Powrót

Wczoraj wróciliśmy do domu.
Jeszcze w sobotę przyjechałam sama w celu wysprzątania mieszkania i zrobienia zapasów w postaci zup bazowych i kostek smakowych (niedługo zapodam patent na kostki do zupy pomidorowej). Bez Artura plątającego się pod nogami mogłam zaszaleć...umyłam nawet okna i lodówkę.
Tak więc, jesteśmy w domku i do powrotu męża już nigdzie się nie wybieramy.
Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Artur też przyznałby mi rację, gdyby trochę więcej rozumiał i mówił.

Na chwilkę


Melduję się - chwilowo... przyjechałam tylko podlać kwiaty i zabrać kilka rzeczy dla Artura.
Czas u mamy płynie bardzo szybko... wieczory nie są już takie smutne...przeciągają się na rozmowach i śmiechu do późnej nocy. 
Artur jest w siódmym niebie, ciągle go ktoś bawi i nosi. Jest rozpieszczany i trochę martwię się, co to bedzie za płacz, kiedy zostanie tylko ze mną i będzie musiał pobawić się sam w łóżeczku.
Cieszy mnie widok mojej babci, która może jeszcze pobawić mojego synka... jestem jej najmłodszą wnuczką, Artur najmłodszym prawnukiem... starając się o dziecko, niejednokrotnie marzyłam o takim właśnie widoku... miód na oczy...czy jakoś tak.

Pakowanie

Przez ostatnie tygodnie, kiedy było ciepło Arturo chodził tylko w bodziakach z krótkim rękawem, t-shirtach i spodenkach. Wiadomo. Wczoraj zaczęłam pakować ubranka na wyjazd, wyciągam cieplejsze rzeczy typu dresik, długie spodnie i co widzę? Za małe! Ło matko, nawet ta czerwona bluza jakaś taka malutka się zrobiła... przecież nie wyprałam jej w 90 stopniach! Wszystko się skurczyło. Nawet moje najulubieńsze bodziaki, w których tak lubiłam Artura... ze wszystkiego mógł wyrosnąć, ale dlaczego akurat z TYCH bodziaków?

Po powrocie będę musiała zrobić generalny przegląd szafy Artura... a tymczasem wracam do pakowania... tego, co jeszcze pasuje na grzbiet mojego Wielkoluda... wieczorem będę już u mamy.

Wyjeżdżam

Jadę z Arturem do mojej mamy i babci... niby też do blokowisk, ale zawsze to jakaś zmiana i inaczej spędzony czas. Muszę jechać choć na parę dni, na tydzień, dwa... nie wiem... zaczynam bardzo tęsknić... wieczorami ryczę w poduszkę... niby codziennie z kimś się spotykam, ale kiedy przychodzi wieczór, Artur sobie już słodko śpi, zabawki uprzątnięte stoją na swoim miejscu, siadam w pokoju i robi się jakoś tak strasznie smutno i pusto.

Tam nie będzie takiej okazji na żale...

Tak wiec pakuję się i zmykam.
Nie sądziłam, że to kiedyś powiem-i godzę się na baty od Was za to co powiem- ale niech te wakacje się już kończą... niech będzie już ten cholerny sierpień, a najlepiej 26 sierpnia.

Doczekałam się

Tak, doczekałam się tego sławnego PA-PA, które Artur pojął dwa dni temu. Wczoraj tak mu sie to spodobało, że powtarzał tą czynność non-stop i cieszył się jak wariat :)

Widzę też zadatki na kosi-kosi, bo już zaczyna uderzać rączka o rączkę... ale na dopracowanie muszę jeszcze poczekać.

Doczekałam się też kolejnego, trzeciego ząbka.... dolnej, lewej dwójki. Wiedziałam że coś w uzębieniu Artura się dzieje, bo miał luźne stolce i marudził. Dwa razy nawet ratowałam go Ibumem. No i dziś pojawił się sprawca złego samopoczucia u mojego synka.

Jak wykarmić dziecko i nie zwariować

Artur na początku jadł jedzenie ze słoiczków. Podczas rozszerzania diety, kiedy to zapodawałam nowe produkty, inne niż mleko, nie widziałam sensu gotowania tak małych ilości. Ale kiedy Arturo zaczął zjadać dziennie jeden mały słoiczek obiadku i jeden słoiczek deserku to wąż znajdujący się w mojej kieszeni dawał o sobie znać... na dłuższą metę nie dałabym finansowo rady, tym bardziej, że mój synek się teraz rozjadł i zjada obiadek wielkości dużego słoiczka, a i owoce też pochłania w większych porcjach. Tak więc od około 7 miesiąca życia Artur jest na mojej kuchni.

Na początku musiałam obmyślić plan... nie miałam zamiaru codziennie gotować obiadków... ale bałam się wekować... nigdy tego nie robiłam i bałam się, że coś zrobię nie tak i obiadki się popsują. Postanowiłam mrozić. Uwielbiam mrozić. Wszystko... oczywiście w granicach rozsądku. Zostanie trochę zupy czy jakiegoś sosu, a wiem, że jutro już tego nie zjemy bo przygotowuję coś innego - w pojemnik i hyc do zamrażalnika. Przychodzi dzień, że moje mrożonki ratują nam tyłek.. to znaczy bardziej nasze żołądki.

Tak więc miałam już plan mrożenia, ale nie wiedziałam jak to zrobić, żeby Artur nie jadł codziennie tego samego obiadku... a nad czterema garami na raz nie chciało mi się stać. Koleżanka doradziła mi, żebym ugotowała zupę bazową, a później w miarę możliwości porobiła "kostki smakowe" z kalafiora, brokuły i innych warzyw. No i ten sposób mi bardzo podpasywał. Oczywiście moja koleżanka Ameryki nie odkryła, bo tak robi dużo matek... ale ja nie wymyśliłabym tego sama :)
I dlatego piszę bo nóż widelec komuś jeszcze podpasuje ten sposób.

Zupa bazowa

Zupę bazową gotuję na mięsku (cielęcina, królik, kurczak - zamiennie)... trzeba pamiętać, że dzieciom do 7 miesiąca należy gotować mięsku osobno... mnie to ominęło. Jeśli chodzi o ilość mięsa to gotuję na oko, tak, żebym miała na około 10 porcji,  nie waruję z ważeniem...raz będzie więcej, raz mniej, bez przesady... ja jakoś się uchowałam i żyję, a moja mama na pewno nie zwracała uwagi ile zjadałam dziennie mięcha :)
Do zupy dodaję
  • 3-4 marchewki, 
  • 2 pietruszki, 
  • 1/4 selera (jeśli jest mały to 1/2), 
  • 1/3 pora (lub cebulę),
  • pod koniec gotowania dodaję natkę pietruszki, koperek lub bazylię - z bazylią trzeba uważać bo jest dozwolona od 9 miesiąca.
Wcześniej wszystko gotowałam do miękkości i miksowałam na papkę. Teraz miksuję tylko mięsko z porem lub cebulą, a resztę traktuję niedbale widelcem. Jeśli wyjdzie nam za dużo wywaru warto go odlać przed miksowaniem i ewentualne dolewać w miarę potrzeb, żeby obiadek nie był za rzadki. A co robię z wywarem, który mi został? Mrożę :)

Kostki smakowe

Gotuję w niewielkiej ilości wody kalafior (lub brokuł, buraczki, cukinię, kabaczek itp odpowiednio do wieku maluszka) i go miksuję... teraz bym go potraktowała widelcem, ale robiłam za czasów, kiedy Artur reagował odruchem wymiotnym na grudki. I taką paćkę kalafiorową (lub inną warzywną) wkładam do pojemniczka na kostki lodu, zamrażam, wyjmuję z pojemniczków i wkładam do podpisanej torebki z suwaczkiem. Wkładam torebkę do zamrażalnika i korzystam według potrzeb.

Ja posiadam cztery rodzaje kostek - kalafiorowe, brokułowe, buraczkowe i cukiniowe. I tym sposobem Artur ma codziennie inne danie - rozmrażam zupę bazową i jakąś kostkę smakową.
Poza tym jeśli gotuję dla nas, dorosłych, makaron, kaszę, ryż lub ziemniaki to wtedy dodaję do obiadku Artura.
Dlatego zupa bazowa nie ma ziemniaków czy jednego określonego produktu z węglowodanów, co by można było dodać do niej zawsze coś innego... nawet z talerza dorosłych.
Należy pamiętać też, żeby mrozić mniejsze porcje zupy bazowej niż dziecko potrafi wszamać na raz, bo później dodaje się kostki i inne dodatki i wychodzi całkiem solidna porcja obiadku. 

Owoce też można kostkować

I to wcale nie jest taki głupi pomysł. Mój Artur zjada 3-4 kostki owocowe, zależy czy podaję mu z ryżem lub innym węglowodanem czy same. Rano wyciągam z zamrażalnika kostkę jabłkową, brzoskwiniową i bananową i Arturo ma deserek jak się patrzy.
Mrożę w kostkach też kilkuskładnikowe deserki.
Kilka z nich zamieściłam TUTAJ


A tutaj wersja obrazkowa jak się robi kostki smakowe (na przykładzie malinowych)

Powszechnie znane pojemniki do robienia kostek lodu



Uprzednio podpisana torebka z suwaczkiem, tak zwana Zipper



Tak wyglądają maliny, delikatnie podgotowane z cukrem i przetarte przez sito - bez cukru kwaśne jak cholera, nie lubuje się w białych używkach, jeśli chodzi o kuchnię  dla maluszka, ale tutaj musiałam sypnąć.



Kostki malinowe wylądowały w zamrażalniku



A tak wyglądają już gotowe do przechowywania










O tęsknocie

Tęsknię. Brakuje mi męża. Najbardziej widoku kiedy bawi się z Arturem... tak się wtedy oboje chichrają... a ja pochłonięta domowymi pracami uśmiechałam się do siebie... uwielbiałam ich nasłuchiwać.

Ale ta tęsknota nie jest tak bardzo upierdliwa jak myślałam. Obecność Artura pomaga mi w przetrwaniu tej rozłąki. On daje mi morze radości. I nawet kiedy zrobi mi się smutno, to wystarczy, że popatrzę na niego i już robi mi się ciepło w serce. Boże dziękuję Ci za mojego synka.

10 miesięcy

No i dotarliśmy do 10 miesiąca.
Dawno nie śledziłam artykułów na temat, co dziecko powinno umieć w danym miesiącu. I dziś się pokusiłam, żeby trochę o tym poczytać... i co czytam? Że Artur powinien robić pa-pa i kosi-kosi, łączyć gesty ze słowami "daj", "am", "nie" oraz zapytany potrafi wskazać palcem! gdzie piesek, mama, tata itp. Ło matko chyba zawaliłam w tej sferze jego rozwoju bo Arturo nic takiego nie potrafi. Owszem, jak czegoś nie chce to odpycha to łapkami od siebie, przybiega jak go wołam i wie kiedy mu na coś nie pozwalam, kojarzy też różne fakty - na widok ręcznika, butli z mlekiem czy swoich ulubionych kabelków szaleje z radości, ale żeby jakiś dialog z nim prowadzić? Co to, to nie!
Ale na szczęście potrafię się zdystansować do takich wytycznych. I mogę pochwalić się, że Artur dużo osiągnął. Ha!