W pogoni za chlebem

Z końcem maja mój mąż zakończył swoją działalność gospodarczą... nie szło nam już od paru dobrych miesięcy, ale ciężko było tak na szybko sprzedać lokal z gastronomią. W końcu udało się. Pozbyliśmy się kuli u nogi, która ciągnęła nas w dołek finansowy... można by nawet rzec w przepaść.
I tak od 1 czerwca zostaliśmy na lodzie... bez żadnego źródła dochodu... z małym dzieckiem. Kiedyś mieliśmy stały dochód i tylko dziecka nam brakowało... teraz mamy dziecko i tylko dochodów nam brakuje... los potrafi być przewrotny.

Mąż zarejestrował się w Państwowym Urzędzie Pracy.. i został mianowany jako bezrobotny bez prawa do zasiłku. Dlaczego? Bo swoją firmę miał krócej niż 3 lata (brakło dokładnie 6 miesięcy). Postanowiliśmy zwrócić się o pomoc do naszego prorodzinnego państwa. W MOPSie zaproponowano nam wypełnienie wniosku o prawo do zasiłku rodzinnego i dodatków, oraz dofinansowanie do mieszkania. Suma sum dostalibyśmy:
  • 68 zł zasiłku rodzinnego co miesiąc
  • 400 zł dodatku z tytułu przebywania na urlopie wychowawczym co miesiąc
  • 1000 zł dodatku z tytułu urodzenia dziecka - jednorazowo
Już jednego tysiąca od państwa za urodzenie dziecka dostałam, nie powinnam narzekać, ale jak tu żyć?! Nie licząc tego jednorazowego zastrzyku w postaci tysiąca złotówek nasze prorodzinne państwo co miesiąc oferuje nam 468 zł! A za mieszkanie płacimy 820 zł. Oczywiście nie licząc opłat za prąd, telefon, internet i telewizję, ale po co komu w dzisiejszych czasach internet czy prąd? Przecież połowę mieszkania mogę wynająć komuś i zrzucać się po połowie.
I przecież nie chodzi mi o to, żeby państwo nas utrzymywało, bo wiadomo pracować trzeba i mąż ciągle poszukuje źródła zarobku... ale żeby tak w momencie podnoszenia się na nogi, kiedy niefortunnie rodzina znajduje się w trudniej finansowo sytuacji to nasze państwo mogło by bardziej wspomóc... i żeby tak prace można było w miarę szybko znaleźć... dlaczego takie rzeczy nie dzieją się w Polsce?

Dziś mąż dostał propozycję pracy za granicą....od poniedziałku... tak, tego poniedziałku... decyzja była szybka... mąż jedzie... ja zostaję z Arturem... nie ogarniam jeszcze całej tej sytuacji... praca jest na 4-6 tygodni... mąż kupuje bilet w jedną stronę.. ale zapewnia, że wróci... po nas... i mówi "może druga część życia będzie lepsza"... trzeba wierzyć.

7 komentarzy:

  1. Przykro mi ogromnie, rzeczywiście nasze państwo jest ogromnie pro rodzinne :( Trzymam mocno kciuki za poprawę sytuacji i życzę dużo sił na czas rozstania!

    OdpowiedzUsuń
  2. o ludu ! czasami się zastanawiałam jak idzie wasz biznes i czy tych karków się pozbyliście... kurde no szkoda ze musi wyjechać i to tak NAGLE ale z drugiej strony beda jakies pieniadze. Trzymam kciuki zeby to sie okazała dobra praca a nie jakies wykorzystanie czlowieka. Trzymaj się dzielnie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, karków się pozbyliśmy... ale lokal przynosił coraz mniejszy dochód. A wyjazd faktycznie podreperuje nasz budżet... w Polsce nie ma szans na tak szybkie zarobienie takiej kasy :)

      Usuń
  3. Przykro mi :( ale trzymam kciuki, żeby wszystko poszło po waszej myśli.
    Na pewno bedzie dobrze :) A co do naszego kraju i pomocy potrzebującym to szkoda gadać :(

    OdpowiedzUsuń
  4. No to nieciekawie. Mam nadzieję, że trochę się ruszy, a Twój Mąż wyjedzie tylko na krótko. Buziaki i trzymam kciuki

    OdpowiedzUsuń
  5. Kurcze przykro mi ale mam nadzieje, ze czas szybko zleci i maz wroci tu lub po Was i naprawde bedzie lepiej!! Pozatym to rozumiem... Tez jestem na bezrobociu bez prawa do zasilku i takie tam... Pieknie tu :) Jaka zmiana wow :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Anonimowy7/01/2012

    Ojejjj...mam nadzieje ze Malzonek szybciutko wroci. Bardzo serdeczne pozdrowienia z Minorki!!! :*

    Anula

    OdpowiedzUsuń