Halloween

Mieszkając w Polsce nigdy nie obchodziłam tego święta. Dynię kupowałam tylko w celu ugotowania zupy czy upieczenia placuszków. Ale będąc tutaj, aż chce się coś w tym dniu zrobić.
Już w sobotę czuć było Halloween w powietrzu. Fryzjerki i manikiurzystki miały ręce pełne roboty. Każdy salon piękności, który mijałam, pękał w szwach.

Tutaj mieszkańcy zaczynają świętować już w weekend. Można usłyszeć o wielu imprezach zorganizowanych właśnie z okazji Halloween. Między innymi o Zombie Walk London, gdzie ludzie przebrani za zombie, maszerowali ponad sześć godzin ulicami Londynu, odwiedzając po drodze puby. Niestety nie było mi dane spotkać żadnych gnijących ciał na ulicy. Ale Zuzia miała tą przyjemność... była bardzo przerażona i z wielkim płaczem skryła się w ramionach swojego taty.
Szczerze przyznam, że gdyby Artur był trochę starszy, chętnie wzięłabym udział w tym happeningu. Chociaż na godzinkę, no może dwie, stalibyśmy się rodzinką zombiaków :)

Ale za to dziś, w dniu Halloween, wszyscy idziemy po domach zbierać słodycze lub robić psikusy... Dzieci będą przebrane za różne postaci. Biorą ze sobą wiaderka lub koszyczki na słodycze. Zasadą jest, że puka się tylko do tych domów, gdzie widać zapaloną dynię... to znak, że mieszkańcy biorą udział w zabawie i czekają na małych przebierańców. Oj, będzie się działo :)



Chodzący człowiek

Artur chodzi. Zdecydowanie mogę zapamiętać dzisiejszą datę ku potomności... bo nie mówię tutaj o zrobieniu dwóch kroków, tylko o długich dystansach. Wcześniej Artur sam stał, robił dwa-trzy kroki od ściany do mebli lub szedł dwa kroczki i schodził do pozycji czworaczej.
Cierpliwie czekałam, kiedy zacznie chodzić. Tak jak na chodzącego człowieka przystało. I mam ten dzień! Z samego rana, jak tylko mąż postawił Artura na podłodze, ten przeszedł całą kuchnię, później nie trzymając się ściany pokonywał duże dystanse. I tak mu już zostało.
Jestem z niego dumna. Mój malutki synek zrobił kolejny krok w kierunku samodzielności.
Chlip-chlip... ocieram łzy wzruszenia.


Świeżutkie jak bułeczki zdjęcia chodzącego Artura... robione na szybko, co by mieć pamiątkę, tych pierwszych dużych kroczków :)





Szafa Artura

Szafa Artura wzbogaciła się o kilka fajnych ciuszków... są to zdobycze z second-handu. Ciuszki są markowe, w bardzo dobrym stanie.
Nie trzeba wyrzucać węża z kieszeni, żeby ubrać dziecko w firmówki. Dzięki takim sklepom i wąż jest syty i Artur ubrany... zobaczcie sami:




Jak to jest z tym językiem?

Moja chrześnica, Zuzia, ma pięć lat. Na emigracji mieszka od pierwszego roku życia. Rok temu poszła do klasy zerowej, w tym roku jest w pierwszej klasie. Zuzia jest dzieckiem dwujęzycznym. Oboje rodzice są Polakami i rozmawiają z nią po polsku. Języka angielskiego uczy się w szkole i od rówieśników. Czytałam trochę o dzieciach dwujęzycznych i okazuje się, że to jest dobre rozwiązanie. Bo gdyby rodzice mówili do niej po angielsku, mogliby nauczyć jej niepoprawnej wymowy obcego języka, a ojczystego w ogóle by nie przyswajała.

Kiedy poszła do szkoły przez pierwsze pół roku było jej ciężko, mało rozumiała, słabo mówiła w języku angielskim...  wsłuchiwała się tylko i chłonęła jak gąbka... po kilku miesiącach, ni stąd ni zowąd, zaczęła trajkotać in inglisz... i tak jej zostało :)
Ma bardzo ładny akcent... taki ich, którego my, dorośli już tak szybko nie przyswoimy... ta rytmiczność i melodyjność... eh, trzeba tu pobyć kilka lat, żeby to załapać. Mój angielski jest na poziomie - Kali zjeść, Kali chce, Kali pójść. Szkoda gadać.
Zauważyłam też, że kiedy  Zuzia zadaje pytanie w języku polskim to i tak, intonacja jest taka nie polska, jak w pytaniu po angielsku. Nadal też, myli słowa polskie z angielskimi, ma też problemy z nazwaniem niektórych rzeczy. Mówiąc po polsku wspomaga się wyrazami w języku angielskim... to mieszanie śmiesznie jej wychodzi. Ale kiedy się bawi mówi zawsze i tylko po angielsku.

Czasami zastanawiam sie, co ona sobie myśli o tym wszystkim... jak przeżywa takie dwujęzyczne rozdarcie... jak to rozumuje?
Ostatnio kiedy przyleciała do Polski, usiadła przy mnie i zapytała:
- Ciociu ty też mówisz tak jak wszyscy tutaj mówią?
- Tak, mówię po polsku.
- Aaaa to już wiem... bo u nas mówią różnie.


Jest!

Od wczoraj banan mi z twarzy nie schodzi. Tak się cieszę. Jest drugie jąderko! Zeszło!
Dla niewtajemniczonych powiem, że Artur nie miał od urodzenia jednego jąderka... nie było go w mosznie, zagubione w brzuszku szukało drogi. W sierpniu lekarz ostatecznie stwierdził, że jąderko już nie zejdzie i skierował nas na USG, a później na zabieg. Uzgodniliśmy z nim, że zaraz po powrocie do Polski, stawimy się tam gdzie trzeba.
Ale już nie ma takiej potrzeby :) Jąderko jest, no przecież! Widać od razu gołym okiem... od wczoraj nie mam już żadnych wątpliwości. Oczywiście do lekarza pójdziemy w ramach upewnienia się.

Jestem taka szczęśliwa. Wizja uśpionego Artura, przygotowywanego do zabiegu i jego ból po, spędzała mi sen z powiek.
Mój kochany, zdrowy chłopczyk...  moje Wielkie Szczęście.
Teraz będzie już tylko lepiej!

Miłego dnia!

Jestem za!

Od dłuższego czasu obserwuję blogi osób, które mają talent w ręku. Zachwycam się i zazdroszczę. I myślę sobie, że może kiedyś spróbuję swoich sił... chociaż w decoupage. Przed wyjazdem nawet miałam już gotową listę materiałów, które byłyby mi potrzebne na start. W głowie powstała też druga lista... a właściwie w sercu... lista osób, które chciałabym obdarować moimi wypocinami. Ale ostry zakręt mojej życiowej drogi i wyjazd na obczyznę jakoś stłumił mój zapał. Może jeszcze kiedyś...


A tymczasem przyłączam się do akcji w słusznym celu... w celu promowania pięknego, polskiego rękodzieła.
Zapraszam i Was. Przyłączcie się. Rozsyłajcie wici.





Leniwie w kuchni

Już dawno nie zamieszczałam żadnego wpisu kulinarnego... a przecież teraz, im Artur starszy, tym większe pole do popisu. Tak więc w ramach rehabilitacji zapodam jeden przepis.
Będzie bardzo leniwie, jako że to pierwszy kulinarny wpis od dłuższego czasu ... mój synek uwielbia to danie... leniwe pierogi. W dodatku, kiedy ma się jeszcze pomoc w postaci pięcioletniej ochotniczki, to już w ogóle można sobie zrobić kawę czy drinka z parasolką i podziwiać jak małe, sprawne rączki radzą sobie w kuchni.

Maluchy mogą jeść tą potrawę, jak tylko zaczną tolerować gluten w większych ilościach... i nabiał oczywiście. Nie pamiętam kiedy po raz pierwszy te kluchy zaserwowałam Arturowi, ale myślę, że 8-9 miesiąc będzie odpowiedni.

Składniki:
- 250 g białego sera, najlepiej tłustego
- pół szklanki mąki pszennej
- płaska łyżka mąki ziemniaczanej
- płaska łyżka cukru waniliowego (można pominąć)
- jedno jajo (oddzielnie białko i oddzielnie żółtko)
- trochę masełka i cynamonu do dosmaczenia pierogów na talerzyku.

Stawiamy garnek z wodą na ogniu... co by doprowadzić ją do wrzenia. Ser mielimy lub traktujemy go tłuczkiem do ziemniaków, dodajemy żółtko i opcjonalnie cukier waniliowy. Białko ubijamy na sztywno w osobnej misce, po czym delikatnie łączymy ją z masa serową.

Do masy serowej dodajemy mąkę ziemniaczaną i mąkę pszenną... ale uwaga! najpierw dodajmy 3/4 porcji mąki pszennej jaką przygotowaliśmy... być może tyle wystarczy... wszystko zależy od wilgotności sera. Ciasto należy traktować delikatnie... leniwie, jak sama nazwa wskazuje. Będzie się trochę kleić, ale bez problemu da się zrobić z niego dwa lub trzy wałeczki i pokroić tak jak na kopytka.

Kiedy woda już wrze, zmniejszamy ogień i wrzucamy leniwe. Będą one początkowo tonąć i opadną na dno, ale po paru chwilach wypłyną na wierzch... i od momentu wypłynięcia trzeba je gotować na małym ogniu ok 3-5 minut.

Polać stopionym masełkiem i/lub cynamonem. Smacznego!


Fotorelacja z gotowania i degustacji.

Zuzia prezentuje o jakie wałeczki i kopytka się rozchodzi :)





Z podanej ilości składników posili się dwoje małych dzieci i jedna dorosła osoba.


Zuzia i Artur prezentują jak należy jeść leniwe pierogi... i tu styl na leniwca odpada, bo trzeba je jeść szybko, żeby nie wystygły i aby ktoś inny nie podkradał ich z talerza.











Mała papuga

Artur papuguje... wszystkie codzienne czynności, które zaobserwuje u nas. Nawet ostatnimi czasy, kiedy to napatrzył się na mnie, prychającą i smarkającą, kaszlał zaraz po mnie i brał chusteczkę, przykładał ją do nosa robiąc ustami odpowiednie odgłosy. Przekomicznie to wyglądało. Bardzo chętnie się też opiekował swoją schorowaną mamą - wycierał mi buzię chusteczką... tą samą, w którą uprzednio niby smarkał... grunt to dobre chęci.
O tym, że wie do czego służy pilot do TV i telefon komórkowy już pisałam.
Poza tym, podczas kąpieli robi myju-myju, czyli myje rączki, buzię i włosy. Powtarza dosłownie moje ruchy... kubek w kubek :)

Gadu-Gadu

W łazience, Zuzia bacznie przygląda się jak robię sobie makijaż i pyta:
- Ciociu używasz czasem kremu? Takiego na zmarszczki?
- Nie, przeciwzmarszczkowego nie używam.
- A szkoda... bo mogłabyś się smarować... tu na policzkach i tu pod brodą.

Dwa razy już pytała mnie, czy jestem jeszcze młoda? ...  !?! ... Chyba naprawdę czas na odgruzowanie się.



Przy obiedzie... Zuzia wskazując na mięsko pyta:
- Mamo, a co to za zwierzątko było?

Aż się chce przejść na wegetarianizm.




Potrzebna krew A- lub 0-

Brat Karli potrzebuje krwi.
Niestety mogę pomóc tylko w ten sposób... rozsyłając wici.
Tak więc, krew A- lub 0- pilnie poszukiwana.


Więcej szczegółów TUTAJ


Choróbska

Wczoraj minął miesiąc odkąd chodzę po londyńskich chodnikach i muszę przyznać, że choroby mnie nie opuszczają. Proces aklimatyzacji trwa u mnie dość długo... za długo nawet, bym powiedziała. Z ręką na sercu muszę przyznać, że z tydzień może byłam zdrowa. Obecnie dopadł mnie wirus atakujący górne drogi oddechowe... mam męczący kaszel, katar, ból głowy i gardła, i czuję jak wszelkie kanaliki nad i pod oczami są pozatykane. Jednym słowem - uciąć głowę i po kłopocie.
Problem w tym, że ta głowa musi opiekować się swoją malutką główką, której trzeba dać jeść, pobawić się, przewinąć i wyjść na spacer... no właśnie i te spacery mnie trochę wykończyły. Dbając o zastrzyk świeżego powietrza dla dziecka, zapomniałam o sobie, że przeziębiona głowa plus jesienne powietrze równa się masakra.

Pożegnanie z butlą i o niekapkach słów kilka

Stało się... koniec z butlą na dobranoc. Artur stanowczo odmówił picia mleka z butelki. Leżenie i picie to już nie dla niego. Eh, żeby tak szybko poszło odstawienie go od uspokajającego smoczka.
Tak więc, jak na prawdziwego mężczyznę przystało, Artur je posiłki już tylko z łyżeczki. I pije z kubka niekapka lub kubeczka z rurką. Tak, tak, bo Artur ku mojemu matczynemu zadziwieniu potrafi pić też ze słomki. Hura. Tym sposobem otworzyły się przede mną wrota do sklepowej półki z kubeczkami z rurką. Problem w tym, że nie podbiłam jeszcze półki z niekapkami, a przyszło mi już zmierzyć się z szerszym asortymentem. I prawdę mówiąc, nie ogarnęłam jeszcze sztuki mycia tych wynalazków... i zaczyna mnie to bardzo irytować.

Świat oczami dziecka

Zuzia, moja chrześnica, ma 5 lat. Posiada stary, nikomu niepotrzebny aparat fotograficzny i robi nim zdjęcia... niektóre z nich bardzo mnie zaintrygowały. Świat widziany jej oczami wygląda tak:


Za co pokochałam Londyn

Będąc w Londynie, dużo rzeczy mnie zaskakuje i podoba. Chłonę wszystko na maksa. Próbuję wszystkiego, czego jestem w stanie spróbować. Dlatego piszę dla potomności... Myślę, że powstanie kilka takich postów poświęconych mojej miłości do Londynu. A więc... pokochałam Londyn za:

- recykling - nie wiem czy obowiązuje to w całym Londynie, ale w dzielnicy mojej siostry tak jest, że mieszkańcy dostają jeden czarny pojemnik na odpadki, który jest zabierany raz w tygodniu... i jeśli jest przepełniony i się nie domyka, to porządkowi go nie opróżniają. Zonk. No ale w ten sposób właśnie człowiek odgórnie zmuszony jest do recyklingu - bo mieszkańcy dostają też pomarańczowe worki, do których wrzucają odpady nadające się do recyklingu... i ilość tych worków jest nieograniczona. Można? Można. Wystarczą sprytne rozwiązania.

- sympatyczni ludzie - często zostaję zaczepiana przez ludzi, którzy chcą pogadać o pogodzie czy o moim synku. Ostatnio kierowca autobusu przepraszał pasażerów za opóźnienie z powodu korków. Takie gesty są bardzo miłe i uprzyjemniają dzień.

- zero pośpiechu - ludzie nie przebiegają przez ulicę z powodu migającego już zielonego światła... po tym można poznać Polaków :) Mieszkańcy nie przejmują się tym, że zielone światło zaraz zniknie - za parę minut znów się włączy... poza tym, jeśli nie jadą auta można tutaj przechodzić na czerwonym świetle.
Kasjerka obsługująca klienta przede mną "pikając" gazetę, którą kupił, zaczęła czytać nagłówek ciekawego artykułu na pierwszej stronie... mało tego, zaczęła z nim dyskutować na ten temat. Nie wzruszyło to nikogo stojącego w kolejce... każdy spokojnie i cierpliwie czekał na swoją kolej. A ja czekając zbierałam jeszcze szczękę z podłogi... u nas w Polsce leciałyby już pioruny w stronę kasjerki. A tam nikt się nie odezwał. Do mnie i mojej siostry kasjerka też zagadnęła... a co tam, będzie tylko "pikać" i "pikać" te produkty... pogadać też trochę trzeba :)

- o tym już pisałam - funciaki, gdzie można kupić produkty znanych marek za funta.

- piękne, duże, zadbane parki (o tym też już wspominałam).

- bardzo bogaty asortyment w supermarketach.... tam to dopiero człowiek błądzi i nie wie co kupić... a niektóre warzywa widziałam pierwszy raz na oczy... czuję się jakbym przyjechała z kraju trzeciego świata... wszystkiego chcę spróbować... uwielbiam poznawać nowe smaki.

- duża ilość polskich sklepów - gdzie można kupić wszystko co polskie... nawet w angielskim supermarkecie jest półka z polskimi produktami. No i jest też polskie radio... PRL - Polskie Radio Londyn. Czy ten skrót to czysty przypadek? Nie będę tego komentować, bo ostatnią rzeczą jaką bym zrobiła, to poruszyła temat polityki na moim blogu. 

Kilka fotek zrobionych tydzień temu... chociaż ten weekend też zapowiada się taki słoneczny.












Dziecko XXI wieku

Artur ma opanowaną do perfekcji instrukcję obsługi telefonu komórkowego i pilota do TV. Nie daję mu tych rzeczy do zabawy, ale czasem ulegam, żeby popatrzeć, jak Artur fajnie się cieszy i ściska je w łapkach. Dziś wziął mój telefon i ładowarkę i dotykał kabelkiem do telefonu... oczywiście trafiał odpowiednią końcówką w prawie odpowiednie miejsce. Po kilku dotknięciach chyba stwierdził, że telefon został naładowany, bo przyłożył go do ucha i coś tam po swojemu sobie gadał.

Polskie dziecko w Anglii

Wyjeżdżając za granicę bardzo martwiłam się jak to będzie z Arturem. Jak przeżyje lot? Czy bez problemu przewiozę dla niego soczek? Jakie mleko będzie pił? Czy robić zapasy jego ulubionej kaszki? Co zrobię, kiedy zachoruje?

Lot samolotem dzieci przeżywają bardzo różnie. Artur na szczęście był zadowolony, nie płakał, przy lądowaniu spał. Ale leciał też maluszek, który bardzo płakał. Warto przy starcie i lądowaniu podać dziecku coś do picia, aby coś przełykał. W bagażu podręcznym miałam dla niego dwa owocowe słoiczki i jeden soczek - wszystko fabrycznie zamknięte. Oprócz tego w kubku-niekapku miałam wodę, której strażnik kazał mi się napić. Oczywiście miałam też ubranie na zmianę, pieluszki, chusteczki, zabawki - najlepiej też jakąś nową, którą dziecko się jeszcze nie bawiło. Miałam też kocyk - podczas lotu w samolocie było chłodno.

Kwestii lekarza jeszcze nie ogarnęłam. Ale mam kartę EKUZ i mogę bez problemu iść z dzieckiem w razie potrzeb do pediatry. Nie trzeba znać bardzo dobrze języka... tym bardziej, tego medycznego... wystarczy, że przy zapisywaniu na wizytę poprosi się o tłumacza. Mam nadzieję, że ominie mnie doświadczenie związane z wizytą lekarską. Jeśli nie, na pewno o tym opiszę. A co do leków bez recepty typu Ibum czy wapno można kupić w polskim sklepie... w dzielnicy gdzie obecnie pomieszkuję byłam już w czterech polskich sklepach. Siostra wspominała jeszcze o jednym. I wszystkie nawet nieźle wyposażone.

W polskim sklepie można też kupić mleko modyfikowane, słoiczki Gerbera i Bobovity, kaszki ryżowe i mleczno ryżowe Bobovity i Nestle. Ale niestety cenowo jest trochę drożej niż w angielskich supermarketach. Dlatego ja postawiłam na markety. Kupuję Arturowi mleko modyfikowane Cow&Gate, które jest odpowiednikiem Bebiko. Artur nie czuje różnicy - wnioskuję to po opróżnionych przez niego  butelkach. Kaszki i słoiczki też kupuję tej firmy. Widziałam też mleko i słoiczki Hipp, oraz mleko Aptamil, które jest odpowiednikiem Bebilonu.
Jeśli chodzi o pieluszki jednorazowe to nie ma problemu, bo Pampers jest wszędzie :) I w przystępnej cenie, jeśli zarabia się funty oczywiście. Poza tym jest też Lidl, gdzie pieluszki Toujours też są niczego sobie i można je tu kupić za godzinę pracy... nawet przy najniższym wynagrodzeniu, godzina pracy wystarczy na zakup tych pieluszek. Wyobrażacie sobie to w Polsce?

Tak więc drogie mamy, nie martwcie się, jeśli wyjeżdżacie z maluszkiem na dłuższy czas za granicę. Oczywiście nie wiem jak jest w innych krajach, ale w Anglii na pewno znajdziecie wszystkie potrzebne rzeczy w polskim sklepie... lub odpowiedniki w tutejszych supermarketach.