Real Food Market

Piszę jeszcze dziś, póki mój żołądek nadal jest pełniutki, a podniebienie pamięta jeszcze te smakołyki, które pożarłam. Byliśmy na festiwalu jedzenia - Real Food Market. Zobaczcie sami, cóż za kulinarne cuda tam spotkaliśmy.

Najpierw skusiliśmy się na churros z czekoladą - szczerze mówiąc, spodziewałam się lepszego smaku... ten smakołyk podchodzi trochę pod małe pączki lub donaty. Ale Arturowi bardzo smakowały.


Później zjedliśmy bruschettę... była pyszna.



Oraz tartę z serem, szpinakiem, pieczarkami i pietruszką, która także powaliła nasze podniebienia na kolana.




Jak na prawdziwych smakoszy przystało, byliśmy w stanie pochłonąć jeszcze porcję tagliatelle z sosem. Przyznam szczerze, że miałam ochotę dosolić tą potrawę lub jakoś wyraźniej doprawić.





I oczywiście obowiązkowo w naszych żołądkach znalazło się także miejsce na deser... ale tylko ukąsiliśmy po trochu i resztę zabraliśmy do domu. Zuzia wybrała sobie babeczkę z przesłodkim, aż nie do zjedzenia kremem... 

My wybraliśmy ciastko z białą czekoladą i bezę z orzechami i migdałami.

No i to wszystko popiliśmy cydrem :)


Oprócz tego było jeszcze mnóstwo innego jedzenia, którego nie bylibyśmy w stanie spróbować będąc tam nawet cały dzień.









Jabłka też znalazły tam swoje miejsce... na szczęście :)


Było też stoisko z polskim jedzeniem, ale ja jeszcze za nim nie tęsknię, więc nawet nie pomyślałam, żeby zrobić zdjęcie. 

Na koniec fotka śpiącego Artura. Ilość smakołyków nie zrobiła na Arturze większego wrażenia... drzemka w ciągu dnia musi być!




Zdjęciowy misz-masz

Chorujemy... choróbsko dopadło najpierw Artura, teraz mnie... mam nadzieję, że tylko na katarze się skończy. Nie wiem czy to nasza reakcja na zmianę klimatu czy po prostu jesiennie osłabienie? Kurujemy się lekami z Polski - tutaj podobno są mniej skuteczne te leki... mam nadzieję, że nie będę miała okazji tego sprawdzić, bo jeszcze jedno takie przeziębienie i zapas leków się skończy.

Artur pije kozie mleko. Zuzia, moja chrześnica pije tylko kozie i postanowiłam raz dziennie serwować też takie Arturowi. Smakuje mu bardzo, nie ma żadnych skutków ubocznych więc być może niedługo odstawię mleko modyfikowane.

Nie smakuje mi tutejsza sól. Ma dziwny zapach, który psuje smak potraw. Nie mam pojęcia dlaczego. Na szczęście po obróbce termicznej tego nie czuć... tak więc nie jem soli na "surowo". Być może się przyzwyczaję.... lub kupię sobie sól w polskim sklepie :)

Od niedzieli cały czas pada. Już myślałam, że deszczowa angielska pogoda to tylko mit, bo w ogóle nie padało. Ale jak zaczęło lać w niedziele tak już nie przestaje. A mieliśmy w planach niedzielne zwiedzanie Londynu. Może w ten weekend nam się uda... oby pogoda była łaskawa.

A teraz obiecany misz-masz zdjęciowy.

Nasz miłosny torcik od środka :)



Artur i Myszka Minnie




Artur przy Zuzinej ścianie i pamiątkowy podpis




W parku, o którym pisałam, gdzie można przyjść na piknik lub aktywny wypoczynek (zdjęcie nie oddaje wielkości parku)



Uśmiechy Artura






Piąta rocznica ślubu!


Mogłabym tutaj napisać wiele... o miłości, szacunku, tolerancji i wierności.... o tym, jak dużo przeszliśmy razem, o tym jak się  wspieramy, o tym, że uwielbiamy ze sobą przebywać, rozmawiać i wspólnie milczeć. I mogłabym bez końca wyliczać, za co się kochamy. I mogłoby paść tutaj dużo pięknych słów. Ale nie będę się rozpisywać, bo wystarczy, że spojrzę w oczy mojego męża i on już wie... i ja też wiem... pasujemy do siebie jak puzzle, mamy wspaniałego synka, lepiej byśmy sobie tego nie wymarzyli. 

Kochani, życzę Wam dużo miłości. 
Poczęstujcie się miłosnym torcikiem :)




Zapraszam też na coś dla ucha :)









Bilans Roczniaka

Czas na podsumowanie. Roczek minął, a ja przez te wszystkie różne wydarzenia nie zapisałam ku pamięci, co Artur potrafi i z jakimi umiejętnościami wchodzi w okres poniemowlęcy.
Muszę stwierdzić, że mój synek jest już dosyć rozumnym małym człowieczkiem, który zdecydowanie potrafi pokazać paluchem co chce... i niekiedy dość głośno wymusza daną rzecz. Arturo nadal sam nie chodzi - chodzi trzymany za rękę lub przy meblach, chodziku-pchaczu... ale najbardziej lubi raczkować. Czasem sam stoi... ale jak tylko zorientuje się, że niczego się nie trzyma zaczyna panikować i siada na pupę. Nadal ma 6 zębów. Ale widać już przebijające się górne dwójki... więc niebawem będzie ich 8. Waży 9 kilogramów i ma 75 cm wzrostu :) Ogólnie malutki ludzik z niego. Ale tłumaczy go wcześniactwo, więc nie przejmuję się jego parametrami.

Krótka relacja z Londynu

W piątek około godziny 22 szczęśliwie dojechaliśmy do domu mojej siostry. Artur zniósł bardzo dzielnie podróż samolotem. Ogólnie w ciągu tego dnia zaliczył trzy środki transportu, którymi poruszał się pierwszy  raz - samolot, autokar i pociąg.

Moja siostra posiada schody... jak w każdym piętrowym domku, dzięki czemu dowiedziałam się, że Artur świetnie daje sobie z nimi radę. Od razu wiedział jak po nich wchodzić ... na czworaka oczywiście, bo nadal sam nie chodzi. Tak więc najlepsza zabawa jest na schodach :)

Moje pierwsze wrażenia z pobytu w Londynie? Centrum mnie urzekło. Naprawdę można się zakochać. Ludzie są tutaj tacy kolorowi i różni... i każdy jest taki wesoły i sympatyczny. Widać, że dużo ludzi znalazło tu schronienie i spokój. I fajne jest to, że dużo rzeczy można kupić za funta. Już po dwóch dniach pobytu muszę stwierdzić, że życie tutaj jest zdecydowanie tańsze... na pewno jedzenie i ubrania. Oczywiście biorąc pod uwagę pensję w funtach - bo przeliczanie wszystkiego na złotówki nie ma sensu... ludzie zarabiają tutaj funty i wydają funty. I naprawdę dużo rzeczy można kupić za godzinę pracy... niestety nie można tego powiedzieć o polskim wynagrodzeniu... u nas w Polsce godzina pracy nie ma żadnej wartości. Przykre to jest.

Dzielnica mojej siostry jest spokojniejsza. Blisko domku są dwa parki - strasznie podoba mi się to, że można tam pobiegać sobie z latawcem czy zrobić piknik... park jest tak wielki, że starczy miejsca dla każdego. I bez obaw o psie kupy można sobie rozłożyć kocyk. Jestem tylko zszokowana chodnikami - są bardziej nierówne niż w moim mieście. I mogłoby być tutaj bardziej czysto... ludzie wyrzucają śmieci na chodnik, dając w ten sposób pracę innym - tak to tłumaczą. Ale wizualnie psuje to cały urok tego miejsca.

Za tydzień mamy w planach trochę pozwiedzać. Jak trochę się zadomowię, powrzucam fotki.
A dziś zmykam bo czeka na mnie w lodówce cydr gruszkowy - zawsze myślałam, że to piwo, ale ani to nie jest piwo, ani to nie jest wino... to po prostu cydr :)

 

Okrutne życie

Dziś wcześnie rano zadzwoniła do mnie koleżanka. Ale niestety nie odebrałam ... bo już wiedziałam... jej partner zmarł... nie miałam siły ani odwagi odebrać od niej tego telefonu... przecież cztery dni temu dowiedziałam się, że mój brat nie żyje... a teraz kolejna śmierć. Współczuję jej bardzo, jest w 8 miesiącu ciąży, została sama... na pewno niebawem się do niej odezwę, ale nie teraz.
Ta wiadomość mnie dobiła.
Jutro idę na jego pogrzeb... w czwartek idę na pogrzeb ciotecznego brata.
Cały czas myślami jestem przy tych żonach i  matkach, które straciły swoich mężów i synów. Jak jest im ciężko, jaką czują rozpacz, żal, smutek. Życie jest takie okrutne.
Patrzę na swojego męża i swojego synka... i chcę zatrzymać się tu i teraz, w tej chwili, na zawsze... chcę żebyśmy zawsze byli razem.

Przygotowania

Powolutku zaczynam przygotowywać nas do wyjazdu. Ciężko mi to teraz ogarnąć w takiej chwili... po tej tragedii wszystko zeszło na plan dalszy, chociaż do niedawna to wyjazd był tematem numer jeden. Ale muszę jakoś się zorganizować... na razie mam listę potrzebnych rzeczy. Dziś i  jutro będę ją intensywnie materializować.
Dziś jadę też do NFZ załatwić sobie kartę EKUZ - na szczęście dostaje się ją prawie od ręki... piszę prawie, bo podobno trzeba czekać tylko 20 minut, co bardzo mnie cieszy.
Mam problem ze spakowaniem Artura, bo nie wiem jak bardzo urośnie w ciągu tych trzech miesięcy. A posiadam już ciuchy w większych rozmiarach (część kupiłam, część dostałam w spadku po innych dzieciach) i nie chciałabym tam jeszcze raz wydawać pieniędzy na większe ciuszki. Więc planuję wziąć z Polski całą potrzebną garderobę Artura. Mam nadzieję, że po roczku dzieci już chyba tak szybko nie rosną?


['] ['] [']

Dzisiaj po południu zginął w wypadku mój brat cioteczny. Śmierć na miejscu. Miał tylko 32 lata. Zostawił żonę i 10-letniego synka.
Nie mogę sobie znaleźć miejsca. Tak mi źle. Nie mogę w to wszystko uwierzyć.
Byłam już u mamy, gdzie była też ciocia...  w obliczu takiej tragedii chce się być z najbliższymi... 
Jutro przylatuje też moja siostra.

Czytam notatkę w wiadomościach "nie żyje 32-letni motorowerzysta..." i czytam jakby o obcej osobie... przecież to nie może być mój brat... ten, z którym spędzałam każde wakacje u babci, ten, który uczył mnie pływać, ten... ten mój brat... on przecież żyje, musi żyć... jest jeszcze taki młody.

['] ['] [']


Relacja z urodzin

Będzie to bardziej fotorelacja :)

TORT I WRÓŻBA




Nieskromnie przyznam, że tort był i ładny i pyszny :)

Jeśli chodzi o wróżbę to Artur wybrał śrubokręt, a później złapał łychę i dość długo się nią bawił... więc chyba zostanie kucharzem, tak jak jego chrzestna.



PREZENTY
Oprócz pieniążków Artur dostał:

- jezdnię z garażem:
- maszynkę do robienia baniek (to część prezentu od chrzestnej, reszta czeka na Artura w Londynie :)
- zabawki do kąpieli:
- drewniane puzzle i drewnianą kostkę z klockami;
- kubek-niekapek (większa pojemność jak przystało na roczniaka :)

Artur z wszystkich prezentów jest zachwycony:


 GOŚCIE
Impreza jednak odbyła się w dwóch etapach, czyli w sobotę była moja mama ze swoim partnerem i chrzestny Artura. A w niedzielę był mój tata ze swoją partnerką i kuzynka męża z rodziną. Chrzestna Artura mieszka w Londynie i to właśnie u niej będziemy mieszkać do grudnia, więc jej nieobecność jest usprawiedliwiona - zdąży jeszcze nawiązać więź z Arturem.
Pytanie za 100 punktów: kogo jeszcze zabrakło?
Rodziców męża... Pozostawię to bez komentarza. Jest mi bardzo przykro. 

POSTRZYŻYNY

Musieliśmy skrócić Arturowi grzywkę bo wchodziła mu do oczek. Chciałam zabrać go do znajomej fryzjerki, żeby zrobiła to swoją fachową ręka, ale mąż powiedział, że sam to zrobi. Tak więc, tradycyjnie jak na ojca przystało obstrzygł swojego syna :) I Artur wkroczył teraz w wiek małego dziecka... jest już dużym chłopcem. Wizualne efekty postrzyżyn wypadły średnio... ale ładniej się nie dało, bo Arturo cały czas się ruszał.


PODSUMOWANIE

Impreza z okazji pierwszych urodzin, mimo że rozbita na dwa dni, była bardzo udana. Ten kto nie był niech żałuje :)
A po imprezie, nie wiedzieć czemu, pragnienie nas męczyło :)



Roczek!


O tym, że będę miała cesarskie cięcie dowiedziałam się przed godziną 9 rano, na obchodzie lekarskim. Kierownik oddziału powiedział tylko: "trzeba dziś ciąć, bo za dwa dni nie będzie czego ratować". Po tych słowach zaczęły się przygotowania do zabiegu, wykonałam tylko telefon do męża i mojej mamy.... później wszystko bardzo szybko się potoczyło... Artur przyszedł na świat o godzinie 10:50... niestety pierwszy raz zobaczyłam go na trzeci dzień.
Codziennie dziękuje Bogu za ten cud... za mojego syna.