Powrót

Wczoraj wróciliśmy do domu.
Jeszcze w sobotę przyjechałam sama w celu wysprzątania mieszkania i zrobienia zapasów w postaci zup bazowych i kostek smakowych (niedługo zapodam patent na kostki do zupy pomidorowej). Bez Artura plątającego się pod nogami mogłam zaszaleć...umyłam nawet okna i lodówkę.
Tak więc, jesteśmy w domku i do powrotu męża już nigdzie się nie wybieramy.
Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Artur też przyznałby mi rację, gdyby trochę więcej rozumiał i mówił.
U mamy budził się w nocy po trzy-cztery razy! U nas zazwyczaj przesypiał całą noc... dziś też wybudził się tylko raz, ale po kilku łykach wody znów zasnął. Myślę, że to wina łóżeczka turystycznego, które nie ma dobrego materaca... poza tym u mojej mamy każdy dzień był pełny wrażeń, co odbijało się na złym sypianiu Artura.

Właściwie mogłabym zostać jeszcze jeden tydzień, ale już od około czwartku poczułam, że muszę wrócić. Moja mama i babcia za bardzo rozpieszczały Artura... niby powinnam się cieszyć, że mój synek jest traktowany jak królewicz wręcz, ale widziałam jak on się męczy i nie robi postępów w rozwoju. Będąc cały czas na rękach trudno dziecku robić jakiekolwiek postępy. Na początku naszego pobytu Artur zaczął puszczać się mebli i stał sam kilka sekund... później jak tylko stawał przy meblach za nim zaraz pojawiała się moja mama lub babcia i trzymały go pod paszki... w ten sposób, bardzo szybko i skutecznie stłumiły to samodzielne stanie. Zwracałam im uwagę, ale nic do nich nie docierało... bo puści się i przewróci i będzie płacz. Dziwię się, że nie założyły Arturowi kasku i ochraniaczy... ale w sumie po co kask!? skoro dziecko prawie nie raczkowało tylko całymi dniami było noszone lub wożone w wózku!

Pod koniec tego tygodnia zauważyłam już wyraźną zmianę w zachowaniu Artura... był zmęczony tą miłością, wyrywał się, pragnął swobody, był marudny, płaczliwy i niewyspany. Intuicyjnie wyczułam jego rozpacz... być może tęsknił też za swoim domem.

Nie będę rozpisywać się jeszcze na temat przegrzewania i przekarmiania Artura przez obie babcie... tutaj stanowczo musiałam reagować... nawet krzykiem.
Ja rozumiem, że wnuki kocha się najbardziej... ale rozsądek też jest wskazany.
Tak więc podziękowałam za gościnę i wróciłam do siebie.
Artur raczkuje po całym mieszkaniu, jest szczęśliwy i spokojniejszy, ale częściej domaga się wzięcia go na ręce.

Do powrotu męża zostały 4 tygodnie... pierwsza połowa za nami... druga połowa przed nami. Odzyskuję siły i pozytywne nastawienie... i już planuję czym i jak przywitam męża :)

6 komentarzy:

  1. O tak nadmierna chuchanie na dziecko, może zmęczyć. jeden dzień jeszcze ok ale więcej to musi byc na prawdę denerwujące dla dziecka które ma juz przecież własne Ja

    OdpowiedzUsuń
  2. normalnie jakbym słyszała o teściowej :/ ubierz ją, weź na ręce, a bo się potłucze, a bo się zadławi a Martuśka jej jęzor pokazuje i ma to gdzieś :) wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimowy7/30/2012

    Ooo! Fajnie, że wróciłaś!!!
    Anula

    OdpowiedzUsuń
  4. Oj znam to doskonale, jak nie ma mojego to też czasem wyjeżdżam do moich rodziców.. taaa miłość też jest męcząca a w swoim domku najlepiej nawet jak sie wieczorem pada na twarz po całym dniu:) mi bardzo pomaga robienie sobie palnów np jutro do galerii, po jutrze do biblioteki, gdzieś tam gdzieś tam i tak mi mija:) choć nie siedziałąm nigdy tyle co Ty! pozdrawiam ciepło

    OdpowiedzUsuń
  5. nie ma to jak w domu :) ostatnio sama przekonałam sie o tym na własnej skórze że miło jest się wyspac w swoim łóżku i robic wszystko po swojemu po ponad 2 tygodniowym urlopie

    OdpowiedzUsuń
  6. Ale fajnie, ze jestes!! Z rozpieszczaniem to doskonale rozumiem. A do powrotu meza juz 4 tyg :) Zleci :)

    OdpowiedzUsuń