Trick or treat

31 października tego roku po raz pierwszy obchodziłam Halloween... i muszę przyznać, że bardzo fajnie się bawiłam.W przeciwieństwie do Walentynek, to święto przypadło mi do gustu. Ogłaszam wszem i wobec, że jestem miłośniczką Halloween i chociaż w Polsce brak tego klimatu, to postaram się już co roku świętować ten dzień.

Artur też podziela moją sympatię do Halloween, bo na obchodzie był bardzo grzeczny, z wielką uwagą podziwiał przebierańców i niekiedy się cieszył. Ogólnie w domu nic nie organizowaliśmy... byliśmy nastawieni na przechadzkę po okolicy. Wszyscy się przebraliśmy, to znaczy ja, moja siostra i Zuzia byłyśmy wiedźmami, a Artur był naszym kotkiem. Jako, że Artur większość czasu spędził w wózku i wieczorem było już chłodno, to nie miałam dużego pola do popisu, jeśli chodzi o jego przebranie. Ciocia namalowała mu tylko kocie wąsy i nosek. Na obchód wzięłyśmy jeszcze małoletniego sąsiada i koleżankę siostry z synkiem.Wyruszyliśmy jak już  dobrze się ściemniło, coby złapać odpowiedni klimat. Było ciemno... wiał wiatr... szumiały drzewa... niektóre domy przyozdobione były w pajęcze sieci, kościotrupy, pająki, małe lampki... z jednego domu snuła się muzyka niczym z najstraszniejszego horroru... oj był klimat, był.

Dzieci miały frajdę w poszukiwaniu zapalonych dyń... zachowywały się tak, jak podczas zabawy w  podchody. Dużo ludzi otwierających drzwi było także przebranych... niektórzy otwierali z halloweenowym krzykiem... jeden pan miał nawet piłę w ręku... dzieci były przerażone. Później już z nieufnością podchodziły do domów, cichutko pukały i uciekały spod drzwi, chowając się za naszymi plecami. Ale cukierków nie odpuściły :)

W wielu domach witały nas całe rodziny lub grupy znajomych... w maskach, kostiumach... czekających na innych przebierańców. Naprawdę czułam ten klimat... i że oni kochają to święto, obchodzą je tak rodzinnie i z taką ilością detali... tak pięknie przyozdabiają domy tylko na ten jeden wieczór. Coś fantastycznego.

Jeden pan miał słodycze przykryte ugotowanym, oblepionym w jakiejś kleistej mazi makaronem. Trzeba było zanurzyć rękę w tym czymś nieprzyjemnym, żeby wyciągnąć słodycze... dzieci niechętnie chciały sie częstować, a on kusił i kusił... przekomiczny był.
Oto bohater wieczoru, makaron i kusiciel ( zdjęcia pana z piłą nie umieszczę.... zbyt drastyczny widok... za dużo krwi :)



Nasi mali przebierańcy









Artur i jego pierwsze halloweenowe zdobycze






7 komentarzy:

  1. Bardzo ale to bardzo podoba mi się to święto i i strasznie żałuje, że w Polsce nie ma tego klimatu:/ Cudne przebrania, słodziaki:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Wow, jestem pod ogromnym wrażeniem. Wiedziałam, że będzie fajnie, ale że aż tak?! :) Zazdroszczę! I dziękuję bardzo za podzielenie się wspomnieniem, przez moment poczułam jakbym chodziła z Wami :)
    Przebrania piękne, a i zdobycze Arturka również :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Naprawdę zabawa była przednia :)

      Usuń
  3. Artur jest przesłodkim kociakiem!:) Świetnie opisałaś wszystko, szkoda, że u nas tak fajnie się to nie odbywa.Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  4. Dopiero teraz zaglądnęłam i zdałam sobie sprawę, że umknął mi jeden post :P ale już to nadrabiam ;)
    A ten potworek obok tej ślicznej dziewczynki, to...??? (w czarnej kurtce).
    Super to wyglądało, aż żałuję, że tu w Polsce tak nie jest.
    Ja tylko na miałam "straszną" dyniową animowaną tapetkę w komórce :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten wilkołak obok wiedźmy to syn sąsiadki, którego zabrałyśmy na Trick or treat :)

      Usuń