Miłego dnia!

To nic, że za oknem ponuro i deszczowo.
To nic, że na koncie w banku ciągle minus.
To nic, że tęskno na obczyźnie.
To nic...
Bo codziennie od rana taki uśmiech widzę... Czego chcieć więcej?






Miłego dnia!


Ostatnie wspomnienie Londynu

Wkrótce wracam do Polski. Dlatego myślę, że to chyba ostatni wpis przedstawiający moje spostrzeżenia na temat życia w Londynie.
Niestety muszę ze smutkiem przyznać, że bardzo mało zwiedziliśmy. Jesień i zima to jednak nie najlepsza pora roku na poznawanie nowych miejsc, tym bardziej w towarzystwie małego dziecka. Dni są coraz krótsze i pogoda beznadziejna. Poza tym, choroba Artura też skutecznie uniemożliwiła nam zwiedzanie.

Dlatego też, moje obserwacje opisuję na podstawie pobytu w trzeciej strefie Londynu. Zdaję sobie sprawę, że życie w pierwszej strefie nieco różni się od życia tutaj, na przedmieściach, można by rzec. Tutaj na pewno życie wolniej płynie, ludzie nie biegną tak za pieniądzem i trudno zderzyć się z prawdziwym bogactwem i przepychem. Od niedawna mój mąż pracuje w pierwszej strefie i trochę przybliżył mi obraz życia tam... życia w wielkim świecie. Jednym się to podoba, innym nie. Ale jedno jest pewne, centrum Londynu jest piękne. 

Myślę, że warto trochę opisać świat mody bo Londyn niewątpliwie jest jej kolebką. Tutaj ludzie ubierają się we wszystko... dosłownie. Nie zwracają uwagi na to, czy ubiór spodoba się otoczeniu. Najważniejsze, że strój jest zgodny z tradycją, z muzyką jakiej dana osoba słucha, ze stylem jaki uwielbia, bądź po prostu jest wygodny. Często spotykam ludzi ubranych zupełnie nieadekwatnie do pogody... noszą futra lub płaszcze w ciepłe dni... krótkie spodenki i t-shirt w niepogodę. Lub do krótkich spodenek i t-shirta zakładają ocieplane kozaki i grube, zimowe czapy.
Wiadomo, że jak wszędzie, można spotkać ludzi ubranych naprawdę gustownie i ze smakiem, a są też jednostki, które po prostu coś tam na siebie włożą, coby nie chodzić nago. Ale spotykam tutaj więcej frików modowych, niż w Polsce. Bo tu jest duża tolerancja... ludzie czują wolność i swobodę. Gwarantuję, że jeśli wyszłabym w pidżamie i kaloszach nie zrobiłoby to na nikim wrażenia... nikt, oprócz Polek nie odwróciłby za mną wzroku.
Ja niestety, do tych Polek należę. I o ile nie odwracam za dziwnie ubraną osobą głowy, o tyle wgapiam się... staram się tego nie robić, ale pokusa jest wielka. A jeśli ktoś jest szczególnie fajnie ubrany, to już w ogóle patrzę tak długo, aż zapamiętam wszystkie detale.
Lubię po prostu podziwiać ten uliczny pokaz mody.

 Ale, ale... jest jedno ale... i tu bardzo głośno odzywa się we mnie matka-polka. Wyobraźcie sobie, że jest zimno, mam na sobie botki, sweterek i jesienną kurtkę i co widzę?!? Dziecko w wózku, 8 góra 9 miesięcy, owszem ma kurtkę, ale nie ma skarpet ani butów!... o zgrozo, ma bose stópki.... malutkie, czerwone z zimna, bose stópki. Mówcie co chcecie, ale ja tego nie kupuję... nie chcę nawet słyszeć o hartowaniu w taki sposób. Moja tolerancja umiera śmiercią tragiczną na taki widok!

Zauważyłam też ciekawe zjawisko... piękne, drogie auta stoją przed domami...  wydawałoby się, cóż w tym dziwnego? Ano jest to bardzo dziwne, bo o ile w Polsce zazwyczaj te super fury stoją przed super willami, to tutaj te domki są średnio ładne, a niektóre nawet powiedziałabym obskurne wręcz. Zacieki i stara farba na każdej ścianie domku, obskrobane okna, rzadko plastikowe, zaniedbany ogród, który nigdy nie widział kosiarki ani pięknych kwiatów, tudzież zielonej trawki... i przed takimi domkami potrafią stać nawet po dwie, trzy piękne, drogie cacka. I taki widok strasznie kole mnie w oczy. A wniosek nasuwa mi się tylko jeden... ludzie nie przywiązują tutaj uwagi do tego jak mieszkają, często wynajmują domki i nie inwestują w ich remont... Bardziej liczy się dla nich rozrywka... i obym się nie myliła, rodzina i zdrowie, a nie tam jakiś odpicowany domek.

Na koniec smaki... szczerze mówiąc nie poznałam wiele nowych smaków, bo nie oszukujmy się, angielska kuchnia nie jest zbyt przychylna dla podniebienia.Tak przynajmniej twierdzi moja siostra. I ja jej wierzę. Tak więc, chipsów z octem nie spróbowałam. Kanapek z chipsami też nie. Ani żadnych puddingów.
Z ich popularnych zapiekanek, zwanych pies, jadłam jedną, Shepard's pie. Muszę przyznać, że to bardzo dobra potrawa jest i na pewno nie raz zagości na moim stole.
Bardzo polubiłam też ciasteczka Shortbread. W składzie mają tylko mąkę, masło, cukier i sól, ale podbiły moje serce i zawsze będę pamiętać ten słodko-słony smak kruchych ciasteczek, które wręcz rozpływają się w ustach.

Odkąd tutaj jesteśmy, w każdą niedzielę jemy też angielskie śniadanie... najbardziej uwielbiamy fasolkę w sosie pomidorowym z parówkami... jaja sadzone czy na miękko lubiłam zawsze. Myślę, że po powrocie do Polski, zachowamy te nasze niedzielne English breakfast'y.

Najadłam się też na zapas Pringles i Maltesers ... zapasy poszły w boczki, śmiem nawet twierdzić, że w pupę też... ale uwielbiam te przekąski. Oczywiście są one dostępne też w Polsce, ale tutaj mogę je jeść bez obaw, że mój wąż w kieszeni padnie trupem na zawał.

A oto sprawcy moich nadkilogramów :)




Mniam, mniam :)

Krótko podsumowując, Londyn mnie urzekł. Nie licząc złego doświadczenia z tutejszą służbą zdrowia, na pewno będę tęsknić za całym dobrem, które mnie tutaj spotkało.
Czy tutaj wrócę? Na pewno, bo mieszka tu moja siostra ze swoją rodzinką.
Ale czy wrócę, żeby na dłużej zapuścić korzenie? Tego nie wiem. Na razie czuję się rozdarta ...jedna część mnie chce zamieszkać tutaj, podczas gdy druga część rozpaczliwie chce wracać do Polski.
Myślę, że tak będzie już zawsze.


Już biegnę!

Śpieszę poinformować, że Artur jest już zdrów jak ryba. Tfu, tfu, coby nie zapeszyć.

Zaliczyliśmy nawet spacer.
A co się działo się na tym spacerku? Co robi Artur widząc przestrzeń i bezkres przed sobą?
Biegnie!









"Słyszałem coś o ... grudniu!"




Wy też macie banana na ustach jak widzicie tą reklamę? ... Uwielbiam ten dialog :)

Wystawki

Chyba każdy Polak mieszkający w UK wie, co to są "wystawki"? To nic innego, jak wystawianie niepotrzebnych już rzeczy, niemodnych bądź lekko uszkodzonych przed dom. Niektóre przedmioty posiadają nawet krótki opis, co ewentualnie jest popsute.
Myślę, że w innych krajach takie pozbywanie się rzeczy, też jest powszechne.
Tylko u nas w Polsce ludzie wszystko sprzedają... nie potępiam tego, bo też należę do tych ludzi. Każdy grosz się przyda, a w Polsce wszystko drogie... wiadomo.

Ale nie będę się rozpisywać, na temat sytuacji życiowej w naszym kraju. Chciałam się tylko pochwalić, co udało mi się przytaszczyć do domu właśnie z takich "wystawek". I nie czuję się wcale gorsza, że wzięłam sobie te rzeczy. Czuję się po prostu potrzebującą duszą. Ba! Śmiem twierdzić nawet, że te przedmioty ktoś wystawił z myślą o mnie, bo bardzo, ale to bardzo mi się przydadzą :)

Edukacja w UK

Nie wiem skąd to przekonanie, że poziom nauczania w Anglii jest niski. Często o tym słyszałam. Ale odkąd mam tutaj rodzinę nie podzielam tej powszechnej opinii, bo widzę jak edukacja w UK wygląda z bliska.

Zuzia, moja chrześnica ma skończone 5 lat i chodzi do pierwszej klasy szkoły podstawowej, tak zwanej Primary School. To jest jej już drugi rok edukacji, ponieważ mając skończone 4 lata poszła do klasy zerowej, tak zwanej Reception Class. I o ile w klasie zerowej nauka następowała poprzez zabawę, o tyle w tym roku nie jest już tak łatwo. Dzieci większość czasu siedzą już przy stolikach, uczą się czytać, pisać i dodawać do 10. Ba, piszą nawet już kilkuzdaniowe historie lub opowiadania. Dlatego uważam, że poprzeczka jest jednak wysoko podniesiona.

Trzydniówka?

Artur wczorajszą i dzisiejszą noc przespał bez żadnego płaczu, wiercenia się czy pojękiwania. Przespał dwie calutkie noce. Od wczoraj nie gorączkuje. Ale jest cały wysypany czerwonymi plamkami. Gdyby nie te zmiany skórne, mogłabym rzecz, Artur jest zdrów jak ryba.
Moja intuicja mówi mi, że Artur właśnie przeszedł trzydniówkę.

Wysoka gorączka utrzymywała się od czwartku do soboty... równiuteńkie trzy dni, nie ma to tamto. A po ustaniu gorączki, pojawiła się wysypka. Poza tym Artur miał biegunkę. A w niedzielę wymiotował, więc już wtedy jakiś wirus dobierał się do niego.
I tylko ta wydzielina z ucha mi się nie zgadza. Ale czytałam, że przy trzydniówce powiększone są też węzły chłonne i następują zmiany w uchu środkowym. Być może dlatego był to jednorazowy wypływ obrzydliwej mazi. Przy infekcji ucha podobno taka wydzielina pojawia się nawet kilka razy w ciągu dnia.
Faktem jest, że Artur wcześniej miał przez ponad tydzień czerwone gardło, gorączkował i ogólnie był "rozbity"... ale później na kilka dni ozdrowiał. A teraz bite trzy dni Artur miał wysoką gorączkę i "leciał przez ręce"... trzydniówka jak w mordę strzelił!
Chyba zostanę w tej Anglii i będę lekarzem. Ba!

Krótki pobyt w szpitalu i krótko o służbie zdrowia w UK

Wczorajsza noc była tragiczna. Artur miał wysoką gorączkę, którą udawało mi się na dwie-trzy godziny zbić Ibuprofenem. Płakał i nie chciał się położyć. Siedziałam trzymając go na kolanach, wsłuchiwałam się w jego płytki oddech i modliłam się.
Nad ranem, po podaniu drugiej dawki antybiotyku nastąpiła poprawa. Później było już tylko lepiej.
Do dzisiejszego poranka, kiedy Artur znów "leciał przez ręce", miał wysoką gorączkę i
widać było, że cierpi.

Pojechaliśmy na pogotowie.
Jak zobaczyłam kolejkę ludzi, która kończyła się przed szpitalem, zwątpiłam. Czy w którymś kraju istnieje porządna służba zdrowia? Ja rozumiem, że to nie był poważny przypadek... nie spodziewałam się cudów... ale miałam nadzieję, że będzie tu trochę lepsza organizacja niż w Polsce. Byłam zafascynowana życiem tutaj... nadal jestem... ale jednak choroba Artura trochę mnie zniechęciła do tego kraju. Nasz wynik czasowy prezentuje się następująco: 10:40 byliśmy pod szpitalem, o 15:00 z niego wyszliśmy.
Znajomi mówią, że mieliśmy szczęście, że tak krótko to trwało (?!?)

Błąd lekarza?

Artur nadal jest chory. Właściwie od poniedziałku nie miał już gorączki i czuł się dużo lepiej. W niedzielę rano zwymiotował, ale to był tylko jednorazowy incydent, więc potraktowałam to jako zwykłą niestrawność.
Dziś rano Artur obudził się w bardzo złym humorze, był rozbity i cały czas "wisiał" mi na nodze. W południe zauważyłam jasnożółtą ciecz wydobywającą się z jego ucha. Miała glutowatą konsystencję i było jej dość dużo. Bardzo mnie to przeraziło.
Wujek Google powiedział mi, że wysoka temperatura, wydzielina z ucha, wymioty i ogólne rozbicie mogą świadczyć o zapaleniu ucha. Jedno tylko mi się nie zgadzało... Artur nie trzymał się za ucho, nie zgłaszał bólu w tych okolicach, a na pewno w jakiś sposób próbowałby nam to pokazać.

Udałam się do lekarza, jak zwykle w asyście siostry.
Czekaliśmy na wizytę około dwie godziny. Artur z minuty na minutę był coraz słabszy i bardziej rozpalony. Jak się okazało w gabinecie miał 39,5 stopni gorączki. Poza tym, przy rozbieraniu okazało się że ma też wysypkę. Kiedy ubierałam go do lekarza nie miał jeszcze żadnych krostek na skórze.

Kiedy jest czas na drugie dziecko?

Przez ostatnie dwa miesiące mieszkałam pod jednym dachem z dwójką dzieci, z moim czternastomiesięcznym synkiem i pięcioletnią chrześnicą. I mogłam sobie wyobrazić, jak to jest mieć dwoje dzieci. Oczywiście to tylko maluteńka namiastka tego, co mnie czeka, jeśli będę miała swoją dwójkę, ale muszę stwierdzić, że taka różnica wieku jest bardzo fajna.

Zuzia jest już samodzielna, dużo potrafi zrobić i niekiedy też pomóc. Staram się angażować ją w opiekę nad Arturem, żeby nie czuła się pokrzywdzona czy niechciana. Czasem bawię się tylko z nią, bo wiem, że niedługo wyjadę i będę żałować, że tak mało czasu z nią spędziłam. Nie będę tu opisywać jak postępować ze starszym dzieckiem w rodzinie, jakich metod i sposobów używać, aby nie czuło się odepchnięte, bo to nie ta bajka. Nasza sytuacja jest zupełnie inna. Owszem, Zuzia jest czasem zazdrosna, ale ma swoich rodziców i to zupełnie zmienia postać rzeczy.

Gadu-Gadu

Malujemy z Zuzią farbami jesienne drzewa. Pytam ją:
- Jeśli drzewa są takie kolorowe, to co to za pora roku?
- Nie wiem.
- Jesień. A jeśli drzewa będą białe, to jaka to będzie pora roku?
- Niejesień.

Tęsknota? A jednak.

Odkąd tu jestem nie napisałam nic o tęsknocie. Zafascynowana życiem i widokami Londynu nie tęsknię, nie jest mi smutno... ale jak tylko pomyślę, że za miesiąc, za równiutkie 28 dni, będę już w domu, to jednak jest mi cieplej w serce. Czuję ogromną radość. I łapię się na tym, że coraz bardziej tęsknię za swoim mieszkankiem. Za łóżkiem, za wanną, za deską sedesową. Ba! nawet za swoim nożem do krojenia tęsknię... inne są takie nieporęczne, takie obce.

Już nie mogę się doczekać, kiedy zrobię porządki w szafkach, wysprzątam moje kochane mieszkanko przed świętami... być może zrobię jakieś małe przemeblowanie w pokoju u Artura. Tutaj jakby nie było jestem ciągle w gościnie, nie mam swojego miejsca. Żyję z myślą, że to tylko tak na chwilę, że zaraz wyjeżdżam. Podświadomie nie zadomawiam się, nie wiję gniazdka, co wbrew pozorom, każda kobieta uwielbia robić. U siebie to po swojemu wszystko zrobię, tak jak lubię, kiedy chcę i jak chcę.
9 grudnia przekroczę próg mojego mieszkania i normalnie upadnę na kafelki w przedpokoju i ucałuję tą moja świątynię.

Wirusowa infekcja gardła

Zaliczyłam dziś z Arturem wizytę u lekarza. Gorączkuje od trzech dni, jest płaczliwy, ma katar i niechętnie je. Ale ta gorączka najbardziej spędza mi sen z powiek. Dosłownie, bo najwyższa gorączka, trochę ponad 39 stopni zawsze dopada go w nocy... Na szczęście leki z rodziny ibuprofenu spełniły swoje zadanie. Ale ileż można męczyć się z taką wysoką gorączką?
Przyznam szczerze, że odkładałam wizytę u tutejszego lekarza, bo po pierwsze, bałam się, czy w ogóle zostaniemy przyjęci, a po drugie, nasłuchałam się, że tutaj lekarze przepisują na wszystko Paracetamol. Ale chciałam dla własnego spokoju iść do lekarza, coby Artur był zbadany, osłuchany i pozaglądany w gardziołko.

Poszłam do przychodni ze wsparciem językowym w postaci siostry. Nastawiona na najgorsze, czyli albo nas nie przyjmą, albo odeślą gdzie indziej, albo karta EKUZ nie wystarczy, byłam bardzo mile zaskoczona. Bez zbędnych wyjaśnień z naszej strony, pani recepcjonistka dała nam papierek do wypełnienia... imię, nazwisko i data urodzenia dziecka... narodowość... religia... adres i telefon kontaktowy. Finito. Żadnych PESELI, RMUA, dowodów osobistych, NIPów, sripów ...NIC. Dziecko jest chore i trzeba mu pomóc.

Kim będzie Artur?

Oglądam wywiad z Tomaszem Stańko. Artur bawi się nieopodal na podłodze, przeglądając książeczki. Wywiad kończy się występem artysty. W pokoju rozbrzmiewa dźwięk trąbki. Artur zrywa się z podłogi, rzuca książeczki, podchodzi bardzo blisko do ekranu telewizora i ... czas staje w miejscu... nic się dla niego nie liczy...na nic nie reaguje.
Zapatrzony, lekko uśmiechnięty, podrygujący w rytm dupką wsłuchuje się w brzmienie instrumentu.
W pokoju czuć klimat pierwszej miłości... pierwszego zafascynowania.

Artur trębaczem?


5 x Liebster Blog

Anjami, Gosia, Ilonas, i Mum in London i marzka30 zaprosiły mnie do zabawy.


Bardzo Wam dziękuję. Zawsze chętnie biorę udział w takich zabawach. Jest mi bardzo miło i czuję się wyróżniona.

Zabawa polega na udzieleniu odpowiedzi na 11 pytań, zaproszeniu do zabawy kolejnych 11 blogów informując dane osoby i zadaniu nominowanym 11 pytań. Tak więc, wszystko kręci się wokół liczby 11.

Jeszcze o Londynie

Kolejny wpis...z serii I love London.
Nadal jestem zachłyśnięta życiem tutaj. Ponad miesiąc mieszkania w Anglii i szybki wniosek - będę tęsknić. I chociaż jest dużo rzeczy o których jeszcze nie mam pojęcia, niektóre też mnie irytują, to i tak większość czynników sprawia, że pokochałam to miejsce, tych ludzi, ten klimat, tą atmosferę.

Muzea są tu za darmo. Może nie wszystkie, ale większość i to takich naprawdę ciekawych. Anglicy dbają o rozwój kulturalny społeczeństwa. Ludzie w Polsce nie chodzą bo nie mają kasy... lub tylko tłumaczą to brakiem funduszy. A tu się człek nie wywinie. Ma za darmo i wstyd nie zwiedzać, co mu dane.

Są tu Pub'y  do których przychodzą rodziny z dziećmi. Tak, tak, do 20:00 wstęp do pubu mają także małe dzieci. Ba! Można nawet  zamawiając piwo lub kawę, poprosić o malowankę i kredki dla podopiecznych. Bo dla nich pub to nie mordownia, palarnia i pijalnia, ale miejsce, gdzie można spotkać się z przyjaciółmi nie zaniedbując przy tym dziecka. Oczywiście jest też tam miejsce nie tylko dla najmłodszych, ale i dla seniorów, którzy pijąc Guinnessa czytają sobie prasę. Przyznaję, zaliczyłam z Arturem już taki pub... kiedy pojawiłam się w progu z wózkiem, nikt nie zabił mnie wzrokiem.

Podoba mi się ta powolność tutejszych ludzi. W markecie, przy kasie nie muszę w pośpiechu wrzucać produktów do torby. Kasjerka poczeka, ludzie w kolejce poczekają, powoli lokuję produkty, z uwzględnieniem kolejności... co by pomidorki były na wierzchu i się nie pogniotły. Przeliczam resztę, wrzucam do portfela. Nie ukrywam, że mam jeszcze ten nawyk, żeby jak najszybciej odejść od kasy i nie przeszkadzać. Ale patrzę na uśmiechnięta kasjerkę, która czeka, podaje mi produkty i to jest takie kojące... ten ich spokój. Tego właśnie potrzebuję. A ludzie stojący w kolejce, gdyby bardzo chcieli to i tak już nie mogliby mnie zabić wzrokiem... bo zrobiliby to już dawno temu.... w pubie.
Owszem, czasem denerwuję się, kiedy idą całym chodnikiem, powolutku, spacerkiem, bo przecież oni się nigdy nie śpieszą... i za nic nie idzie ich wyprzedzić, bo wózkiem jadę... i za chwilę łapię za gardło tą moją irytację i pytam jej "gdzie się śpieszysz?". Uczę się spokoju... właściwie odzyskuję go, bo przecież dawno temu był mi on  dany.

Zwierzęta też jakoś tak bardziej przyjaźnie nastawione są na ludzi. Wszędzie można spotkać wiewiórki... oczywiście w parku to już tłoczno się od nich robi :) Nawet przychodzą pod okno domku mojej siostry... nie raz chciałam zrobić zdjęcie, ale niestety nie są zbyt chętne na sesje fotograficzne. Ale udało mi się jedną złapać w kadr... w parku sobie była. Tutejsze wiewiórki ubrane są w szaro-rude futerka... i są trochę większe od naszych.



Jeśli chodzi o zwierzęta to bytują przy domach także lisy. Widziałam jednego nawet, jak sobie leżał na ogrodzie... w słoneczku się wygrzewał. Niestety zdjęcia nie zrobiłam, ale był "byczy". I przyznam szczerze, że o ile wiewiórkom mówię tak, to tych lisów trochę się obawiam. Niby nie atakują ludzi, ale była sytuacja, że lis wszedł do domu i zaatakował małe dziecko. Poza tym, potrafią zostawić swoje odchody na ogrodzie... lub rozerwać worek ze śmieciami, robiąc wielki bałagan wokół domku. Tutejsze władze nie walczą z lisami... twierdzą, że foksiki są częścią świata, w którym żyjemy i trzeba jakoś z nimi współżyć. No cóż, niektórzy na swój sposób próbują wypłoszyć lisy ze swojej posesji... inni po prostu je dokarmiają i cieszą się ich obecnością.

Na koniec kilka zdjęć z wcześniejszego zwiedzania.

Big-Benowski  zegar i jego tarcza o 7 metrowej średnicy.



Artur w drodze do Królowej - pod Pałacem Buckingham




Piękny widoczek na London Eye i Tamizę


Prezent na gwiazdkę

Kupiłam tą rzecz na gwiazdkę dla Artura. Była promocja w pobliskim sklepie katalogowym. Niestety prezent nie wytrzymał do 24 grudnia... ba, nawet do 6 grudnia nie wytrzymał. Widząc, jak Artur zaciekawiony jest wszelkimi mazakami i kredkami, i jaka jest jego radość, kiedy trzyma i bazgroli sobie po kartce, postanowiłam mu owy prezent już wręczyć.

A jest to taki oto wynalazek:


Tomy Aquadoodle to nic innego jak znikopis, po którym można bazgrać za pomocą wodnego pisaka. Artur posiada wersję podręczną, tak zwaną podróżną... gdzie mata składa się na pół, posiada rączki do trzymania i wygląda jak teczka. W ofercie można znaleźć też dużą matę, którą rozkłada się na podłodze.


Mata zabarwia się na niebiesko pod wpływem dotyku pisaka lub mokrych rączek tudzież nóżek... tak, wszelka kreatywność wskazana!
Wystarczy do pisaka wlać wodę i zabawa jest przednia. Oczywiście jak każde dziecko, Artur tym pisakiem nie tylko jeździ po macie, ale i po ścianach i meblach. I o ile przy prawdziwym mazaku czy kredce zostają ślady trudne do usunięcia, po tym pisaku nie zostaje nic. Nie trzeba też obawiać się, że dziecko pobrudzi sobie bluzeczkę czy paluszki. Nic się też nie dzieje, kiedy dziecko bierze pisak do buzi. Wiadoma rzecz, że zabawę z matą trzeba nadzorować... ale z mniejszą ilością zakazów.
Poza tym, jeśli pisak się nieszczęśliwie zagubi, to można go dokupić... widziałam takowe na allegro. 

Jedynym minusem jest to, że rysunek z maty trochę wolno znika... woda musi po prostu wyschnąć.
Ale i tak gorąco polecam ten produkt. Moim zdaniem powinien znaleźć się on na liście prezentów waszych pociech. Mata jest wskazana dla dzieci od 18-stego miesiąca życia... ale Artur mając 13-ście miesięcy świetnie sobie z nią radzi. Popatrzcie sami:











Trick or treat

31 października tego roku po raz pierwszy obchodziłam Halloween... i muszę przyznać, że bardzo fajnie się bawiłam.W przeciwieństwie do Walentynek, to święto przypadło mi do gustu. Ogłaszam wszem i wobec, że jestem miłośniczką Halloween i chociaż w Polsce brak tego klimatu, to postaram się już co roku świętować ten dzień.

Artur też podziela moją sympatię do Halloween, bo na obchodzie był bardzo grzeczny, z wielką uwagą podziwiał przebierańców i niekiedy się cieszył. Ogólnie w domu nic nie organizowaliśmy... byliśmy nastawieni na przechadzkę po okolicy. Wszyscy się przebraliśmy, to znaczy ja, moja siostra i Zuzia byłyśmy wiedźmami, a Artur był naszym kotkiem. Jako, że Artur większość czasu spędził w wózku i wieczorem było już chłodno, to nie miałam dużego pola do popisu, jeśli chodzi o jego przebranie. Ciocia namalowała mu tylko kocie wąsy i nosek. Na obchód wzięłyśmy jeszcze małoletniego sąsiada i koleżankę siostry z synkiem.Wyruszyliśmy jak już  dobrze się ściemniło, coby złapać odpowiedni klimat. Było ciemno... wiał wiatr... szumiały drzewa... niektóre domy przyozdobione były w pajęcze sieci, kościotrupy, pająki, małe lampki... z jednego domu snuła się muzyka niczym z najstraszniejszego horroru... oj był klimat, był.

Dzieci miały frajdę w poszukiwaniu zapalonych dyń... zachowywały się tak, jak podczas zabawy w  podchody. Dużo ludzi otwierających drzwi było także przebranych... niektórzy otwierali z halloweenowym krzykiem... jeden pan miał nawet piłę w ręku... dzieci były przerażone. Później już z nieufnością podchodziły do domów, cichutko pukały i uciekały spod drzwi, chowając się za naszymi plecami. Ale cukierków nie odpuściły :)

W wielu domach witały nas całe rodziny lub grupy znajomych... w maskach, kostiumach... czekających na innych przebierańców. Naprawdę czułam ten klimat... i że oni kochają to święto, obchodzą je tak rodzinnie i z taką ilością detali... tak pięknie przyozdabiają domy tylko na ten jeden wieczór. Coś fantastycznego.

Jeden pan miał słodycze przykryte ugotowanym, oblepionym w jakiejś kleistej mazi makaronem. Trzeba było zanurzyć rękę w tym czymś nieprzyjemnym, żeby wyciągnąć słodycze... dzieci niechętnie chciały sie częstować, a on kusił i kusił... przekomiczny był.
Oto bohater wieczoru, makaron i kusiciel ( zdjęcia pana z piłą nie umieszczę.... zbyt drastyczny widok... za dużo krwi :)



Nasi mali przebierańcy









Artur i jego pierwsze halloweenowe zdobycze






['] ['] [']

Nie mogłam być z rodziną w tym smutnym czasie. Wyjechałam dzień po pogrzebie mojego ciotecznego brata. Najciężej było mi zostawić moją mamę, która zrozpaczona  śmiercią chrześniaka, musiała pożegnać na lotnisku swoje dwie córki i kochane wnuczęta. Rozłąka w takich momentach potęguje ból i rozpacz. Było mi ciężko.
W dniu dzisiejszym nie mogę też zapalić znicza na grobie brata. 

Codziennie przywołuję jego twarz...  uśmiech... dzień, kiedy ostatni raz widziałam go żywego, ostatnią rozmowę. Codziennie... bo boję się, że jego obraz z czasem zacznie się rozmywać w moich wspomnieniach... walczę, aby zostały w moim sercu jak najdłużej.


...tak szybko przemijamy...