe od zwykłych... i w sumie, nie mam zamiaru się w tym kierunku uświadamiać... jest mi z tymi produktami wygodnie i nie chcę tego psuć :)





A w Londynie...

... taka była impreza!




Właśnie sobie uświadomiłam, że bardziej tęsknię za Londynem będąc w Polsce, niż za Polską będąc w Londynie. Czuję sentyment, kiedy oglądam ten filmik. Moje serce zostało właśnie tam.

16 miesięcy Artura i 1 dzień nowego roku

Sylwester spędziliśmy w miłej, rodzinnej atmosferze u kuzynki męża. Mam nadzieję, że to dobra wróżba na nowy rok i rodziny w tym roku mi nie zabraknie. Podobno jaki Sylwester, taki cały rok. Coś w tym chyba jest, bo dwa lata temu nowy rok powitałam między innymi w towarzystwie ciężarnej koleżanki... a 2 lutego patrzyłam już na pozytywny test ciążowy :)

Artur to imprezowicz numer jeden! Cały czas towarzyszył nam w sylwestrowej posiadówce i poszedł spać dopiero przed 1 w nocy! Czekał na fajerwerki...i mimo że, podziwiał je tylko z parapetu okna, to widać było po jego minie, że warto było czekać.


Dzisiaj Artur kończy szesnaście miesięcy. Codziennie mnie zadziwia. Najfajniej wychodzi mu naśladowanie naszych czynności... wszystko potrafi powtórzyć z najmniejszymi szczegółami i w odpowiedniej kolejności. Że najpierw się miesza w kubku łyżeczką, a później się z niego pije. Że najpierw wsypuje się proszek do szufladki, ładuje się pranie do bębna, a później się włącza pralkę. Że najpierw zakłada się buty, kurteczkę, a później się siada w foteliku samochodowm. Jeśli szczoteczka do zębów, to tylko z pastą. Jeśli kąpiel, to tylko z pianą. I tak dalej, i tak dalej.

Nadal mówi tylko dwa słowa... ale to nic.. my i tak rozumiemy się bez słów. Artur pokazuje co chce i  bardzo dużo rozumie. Widać, że chciałby zrobić mnóstwo rzeczy, ale niestety umiejętności motoryczne mu jeszcze na to nie pozwalają. I dobrze ... i tak nie mogę już nic przy nim zrobić, bo potrafi wejść na każdą kanapę i obrotowe krzesło, które stoi przy biurku. Wcale nie pragnę, żeby nadszedł ten dzień, kiedy będę go ciągle zdejmować ze stołów i wysokich krzeseł, które mam w kuchni. Wiem, wiem, okrutna matka ze mnie :)

Postanowienia na nowy rok?
Jeśli chodzi o mnie, to tak jak wcześniej pisałam, nie potrzebuję hasła pod tytułem "Nowy Rok", żeby coś zmienić w swoim życiu. Na pewno chcę być szczęśliwa. Banalne!

A jeśli chodzi o Artura to patrz zdanie wyżej :)Taki żarcik, hi hi.
Na pewno chciałabym, odzwyczaić go od smoczka i pieluchy, ale to nie są postanowienia z powodu nowego roku, tylko dlatego, że Artur po prostu dorośleje. I trzeba pożegnać się z przyzwyczajeniami, które pasują niemowlętom, ale nie koniecznie takim dużym chłopcom jak Arturo. Nie mam jeszcze pomysłu, jak to zrobić i jakich użyć metod, ale pójdę na żywioł. Do szesnastki mam czas... znaczy do szesnastego roku życia... bo przecież nie znam żadnego nastolatka, który ssie smoczek i moczy się w pieluchy.