Jeszcze o Londynie

Kolejny wpis...z serii I love London.
Nadal jestem zachłyśnięta życiem tutaj. Ponad miesiąc mieszkania w Anglii i szybki wniosek - będę tęsknić. I chociaż jest dużo rzeczy o których jeszcze nie mam pojęcia, niektóre też mnie irytują, to i tak większość czynników sprawia, że pokochałam to miejsce, tych ludzi, ten klimat, tą atmosferę.

Muzea są tu za darmo. Może nie wszystkie, ale większość i to takich naprawdę ciekawych. Anglicy dbają o rozwój kulturalny społeczeństwa. Ludzie w Polsce nie chodzą bo nie mają kasy... lub tylko tłumaczą to brakiem funduszy. A tu się człek nie wywinie. Ma za darmo i wstyd nie zwiedzać, co mu dane.

Są tu Pub'y  do których przychodzą rodziny z dziećmi. Tak, tak, do 20:00 wstęp do pubu mają także małe dzieci. Ba! Można nawet  zamawiając piwo lub kawę, poprosić o malowankę i kredki dla podopiecznych. Bo dla nich pub to nie mordownia, palarnia i pijalnia, ale miejsce, gdzie można spotkać się z przyjaciółmi nie zaniedbując przy tym dziecka. Oczywiście jest też tam miejsce nie tylko dla najmłodszych, ale i dla seniorów, którzy pijąc Guinnessa czytają sobie prasę. Przyznaję, zaliczyłam z Arturem już taki pub... kiedy pojawiłam się w progu z wózkiem, nikt nie zabił mnie wzrokiem.

Podoba mi się ta powolność tutejszych ludzi. W markecie, przy kasie nie muszę w pośpiechu wrzucać produktów do torby. Kasjerka poczeka, ludzie w kolejce poczekają, powoli lokuję produkty, z uwzględnieniem kolejności... co by pomidorki były na wierzchu i się nie pogniotły. Przeliczam resztę, wrzucam do portfela. Nie ukrywam, że mam jeszcze ten nawyk, żeby jak najszybciej odejść od kasy i nie przeszkadzać. Ale patrzę na uśmiechnięta kasjerkę, która czeka, podaje mi produkty i to jest takie kojące... ten ich spokój. Tego właśnie potrzebuję. A ludzie stojący w kolejce, gdyby bardzo chcieli to i tak już nie mogliby mnie zabić wzrokiem... bo zrobiliby to już dawno temu.... w pubie.
Owszem, czasem denerwuję się, kiedy idą całym chodnikiem, powolutku, spacerkiem, bo przecież oni się nigdy nie śpieszą... i za nic nie idzie ich wyprzedzić, bo wózkiem jadę... i za chwilę łapię za gardło tą moją irytację i pytam jej "gdzie się śpieszysz?". Uczę się spokoju... właściwie odzyskuję go, bo przecież dawno temu był mi on  dany.

Zwierzęta też jakoś tak bardziej przyjaźnie nastawione są na ludzi. Wszędzie można spotkać wiewiórki... oczywiście w parku to już tłoczno się od nich robi :) Nawet przychodzą pod okno domku mojej siostry... nie raz chciałam zrobić zdjęcie, ale niestety nie są zbyt chętne na sesje fotograficzne. Ale udało mi się jedną złapać w kadr... w parku sobie była. Tutejsze wiewiórki ubrane są w szaro-rude futerka... i są trochę większe od naszych.



Jeśli chodzi o zwierzęta to bytują przy domach także lisy. Widziałam jednego nawet, jak sobie leżał na ogrodzie... w słoneczku się wygrzewał. Niestety zdjęcia nie zrobiłam, ale był "byczy". I przyznam szczerze, że o ile wiewiórkom mówię tak, to tych lisów trochę się obawiam. Niby nie atakują ludzi, ale była sytuacja, że lis wszedł do domu i zaatakował małe dziecko. Poza tym, potrafią zostawić swoje odchody na ogrodzie... lub rozerwać worek ze śmieciami, robiąc wielki bałagan wokół domku. Tutejsze władze nie walczą z lisami... twierdzą, że foksiki są częścią świata, w którym żyjemy i trzeba jakoś z nimi współżyć. No cóż, niektórzy na swój sposób próbują wypłoszyć lisy ze swojej posesji... inni po prostu je dokarmiają i cieszą się ich obecnością.

Na koniec kilka zdjęć z wcześniejszego zwiedzania.

Big-Benowski  zegar i jego tarcza o 7 metrowej średnicy.



Artur w drodze do Królowej - pod Pałacem Buckingham




Piękny widoczek na London Eye i Tamizę


16 komentarzy:

  1. Też kocham Londyn... ale z daleka :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Zgadzam sie ze jest fajnie i lubie tu mieszkac z tym ze tesknie troche za Polska :)

    Zapraszam do zabawy:
    http://ilonas25.blogspot.co.uk/2012/11/podaj-dalej-liebster-blog.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tęsknota będzie zawsze nam towarzyszyć, niestety.
      Dziękuję za zaproszenie do zabawy :)

      Usuń
  3. Ja właśnie kocham to w południu we Włoszech, w Hiszpanii, na Malcie - tam na wszystko jest czas, nikt się nie śpieszy i czas biegnie jakby wolniej :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, spokój jest bardzo ważny :)

      Usuń
  4. Ahh, inne życie...bajka ciśnie się na usta.
    A ten pośpiech i nerwy to chyba tylko u nas :(

    OdpowiedzUsuń
  5. fajnie, że ci się podoba życie na emigracji i że nie żałujesz wyjazdu- to najważniejsze :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie żałuję, absolutnie. Ale nadal nie wiem co dalej z nami będzie?

      Usuń
  6. poczatki sa fajne, ja juz 7 lat w Uk i inaczej patrze na wiele spraw, z czasem zachłyśnięcie mija pozostaje smutek i żal, oby Ciebie ominął
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie tego się obawiam... że po latach będę żałować, że podjęłam niewłaściwą decyzję... dlatego ciągle zwlekam... mój dom nadal jest w Polsce.

      Usuń
  7. Jak muzea za darmo - to coś dla mnie ;)!

    OdpowiedzUsuń
  8. aż ma się ochotę zmienić miejsce zamieszkania, my już zaprawieni w bojach, bo w Paryżu bardzo długo mieszkaliśmy i tam też życie zupełnie inaczej wygląda

    OdpowiedzUsuń
  9. a ja po 6 latach mieszkania w Londynie w życiu bym nie powiedziała, że czas leci tu wolniej. Wręcz przeciwnie! Wielki wyścig szczurów!
    Nie powiem, kocham to miasto na swój sposób, ale to nie to co siesta :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każdy ma inną perspektywę widzenia. Ja na razie ciesze się spokojem :)

      Usuń
  10. Anonimowy9/11/2013

    Czytałam ostatnio książkę Jeremiego Claksona i on również mówił, że bardzo wiele lisów kręci obok jego domu:)

    OdpowiedzUsuń